William P. Young - Chata

William P. Young, Chata [The Shack], tłum. Anna Reszka, Nowa Proza, 2009, 282 strony.

Chata” to jedna z tych książek, która pewnego dnia, z tego co pamiętam w wyniku zetknięcia z bardzo pozytywną opinią, trafiła na moją listę tytułów do przeczytania. Od tamtej chwili minęło jednak trochę czasu, a ja nie do końca potrafiłam sobie przypomnieć co dokładnie zafascynowało mnie w tej historii i dlaczego chciałam ją koniecznie poznać. I chociaż powód zaintrygowania gdzieś w pamięci się rozmył, to liczyłam, że William P. Young zdoła mnie swoją prozą jakoś poruszyć.

Powieść kanadyjskiego pisarza podzielić można na dwie części – pierwszą czyta się niczym całkiem sprawnie skonstruowany i trzymający w napięciu thriller. Mack zabiera swoje dzieci na kilkudniowy kemping. Ktoś, jak się później okaże seryjny morderca, wykorzystuje chwilę i porywa kilkuletnią Missy. Rozpoczynają się poszukiwania na dużą skalę, ale dziewczynka znika na dobre. Ślad urywa się w pewnej chacie, a nadzieja gaśnie wraz z zostawioną tam porwaną czerwoną sukienką i śladami krwi wskazującymi na najgorsze. Druga część to refleksyjna wędrówka w głąb siebie, chociaż można ją odczytywać także dosłownie – jako spotkanie Macka z Bogiem w tej samej chacie, o której choćby myśl wywołuje w ojcowskim sercu tyle bólu. Mężczyzna wybrał się tam na weekend po otrzymaniu tajemniczego listu, wyglądającego na wiadomość od… Najwyższego.

Czytaj dalej

Lucy Maud Montgomery - Wymarzony dom Ani

Lucy Maud Montgomery, Wymarzony dom Ani [Anne's House of Dreams], tłum, Stefan Fedyński, Wydawnictwo Literackie, 2014, 306 stron. 
Cykl: Ania z Zielonego Wzgórza, tom 5.

Wracając do serii o rudowłosej Ani nie mogłam sobie przypomnieć na którym tomie kilkanaście lat temu zakończyłam swoją przygodę – teraz już wiem. Nie mogłam czytać „Wymarzonego domu Ani” bo chociaż pamięć bywa zawodna, to myślę, że akurat ten tytuł zostawiłby we mnie trwalszy ślad. Lucy Maud Montgomery ukryła w nim tyle wydarzeń i przede wszystkim emocji, że zaraz po „Ani z Zielonego Wzgórza” zdecydowanie stanie się jedną z moich ulubionych części tej serii.

W życiu Ani rozpoczyna się zupełnie nowy etap – wychodzi za mąż za Gilberta i opuszcza Zielone Wzgórze w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Przystań Czterech Wiatrów i niewielki domek położony na uboczu wydają się być spełnieniem marzeń o miejscu, które bez wahania i z przepełnionym uczuciem głosem można nazwać domem. To w nim młode małżeństwo będzie mierzyło się z trudami codzienności, ale i przeżywało małe-wielkie radości.

Czytaj dalej

Carlos Ruiz Zafón - Światła września


Carlos Ruiz Zafón, Światła września [Las luces de septiembre], tłum. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas, MUZA, 2011, 255 stron.

Carlos Ruiz Zafón już od jakiegoś czasu zajmuje w moim czytelniczym sercu miejsce szczególne – potrafi tworzyć w swoich powieściach tak niesamowity klimat, że spotkanie z jego prozą to smakowita uczta, którą zawsze opuszczam z żalem, ale za to pełna nowych wrażeń i niezwykłych obrazów obudzonej wyobraźni. I co zadziwiające, nawet gdy kolejna czytana książka hiszpańskiego pisarza nie okazuje się tak dobra, jak poprzednie, to nadal wywołuje we mnie poczucie, że warto było oderwać się od wszystkiego i zatopić w lekturze. „Światła września” nie zachwyciły mnie jak „Marina” czy „Cień wiatru”, a z Trylogii mgły wydają mi się najmniej porywające, ale to, jak piękne potrafi ujmować wiele rzeczy w słowa Zafón, widać tu wystarczająco dobrze, by w lekturze bez trudu się zatopić.

Normandia i praca u fabrykanta zabawek Lazarusa Janna wydają się być uśmiechem losu dla wdowy Simone i jej dwójki dzieci – Irene i Doriana. Zaczyna się nowy rozdział w ich życiu, tym przyjemniejszy, że mieszkańcy nadmorskiego miasteczka okażą im mnóstwo sympatii. Rezydencja nowego pracodawcy zasłuży na miano fascynującej (najróżniejsze mechanizmy  i  zakamarki robią swoje, chociaż mnie najbardziej urzekła pokaźna biblioteka), ale jest w niej jednocześnie coś niepokojącego i to nie tylko dlatego, że żona gospodarza od wielu lat nie opuszcza swojego pokoju z powodu dziwnej choroby.

Czytaj dalej

Joseph Delaney - Klątwa z przeszłości

Joseph Delaney, Klątwa z przeszłości [The Spook's Curse], tłum. Paulina Braiter, Jaguar, 2007, 390 stron.

Drugi tom Kronik Wardstone – „Klątwa z przeszłości” odkrył przede mną kolejne warstwy świata, który stworzył Joseph Delaney i tym razem sięga on jeszcze głębiej niż do dołów wykopanych na boginy, czarownice czy inne stwory. Katakumby pewnego miasta w Hrabstwie skrywają bowiem coś, co chociaż od lat uwięzione jest za Srebrną Bramą, to wciąż budzi strach i potrafi wpływać na mieszkańców. Mor jest głodny krwi, a ta ludzka pozwala mu rosnąc w siłę i smakuje oczywiście najlepiej. Jednocześnie ofiara musi sama zgodzić się na jej oddanie, ale gdy weźmie się pod uwagę umiejętność potwora do wnikania w myśli i manipulowania nimi, a także groźbę sprasowania – cóż, można się domyślić jak to się wszystko kończy.

Stracharz przed laty mierzył się już z Morem i o mało wówczas nie zginął, ale kolejne starcie jest blisko. Pojawia się w mieście ze swoim trzynastoletnim uczniem Tomem i szybko okazuje się, że katakumby to nie jedyne miejsce, gdzie może pojawić się potwór. Ten w ludzkiej skórze, czerpiący przyjemność z krzywdy i cierpienia innych jest równie groźny – tym bardziej, gdy zajmuje się wyłapywaniem podejrzanych o magię i paleniem ich na stosie. Z lubością startuje kogoś koniem za choćby cień nieposłuszeństwa, a chciwość i okrucieństwo pozbawią go wszelkich granic. O tak, Kwizytorowi lepiej nie wchodzić w drogę.

Podobnie jak w „Zemście Czarownicy”, wszystkie wydarzenia poznajemy z perspektywy Toma Warda, który wydaje się dużo bardziej dojrzały niż w poprzedniej części. Prawdę mówiąc czasami wydawało mi się nawet, że zachowuje się jak gdyby był przynajmniej o kilka lat starszy niż w rzeczywistości. Oczywiście od początku nauki fachu stracharza, musiał się mierzyć z różnymi, często niebezpiecznymi, wyzwaniami, ale ja nadal miałam w pamięci tego przerażonego chłopca, którego przepełniała tęsknota za domem i trudno było mi momentami uwierzyć, że tak ciężko go dostrzec w Tomie z drugiej części serii. Ten wyraźny kontrast w zachowaniu głównego bohatera na szczęście trochę jednak złagodziły niektóre jego reakcje – gdyby nagle stał się zupełnie nieustraszony chyba zaczęłabym wątpić w Josepha Delaneya.

Lepiej poznajemy tym razem Stracharza – odkrywamy niektóre elementy z jego przeszłości, a to pozwala zbudować sobie pełniejszy obraz osoby, która przecież w całej historii odgrywa niebagatelną rolę. Oczywiście wiele pozostaje jeszcze nieodkryte, co zresztą tyczy się nie tylko tej postaci. Joseph Delaney dawkuje informacje w taki sposób, że z jednej strony czułam się trochę zawiedziona, że nie dowiedziałam się jeszcze więcej, a z drugiej jestem ciekawa jak losy bohaterów potoczą się dalej, w kolejnych tomach.

Akcja „Klątwy z przeszłości” biegnie szybko i niewiele było momentów, w których można było się nudzić. Myślę zresztą, że to także kwestia umiejętności Jospeha Delaney'a do takiego konstruowania fabuły, by czytelnik trwał w ciągłym oczekiwaniu na to, co wydarzy się za chwilę i lekkości pióra, która pozwala płynąć przez kolejne strony. Swobodnie zatapiałam się w kolejne wydarzenia i przyznam, że lektura sprawiła mi dużo przyjemności. Nie jest to mocno wymagająca powieść, ale autor sprytnie wplata w nią postawy i wartości, które w życiu są ważne. Odwaga, lojalność, troska o najbliższych – z „Klątwy z przeszłości” można wyciągnąć niejedną naukę.

Joseph Delaney dostarczył mi dawkę wciągającej rozrywki, połączonej z możliwością przebywania w towarzystwie nietuzinkowych bohaterów i zaangażowania się w intrygującą historię. Na pewno nie odmówię sobie kolejnego spotkania z Kronikami Wardstone.

Garść cytatów:


(…) nikt z nas nie jest całkiem dobry ani całkiem zły. Każdy mieści się gdzieś pomiędzy, ale w naszym życiu wcześniej czy później zawsze nadchodzi taka chwila, gdy musimy postawić ważny krok, albo w stronę światła, albo też mroku”. (s. 262/263)


Zemsta Czarownicy | Klątwa z przeszłości | Tajemnica Starego Mistrza | Wiedźmi spisek | Pomysła Stracharza | Starcie demonów | Koszmar Starcharza | Cień przeznaczenia | Jestem Grimalkin | Krew Stracharza | Wijec | Alice

 --------

Czytaj dalej

Cathy Glass - Skrzywdzona

Cathy Glass, Skrzywdzona [Damaged], tłum. Magdalena Osip-Pokrywka, Hachette, 2011, 340 stron.

Są takie książki, w przypadku których chciałoby się ukryć za fikcją literacką, bo wtedy zawsze można sobie tłumaczyć, że dana historia to wyolbrzymienie ludzkiego okrucieństwa i bezmyślności. Gdy jednak ma się świadomość, że to wydarzyło się naprawdę, a fabuła nie powstała jedynie w pisarskim umyśle, wówczas niejednokrotnie z przerażeniem myślimy o cierpieniu, które człowiek potrafi zadać drugiemu człowiekowi. Takie myśli towarzyszyły mi przy okazji lektury chociażby książki Jacka Ketchuma „Dziewczyna z sąsiedztwa” i podobnie przeżywałam „SkrzywdzonąCathy Glass, mimo że historie te nie są do siebie podobne. Łączy je jednak ludzkie okrucieństwo nad którym trudno przejść do porządku dziennego.

Cathy Glass od lat pełni funkcję opiekunki zastępczej, a jej rola polega na czasowej opiece nad dziećmi, najczęściej noszącymi bagaż trudnych doświadczeń, wynikających między innymi z rodzicielskich zaniedbań. Do tej pory wychodziła z założenia, że cierpliwość, miłość i zapewnienie poczucia bezpieczeństwa wystarczą, żeby trafiające pod jej skrzydła dziecko poradziło sobie z problemami i otworzyło się na inną codzienność niż ta, z którą miało do czynienia wcześniej. Niespełna ośmioletnia Jodie, która trafi pod jej dach, okaże się wyzwaniem, jakiego kobieta się nie spodziewała, a kolejne elementy historii dziewczynki będą się niczym nóż wbijamy w jej serce. W moje też się wbijały, chociaż mnie ratował poniekąd pewien dystans, wynikający z pośredniego tylko (za pomocą książki) uczestniczenia w opisywanych wydarzeniach.

Przed lekturą „Skrzywdzonej” w jakimś stopniu nastawiłam się na poruszającą opowieść, ale naiwnie, trochę jak Cathy, myślałam, że początki pobytu Jodie będą pewnie trudne, ale jakoś się wszystko ułoży. Dziewczynka została zabrana z domu po tym, jak podpaliła psa, później przebywała u kilku innych opiekunów zastępczych, ale żaden z nich nie potrafił poradzić sobie z jej zachowaniem pełnym agresji i trudnymi do okiełznania reakcjami. Cathy ma w sobie mnóstwo cierpliwości i jest gotowa odkryć przyczyny zachowania swojej podopiecznej, ale nie raz i nie dwa pojawią się wątpliwości czy tym razem będzie w stanie jakkolwiek pomóc.

Z jednej strony pewnych rzeczy, które na temat Jodie odkrywamy w trakcie czytania, można się wcześniej domyślić, ale gdy już mi się wydawało, że to, co ją spotkało jest wystarczająco straszne, okazało się, że na tym nie kończy się zapis okrucieństwa, którego doznała. I raz po raz pojawiał się we mnie sprzeciw, że można tak zniszczyć dziecku całe życie, bo o tym, co ją spotkało z pewnością zapomnieć się nie da. Budująco działają starania Cathy, która robi wszystko, żeby zapewnić dziewczynce bezpieczeństwo, ale „Skrzywdzona” pokazuje też, że dobre chęci w zderzeniu z wyrządzonym złem niejednokrotnie zwyczajnie nie wystarczają. Nadzieja na pojawienie się jakiejś granicy, za którą nagle wszystko się ułoży rozbija się rzeczywistość, w której trudno liczyć na łatwy happy end.

Autorka nie stara się wykorzystać historii Jodie, tylko po to, by wywołać w czytelniku określone emocje. Ich oczywiście trudno uniknąć, ale czułam, że w istocie chodzi przede wszystkim o refleksje nad różnymi sprawami. Częściowo nad systemem, który wielokrotnie zawodzi i nie jest przystosowany, by pomagać w pełni efektywnie; nad pracą opiekunów zastępczych, którzy w miarę swoich możliwości próbują stworzyć bezpieczną przystań dla poturbowanych przez życie dzieci; i wreszcie nad ludźmi jako takimi – rozdzierającym serce okrucieństwem, którego się dopuszczają, ale i obojętnością za którą wygodnie jest im się schować. Chciałabym, żeby ta książka nie była pisana przez życie, a jednocześnie mam świadomość, że to tylko jedna z wielu tak wstrząsających historii. I chyba to jest najbardziej przerażające.

Garść cytatów:

Uśmiechnęłam się do siebie na myśl, jak dużo mam wie, kiedy wstaje słońce”. (s. 161)


--------

Czytaj dalej

Małgorzata Musierowicz - Małomówny i rodzina

Małgorzata Musierowicz, Małomówny i rodzina, Kantor Wydawniczy SAWW, 1991, 188 stron.

Moja znajomość z książkami Małgorzaty Musierowicz miała raczej epizodyczny charakter – pamiętam, że kilkanaście lat temu coś jej autorstwa czytałam, ale dziś, chociaż bardzo się staram, nie mam pewności jaki był to tytuł (a może tytuły?) i poza ogólnym wrażeniem przyjemnie spędzonego czasu, z lektury zostało niewiele. Pomyślałam, że to dobry moment na powrót i poznawanie się od nowa. Na celownik wzięłam serię, która z Małgorzatą Musierowicz kojarzy mi się od razu i pewnie nie zdziwi Was, że o Jeżycjadzie tu mowa.

Małomówny i rodzina” w istocie początkowo do cyklu nie należał, ale dziś jest do niego zaliczany, więc to po ten tytuł sięgnęłam w pierwszej kolejności. Teoretycznie jest to też debiut autorki, ale w praktyce ja czytałam wydanie poprawione, w którym Małgorzata Musierowicz sama stwierdza, że po latach, mając taką możliwość, chciała dokonać poprawek, a w rezultacie książkę napisała na nowo. Tak czy inaczej swoją przygodę zaczęłam i już teraz cieszę się na kolejne spotkania z piórem polskiej autorki.

Rodzina Ptaszkowskich przeprowadza się do Śmietankowa, gdzie Maria, od kilku lat wdowa, ma podjąć pracę bibliotekarki. Trójka jej dzieci - nastoletni chłopcy Munio i Tunio oraz sześcioletnia Monika alias Rzodkiewka szybko odnajdą się w nowym otoczeniu, ale czeka ich znacznie większe wyzwanie niż pomoc w malowaniu ścian. Z ich nowym domem związana jest bowiem tajemnicza historia skarbu, który miał znaleźć poprzedni właściciel. Okazuje się, że są ludzie nadal zainteresowani jego zdobyciem i zrobią wszystko, by osiągnąć swój cel.

Fabuła w „Małomównym i rodzinie” nie jest specjalnie odkrywcza i większych zaskoczeń w trakcie czytania nie ma, ale są takie książki, gdzie nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie. Czasami bardziej liczy się spędzanie czasu w towarzystwie nietuzinkowych bohaterów, humor i przyjemny klimat powieści, a te elementy zdecydowanie u Małgorzaty Musierowicz się znalazły. Było też kilka zgrzytów, ale z rodzaju tych, na które pewnie nie zwróciłabym specjalnej uwagi kilkanaście lat temu (czy dzieci rzeczywiście w taki, a nie inny sposób mówią, czyli kwestia naturalności niektórych dialogów albo czy to możliwe, żeby kurczak miał aż tyle cierpliwości), a dziś nie odebrały mi przyjemności czytania, więc przymknę na nie trochę oko (jak widać tylko jedno, bo jednak o nich wspominam).

Postaci w całej historii przewija się sporo, ale na pierwszy plan wysuwają się te dziecięce, mocno zajmując uwagę i wywołując niejednokrotnie salwy śmiechu. Z trójki rodzeństwa najmniej wyrazisty wydawał mi się Tunio, ale to też dlatego, że obok brata cytującego Mickiewicza i Szekspira oraz młodszej siostry biegającej z kurczakiem nazwanym Franio (vel Małomówny) trudno się wyróżnić. Rzodkiewka to dziewczynka, której poczynania z powodzeniem poprawiają humor – rezolutna, ciągle głodna (kulinarne porównania to jej specjalność) i szalenie uparta. Polubiłam ją od razu i wciąż uśmiecham się na myśl o niej.

Jest w „Małomównym i rodzinie” taki klimat, który pozwala oderwać się od tego, co dzieje się dookoła i spędzić przyjemnie trochę czasu, a to przypomina mi uczucia, które towarzyszą mi w czasie czytania książek Lucy Maud Montgomery. Nie zawsze jest idealnie, czasami coś nie do końca pasuje, gdzieś z powątpiewaniem kiwnie się głową, ale koniec końców chce się do tak napisanych książek wracać.

Garść cytatów:
Bardzo lubił tak wchodzić znienacka do pustej jeszcze biblioteki; miał uczucie, że wskutek jego nagłego wejścia właśnie cichną setki i tysiące głosów, szeptów i śmiechów, płynących z książek, które żyją sobie na półkach. (…) Pomyślał też, że biblioteka jest może najpiękniejszym wynalazkiem ludzkości. Po książce, rzecz jasna”. (s. 171)


Jeżycjada

Małomówny i rodzina | Szósta klepka | Kłamczucha | Kwiat kalafiora | Ida sierpniowa | Opium w rosole | Brulion Bebe B. | Noelka | Pulpecja | Dziecko piątku | Nutria i Nerwus | Córka Robrojka | Imieniny | Tygrys i Róża | Kalamburka | Język Trolli | Żaba | Czarna polewka | Sprężyna | McDusia | Wnuczka do orzechów

--------

Czytaj dalej

Plany czytelnicze 5/2015

Tyle książek czeka na regałach, że aż chciałoby się przeczytać wszystkie od razu :)
Wybrałam jednak kilka,  po które w najbliższym czasie mam zamiar sięgnąć.


1. Cathy Glass - Skrzywdzona. Już dawno chciałam przeczytać coś tej autorki (wspominałam o tym na przykład tu) - liczę na poruszającą lekturę.

2. Kim Edwards - Córka opiekuna wspomnień. Jeden z tytułów, który na liście do przeczytania mam od jakiegoś czasu - postanowiłam wreszcie po niego sięgnąć.

3. George Orwell - Rok 1984. Czytałam do tej pory jedną książkę autora - Folwark zwierzęcy i czas na kolejną.

4. Lucy Maud Montgomery - Wymarzony dom Ani. Już czuję, że to będzie przyjemna lektura :)

5. Joanna Chmielewska - Lesio. Kolejna autorka, o której wiele dobrego słyszałam - zobaczymy czy przypadnie mi do gustu.

6. Małgorzata Musierowicz - Szósta klepka.

7. Małgorzata Musierowicz - Małomówny i rodzina.  Zaczynam swoją przygodę z Jeżycjadą. Tak naprawdę kiedyś wybiórczo coś z tego cyklu czytałam, ale tym razem planuję poznać wszystkie tomy, w odpowiedniej kolejności :)

8. Carlos Ruiz Zafón - Światła września. Jeszcze nie zawiodłam się na książkach tego autora, więc z ciekawością sięgnę po kolejny tytuł.

9. Agatha Christie - Śmierć na Nilu. I na koniec jak zwykle książka Christie :)

Polecacie jakiś tytuł szczególnie? A może macie któryś także w swoich czytelniczych planach? ;)

~~*~~

Korzystając z okazji chciałabym Was zaprosić do zaglądania na stronę, którą współtworzę - promocjeksiazkowe.pl

:) 

Czytaj dalej

Stephen King - Historia Lisey


Stephen King, Historia Lisey [Lisey's story], tłum. Maciejka Mazan, Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka, 2006, 408 stron.

Każda kolejna powieść Stephena Kinga po którą sięgam sprawia, że widzę go trochę inaczej i pełniej – jakby zagłębianie się w jego prozę pozwalało dopasowywać kolejne elementy układanki. Nawet jednak, gdy zaczyna mi się wydawać, że wiem w jakim kierunku idzie jego twórczość i wyłapuje typowe dla niego elementy, to sięgam po taki tytuł jak „Historia Lisey” i daje się zaskoczyć. Pojawia się w tej książce to rozsmakowanie w psychologicznej stronie bohaterów, które tak u Stephena Kinga cenię, ale jednocześnie nie jest to historia podobna do żadnej z tych, które czytałam wcześniej, a sposób jej opowiadania jest jednocześnie szalenie ciekawy i trudny w odbiorze.

Gdyby zamknąć fabułę tej powieści w kilku zdaniach, pozwalających jasno i konkretnie rozeznać się o czym właściwie jest cała historia, to mogłoby się wydawać, że ma ona stosunkowo nieskomplikowany charakter. Lisey jest wdową od dwóch lat, ale nadal nie do końca pogodziła się ze śmiercią męża, z którym spędziła przeszło ćwierć wieku. Scott był wielokrotnie nagradzanym i docenianym pisarzem, a jego twórczość budziła podziw. Nic więc dziwnego, że ewentualne dzieła, które mógł po sobie zostawić są łakomym kąskiem dla wielu ludzi. Również tych niebezpiecznych. Zanim jednak Lisey będzie musiała się mierzyć z konsekwencjami sławy męża, wyzwanie czeka na nią w postaci własnej, nie w pełni zrównoważonej psychicznie, siostry - Amandy. Gdyby nie kilka elementów ta historia rzeczywiście mogłaby biec normalnym, łatwym do sklasyfikowania, torem. Jest jednak coś za fioletowym, Księżyc Boo’ya, krwawe bafy i wiele innych rzeczy, które sprawiają, że „Historia Lisey” wymyka się prostym ramom.

Trudna to była przeprawa - wymagająca skupienia i pełnego zaangażowania, a i tak zdarzały się chwile, gdy miałam wrażenie, że coś mi umyka. Powieść napisana jest w znaczącej części w formie narracji trzecioosobowej, ale ma się wrażenie bardzo dokładnego poznawania myśli i emocji Lisey, której towarzyszymy praktycznie cały czas. To element, który akurat uznaję za duży plus i podobnie jak w „Dolores ClaibroneStephen King prezentuje genialną umiejętność wczucia się w kobiecą psychikę. Problem stanowi natomiast to, że narracja jest jednocześnie chwilami jakby poszarpana, pełna niedopowiedzeń, a w tym niełatwo się odnaleźć. Jak gdyby autor uchwycił specyfikę ludzkich myśli, które co tu dużo mówić nie zawsze są logiczne i przejrzyste. Dodatkowo pojawiają się przeskoki między teraźniejszością, a wspomnieniami z różnych okresów życia głównej bohaterki, a językowo niektóre fragmenty przepełnione są nietypowymi określeniami (tłumaczenie musiało być dużym wyzwaniem) i biorąc to wszystko pod uwagę, trudno, szczególnie na początku, połapać się w całej opowieści.

Zaciera się granica między tym, co rzeczywiste, a tym, co wyobrażone, ale odnoszę wrażenie, że to jest to, co częściowo buduje klimat powieści i o co autorowi chodziło. Dzieciństwo Scotta poza tym, że naznaczone brutalnością i szaleństwem ojca, ma w sobie też tajemnice, które kawałek po kawałku odkrywamy, ale bez jakiejkolwiek pewności czy wszystkie elementy historii jego życia są do końca realne. Namacalne jest jednak na pewno zagrożenie, które czyha na główną bohaterkę i z którym będzie musiała walczyć.

Historia Lisey”  to ze strony Stephena Kinga popis genialnego kreowania postaci, ale i wyraz ogromnej wyobraźni w tworzeniu historii. Z jednej strony przy tak pokręconej (to określenie zdecydowanie tu pasuje) i momentami psychodelicznej opowieści można się zupełnie pogubić i zastanawiać co też autor miał w głowie przy tworzeniu, ale z drugiej docenić jak (mimo całego szaleństwo wyzierającego z tej książki) mocno jest ona przemyślana. Akcja mająca miejsce w teraźniejszości stanowi tu w dużej mierze produkt uboczny, bo w rzeczywistości liczy się przeszłość i godzenie się z tym, co Lisey przez lata spychała za kurtynę zapomnienia.

Nie jest to zdecydowanie taki Stephen King, jakiego miałam okazję poznać w czasie lektury na przykład „Lśnienia” czy „Misery”, ale i w takim wydaniu zdecydowanie go doceniam. Jednocześnie muszę zaznaczyć, że „Historia Lisey” wymaga dużej cierpliwości i chwilami czyta się ją dosyć opornie, a jeżeli ktoś dopiero planuje rozpocząć przygodę z autorem, to odradzam sięganie akurat po ten tytuł. To wyzwanie, ale z rodzaju tych, w których po zakończonej lekturze odnajduję uzasadnienie dla zastosowanych środków i formy. Nie było więc łatwo, ale jednocześnie jestem pewna, że to książka, która szczególnie zapadnie mi w pamięć.

Garść cytatów:

Leżąc w łóżku, które kiedyś mieściło dwa ciała, Lisey myślała, że samotność nigdy nie jest bardziej samotna niż wtedy, gdy człowiek się budzi i uświadamia sobie, że ma cały dom dla siebie”. (s. 22)


--------

Czytaj dalej

Sarah Jio - Kameliowy ogród


Sarah Jio, Kameliowy ogród [The Last Camellia], tłum. Marcin Sieduszewski, Między Słowami, 2013, 446 stron.

Zdarzało mi się już czytać o złodziejach zainteresowanych różnego rodzaju rzeczami – dziełami sztuki, złotem, a nawet książkami, ale przyznam, że nie przypominam sobie takich, którzy na celownik wzięliby kwiaty. Gdy jednak okaże się, że ta konkretna odmiana kamelii jest jedyna w swoim rodzaju i przez lata poszukiwana była ogromnym nakładem sił i środków – wówczas można zdać sobie sprawę, że jej wartość znacząco rośnie i są ludzie, którzy zrobią naprawdę wiele, by dostać ją w swoje ręce.

Flora od dziecka pomagała rodzicom w piekarni, ale od dłuższego czasu interes nie idzie najlepiej. Jest rok 1940 i tuż za rogiem czai się trwająca wojna, a perspektywy na kolejne lata wyglądają mało obiecująco. Dziewczyna z obawy o przyszłość rodziny zgadza się na propozycję pana Price’a, należącego do gangu złodziei kwiatów. Flora ma opuścić swój rodzinny dom, popłynąć do Anglii i tam pod pozorem pracy jako niania w rezydencji Livingstonów, wykryć miejsce ukrycia pożądanej kamelii. Sześćdziesiąt lat później do tej samej posiadłości przyjeżdża Addison ze swoim mężem, uciekając przed demonami przeszłości. Kawałek po kawałku odkrywa tajemnice domu i rodziny, która kiedyś w nim mieszkała i przekonuje się, że są zagadki, które mimo upływu czasu czekają na rozwiązanie.

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy