Wanda Półtawska - I boję się snów


Autorka: Wanda Półtawska
Tytuł: I boję się snów
Wydawnictwo: Święty Paweł
Rok wydania: 1998
Liczba stron: 224

Wanda Półtawska przeżyła pobyt w obozie koncentracyjnym, ale powrót do domu nie przyniósł jej ulgi. Chwile spędzone w miejscu, gdzie człowiek nie znaczy nic, wracały do niej każdej nocy i odżywały na nowo w snach, wcale nie mniej przerażające niż w rzeczywistości. Chociaż była wolna, to nie mogła uwolnić się od wspomnień, które nawet na chwilę nie pozwalały zapomnieć. Spisanie tego, co przeżyła stało się sposobem na przynajmniej częściowe ujarzmienie doświadczonego zła. Po kilkunastu latach przelane na papier słowa zostały wydane w formie książki zatytułowanej „I boję się snów”. Dziś, chociaż minęło od wydarzeń z lat 40. XX wieku sporo czasu, napawają lękiem wciąż tak samo mocno, sprawiając, że trudno sobie to wszystko nawet wyobrazić.

17 lutego 1941 roku niespełna dwudziestoletnia Wanda Półtawska została aresztowana i zamknięta w Zamku w Lublinie, w którym wówczas funkcjonowało więzienie. Przetrzymywana w ogromnie trudnych warunkach w słowie obóz widziała nadzieję na lepsze jutro, nie wiedząc, że to, co ją czeka, na zawsze odciśnie w niej ślad. Z wyrokiem śmierci, o którym nie została nawet wcześniej poinformowana, wywieziono ją wraz z wieloma innymi kobietami do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Chciała przeżyć, ale przede wszystkim pragnęła zachować duszę, pozostać człowiekiem, a nie stać się bezwolnym „kadłubem”, w którym nie zostało już nic poza samym ciałem.

Więźniarki bardzo szybko zrozumiały, że za murami każda niemal zmiana jest zmianą na gorsze. Początkowa bezczynność związana z kwarantanną, która tak im doskwierała, zderzyła się z pracą ponad siły, która czekała je później. Każdy dzień był wyzwaniem i w każdym czekała śmierć, śmiało wyciągając ręce po kolejne osoby i za nic mając ludzkie życie. Ciągła niepewność jutra i makabryczne obrazy codzienności obozowej w wielu zabijały jakikolwiek opór i zabijały myśli o wolności. Tę trudno było sobie w ogóle w pewnym momencie wyobrazić, podobnie jak fakt, że poza murami toczy się jakieś inne życie.

Autorka przez prawie cztery lata musiała mierzyć się z okrucieństwem, które w Ravensbrück przybierało różne formy. Jedną z nich były przeprowadzane głównie na Polkach pseudomedyczne eksperymenty – z premedytacją operowano im nogi, narażając je na dodatkowe cierpienia i niebezpieczne powikłania. Wandę Półtawską i wiele innych kobiet traktowano jak króliki doświadczalne, ale to doświadczenie w połączeniu z innymi czynnikami dało im  w późniejszym okresie siłę do buntu i pokazania, że nie mają zamiaru biernie poddawać się woli oprawców.

Wanda Półtawska w opisie swoich przeżyć jest daleka od patetycznych zwrotów i opisów. Nie było nic wzniosłego w pozbawianiu ludzi życia i godności. Autorka pokazuje jednak, że w takich warunkach jest też miejsce na śmiech, nawet gdy wydaje się, że  nie ma już nadziei na wolność. A może zwłaszcza wtedy. W obozowej codzienności kobiety potrafiły solidarnie stanąć w swojej obronie, dzielić się ze słabszymi i każdego dnia dokonywać niemożliwego – pozostać sobą.

Może się czasami wydawać, że wśród literatury obozowej znajdziemy wiele podobnych historii, ale chociaż traktują o doświadczeniach z tego samego okresu, a często nawet miejsca, to każda z nich może nas uderzyć w inny sposób. Inaczej (chociaż te różnice trudno ująć w słowa) czytało mi się na przykład „Anus mundi” Wojciecha Kielara, a inaczej „I boję się snów” Wandy Półtawskiej. Zawsze jednak towarzyszy takim lekturom pewna trudność w zrozumieniu na przykład czy całe to zło było w ludziach od początku czy to wiele różnych okoliczności wyzwoliło te pokłady agresji i nienawiści. Sama nie wiem, która wersja jest bardziej przerażająca.

Garść cytatów:

O Boże, jakże chciałam mieć pewność, że nas zabiją, że nas tylko zabiją.(s. 81)

Wymowne są słowa, ale o ileż wymowniejsza jest cisza, zwłaszcza gdy jest to cisza wielu tysięcy.(s. 114)

 

 --------

Czytaj dalej

Kuferek wspomnień - Kaczor Donald

Aż chciałoby się zacząć słowami "Dawno, dawno temu...", ale w Kuferku jest miejsce zarówno dla tych mocno przykurzonych wspomnień, jak i dla takich, które znalazły się tam wcale nie tak dawno. Z pamięci umyka wiele, ale niektóre osoby, zdarzenia czy rzeczy zostają w niej na dłużej – nawet jeżeli nie wszystkie szczegóły widzę tak samo wyraźnie. Postanowiłam w ramach tego cyklu (chociaż to trochę za duże słowo - ścisłej powtarzalności zagwarantować nie mogę) dzielić się z Wami takimi krótkimi wycinkami przeszłości. Będzie nie zawsze zupełnie poważnie, ale na pewno książkowo, odrobinę filmowo i któż to wie jak jeszcze :) A dzisiaj? Dzisiaj będzie komiksowo!


Kaczor Donald to nieodłączny element mojego dzieciństwa. Zawsze jednak wolałam zaczytywać się w komiksach, które przez lata namiętnie zbierałam niż oglądać bajki. W kioskach czasopismo można było kupić co dwa tygodnie (później co tydzień i od niedawna znowu co dwa), a pierwszy numer na rynku pojawił się w 1994 roku. Moja przygoda z kaczymi historiami przypadła mniej więcej drugą połowę lat 90. i wkroczyła ze mną w nowe tysiąclecie.

Gdzieś pod drodze ta fascynacja ustąpiła innym, ale nadal miło wspominam oczekiwanie na kolejne numery Kaczora Donalda. To był czas, gdy w kiosku u mnie w miasteczku można było założyć swoją imienną teczkę, by mieć pewność, że nie przegapi się żadnego numeru wybranej gazety. Zdarzało się, że po zawartość swojej wybierałam się raz w miesiącu – wtedy czekały nam mnie dwa (lub cztery) komiksy i tym większa radość, bo i oczekiwanie na nią było dłuższe.

Chociaż czasopismo zawierało nie tylko same komiksy, ale i zagadki czy żarty, to dla mnie liczyły się przede wszystkim obrazkowe historie z nieodłącznymi dymkami. Poza Kaczorem Donaldem, jego siostrzeńcami (Hyzio, Dyzio i Zyzio) czy Sknerusem McKwaczem miałam okazję poznawać przygody również Myszki Miki, Minnie i Goofiego. Zawsze jednak z większą ciekawością podchodziłam do tych opowieści, w których bohaterem był kaczor w marynarskim wdzianku.


Nieodłącznym elementem czasopisma były oczywiście dodawane do każdego numeru gadżety. A trzeba powiedzieć, że ich różnorodność mnie jako dziecko zadziwiała i zachwycała. Papierowe gry, „skomplikowane” mechanizmy w postaci zabawek czy gadżety, które pozwalały sprawiać innym niezłe psikusy. Spośród wielu, które przez te kilka lat przewinęło się przez moje dziecięce ręce – w pamięci utkwiła mi na przykład gumowa czekolada czy zestaw podróżnika z kompasem.

Moja kolekcja w którymś momencie trafiła do innego kaczoromaniaka, a dziś odrobinę tego rozstania żałuję. Na przestrzeni ostatnich lat co jakiś czas sentyment do Kaczora Donalda i jego przyjaciół odżywał, tym razem za sprawą grubszej wersji ich przygód, które przy różnych okazjach dostawałam w prezencie. Dzisiaj w mojej biblioteczce są więc komiksy, chociaż nie w tak dużej ilości jak kiedyś.

 W duchu zaglądania do swojego Kuferka wspomnień, postanowiłam też sprawdzić jak dzisiaj prezentuje się Kaczor Donald. Zaopatrzyłam się w najnowszy numer, a pierwsza wrażenie, które towarzyszyło mi w trakcie dokonywania zakupu to nasuwające się na usta pytanie: czy format gazety nie był kiedyś większy? Żałuję, że nie mam jak tego porównać, ale może po prostu ja trochę urosłam (chociaż niewiele) i to tylko takie wrażenie. 


Do numeru standardowo dołączony został prezent – tym razem były to gumowe robale (w kolejnym będzie coś dla fanów gwiezdnych wojen – nadmuchiwany miecz!). Nie mogłam się oprzeć i magnetycznego karalucha już przetestowałam, przyczepiając go do lodówki i przyprawiając o szok współlokatorkę. Dżdżownice czekają na swoje pięć minut :-).


W środku znalazłam trochę ciekawostek na temat karnawału, żartów do czytania i wykorzystania w praktyce, zagadek, Kaczogrodzki Kurier, czyli aktualności z codzienności Kaczogrodu i przede wszystkim komiksy! Te ostatnie stanowią zdecydowaną większość numeru i to duży plus czasopisma. Spędziłam kilka miłych chwil na poznawaniu romantycznej przeszłości Sknerusa i towarzysząc Mikiemu na balu skrytych marzeń.

Taka podróż po zakamarkach pamięci pokazuje, że wiele wspomnień ulega zatarciu, ale inne, czasem pozornie mniej znaczące, zostają w niej na dłużej. Zawsze będę miło wspominała chwile totalnego zaczytania w kolejnych numerach Kaczora Donalda, a gdy będę miała okazję – z przyjemnością wybiorę się do Kaczogrodu. 

Czytaj dalej

Haruki Murakami - Na południe od granicy, na zachód od słońca


Haruki MurakamiNa południe od granicy, na zachód od słońca [Kokkyō no minami, taiyō no nishi], tłum. Aldona Możdżyńska, MUZA, 2013, 232 strony

W tle rozchodzą się dźwięki muzyki – raz klasycznej, innym razem jazzowej. Nat King Cole śpiewa o tym, co jest na południe od granicy, a dwójka przyjaciół wierzy, że tam właśnie mogliby znaleźć prawdziwe szczęście. Hajime i Shimamoto w wieku dwunastu nie wiedzą jeszcze, że życie nieczęsto układa się tak łatwo, jak to sobie założymy, a nawet gdy codzienność wydaje się pozornie idealna, czegoś ważnego może w niej brakować.

Hajime to jedynak, co w okresie jego dzieciństwa było zjawiskiem nietypowym i ustawiającym go na gorszej pozycji wśród innych dzieci. Mimo to żył wówczas w swego rodzaju bańce mydlanej, patrząc na świat ze stosunkowo ograniczonej perspektywy jednorodzinnych domków i mało zaskakującej rzeczywistości. Gdy poznaje kulawą dziewczynkę Shimamoto, odkrywa, że są ludzie, z którymi może łączyć nas nierozerwalna więź. Więź tak trwała, że determinuje całe późniejsze życie i tak niezwykła, że nawet gdy drogi dwóch osób rozchodzą się na wiele lat, ona nadal jest, choć przykryta prozą codzienności.

Czytaj dalej

Lucy Maud Montgomery - Ania z Avonlea


Lucy Maud Montgomery, Ania z Avonlea [Anne of Avonlea], tłum. Rozalia Bernsteinowa, Wydawnictwo Literackie, 2014, 290 stron.
Cykl: Ania z Zielonego Wzgórza, tom 2.

Wędrówka na Zielone Wzgórze powoduje oderwanie się od codzienności na rzecz takiego zakątka Ziemi, dzięki któremu możemy zregenerować siły, docenić piękno przyrody oraz spotkać się z dobrze znanymi (ale i nowymi) bohaterami. To przyjemność sama w sobie i skwapliwie z niej korzystam, przekonując się kolejny raz, że nawet po latach seria o rudowłosej Ani ma dla mnie ożywczo pozytywny wydźwięk. Czasami oczywiście ta podróż ma drobne braki i nie wszystko cieszy czytelnicze oko tak samo, ale koniec końców lektura dała mi wiele radości i pozwoliła się odprężyć, a to wartość, której przecenić się nie da.

Ania ma już prawie 17 lat i czekają na nią nowe wyzwania. Ze względu na kłopoty zdrowotne Maryli, postanowiła zostać w Avonlea i przyjąć posadę nauczycielki, w której widzi sposobność na pokazywanie uczniom, że w życiu liczy się ambicja, nieszablonowe myślenie i dążenie do realizacji marzeń. Oczywiście założenia ma jak zawsze piękne, ale czas pokaże, że nie wszystkie teorie zdadzą egzamin w zderzeniu z różnymi charakterami dzieci. Na Wyspę Księcia Edwarda wprowadzi się także nowy sąsiad z bluzgającą na lewo i prawo papugą, a i na Zielonym Wzgórzu pojawi się ktoś nowy.

Czytaj dalej

Jim Butcher - Pełnia księżyca


Jim Butcher, Pełnia księżyca [Full moon], tłum. Piotr W. Cholewa, MAG, 400 stron.
Cykl: Akta Dresdena, tom 2.

Noc. Księżyc na niebie daje znać, że wszystko się może zdarzyć. I dzieje się – morderstwo za morderstwem i to dokonane z brutalnością, którą przypisać można tylko bestii. Na blisko miesiąc groza znika przyczajona, by w końcu znowu zaatakować. Kolejna ofiara niemal rozdarta na strzępy, skłania szefową Wydziału Dochodzeń Specjalnych Karrin Murphy do zwrócenia się do jedynej osoby w Chicago, która może sobie poradzić z wyjaśnieniem kto lub co dokonuje tych zbrodni. Harry Dresden to jedyny mag w okolicy i nie pierwszy raz będzie miał okazję współpracować z policją. Ostatnie śledztwo i wydarzenia sprzed kilku miesięcy nie przysporzyły mu jednak popularności w kręgach stróży prawa, więc nie bardzo może liczyć na wyrazy sympatii. Tym bardziej, gdy sprawą zajmą się też funkcjonariusze FBI, dla których magia i zjawiska paranormalne to wymysł słabo wpisujący się standardowe śledztwo.

Harry Dresden jak zwykle jest w finansowym dołku i nowe zlecenie powinno być dla niego strzałem w dziesiątkę. Szybko okazuje się jednak, nie pierwszy raz zresztą, że zawód maga to nie tylko niepewny biznes, ale i bardzo ryzykowne zajęcie. Na każdym kroku czai się zło – raz w ludzkiej postaci, z brudnymi interesami w tle i chęcią utrzymania władzy i powiększania zysków, innym razem z ostrymi jak brzytwa pazurami i niekiełznaną żądzą krwi. Czasami też granice te będą się zacierać i nie do końca będzie wiadomo skąd może nadejść śmiertelne uderzenie.

Czytaj dalej

Annabel Pitcher - Moja siostra mieszka na kominku


Autorka: Annabel Pitcher
Tytuł: Moja siostra mieszka na kominku
Tytuł oryginału: My Sister Lives on the Mantelpiece
Tłumaczenie: Donata Olejnik
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 286

Długo chodził mi po głowie ten tytuł, a myślom o nim cały czas towarzyszyło przeświadczenie, że to będzie poruszająca lektura. I rzeczywiście taka była, chociaż w stosunkowo mniej oczywisty sposób, bo emocje niejednokrotnie kryły się pod warstwą pozornie zwykłych wydarzeń i gestów. W tej prostocie kryła się jednak tak wielka paleta wrażeń i refleksji, że książkę przeczytałam jednym tchem.

Piegowaty rudzielec Jamie ma dziesięć lat i jest zwyczajnym chłopcem. Przeprowadził się właśnie do Lake District, z nadzieją, że wreszcie coś, w codzienności naznaczonej smutkiem, się zmieni. Problem w tym, że jego rodzina od pięciu lat i śmierci w zamachu bombowym na Trafalgar Square jego siostry Rose - trwa na skraju przepaści. Mama związała się z mężczyzną z grupy wsparcia i została w Londynie, tato w alkoholu topi żal po stracie córki, Jas próbuje zajmować się młodszym bratem najlepiej jak potrafi, ale przecież sama ma dopiero piętnaście lat, a Rose – ona niezmiennie mieszka na kominku, a dokładniej rzecz ujmując stoi tam urna z jej prochami, niczym symbol niepogodzenia się ze stratą.

W tym wszystkim Jamie nie potrafi się odnaleźć – nie tęskni za siostrą, bo słabo ją pamięta i nie rozumie dlaczego nie jest wystarczająco ważny, by mama wróciła, a tato zobaczył, że nadal ma rodzinę, o którą powinien dbać. W nowej szkole nie jest łatwo mu się zaaklimatyzować, ale jest ktoś, kto wyciągnie do niego rękę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby Sunya nie była muzułmanką. Chłopiec wie, że nie powinien się z nią przyjaźnić ze względu na swojego tatę - to on od pięciu lat powtarza mu, że wszyscy muzułmanie są źli i z pewnością w zaciszu domowym konstruują bomby, by pozbawiać innych życia.

W powieści Annabel Pitcher nie znajdziecie pędzącej w zawrotnym tempie akcji, niezwykłych wydarzeń na każdej stronie i wzniosłych wyznań. Będzie za to codzienność widziana oczami małego chłopca, w której nie zawsze śmierć Rose jest na pierwszym planie. Nawet wtedy jednak, urna stojąca na kominku będzie determinowała życie jego rodziny, przepełnione ciągłym żalem i nieustannie powtarzanym „gdyby”.

Nienazwane emocje raz po raz uderzają czytelnika, chociaż chwilami może się wydawać, że nie dzieje się nic, co mogłoby je powodować. Odnajdujemy je jednak w Jas, która straciła siostrę bliźniaczkę i tęskni za nią, a jednocześnie niczego bardziej nie pragnie niż żyć, kochać i czuć; w ojcu Rose, dzień po dniu coraz bardziej pogrążającym się w rozpaczy oraz gniewie i nie potrafiącym widzieć już nic poza urną stojącą na kominku; mamie, chociaż nieobecnej, to jednak pokazującej zupełnie inny sposób na (nie)radzenie sobie z utratą dziecka przez ucieczkę od własnej rodziny i szukanie ukojenia gdzieś indziej; i wreszcie w Jamiem – chłopcu, który chce żyć jak inne dzieci, bez poczucia winy, że nie płakał po siostrze. Tragedia, która wydarzyła się pięć lat temu trwa nadal.

W „Moja siostra mieszka na kominku” patrzymy na świat oczami dziecka, a Annabel Pitcher niemal tak sprawnie jak Jonathan Safran Foer w „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” oddaje głos małemu chłopcu. Wprawdzie powieść brytyjskiej autorki nie jest może aż tak dobra, jak ta amerykańskiego autora, ale i tak zrobiła na mnie duże wrażenie. To taka proza przy której w jednej chwili można ze spokojem obserwować kolejne, pozornie zwyczajne wydarzenia, by w  drugiej zdawać sobie sprawę, że coś ściska nas w gardle i rozrywa serce. Wystarczy wyobrazić sobie co czuje mały chłopiec, który przez długi czas nie ściąga koszulki, bo dostał ją od mamy i liczy, że ta niedługo wróci czy wtedy, gdy ojciec nie dzieli z nim małych radości i dziecięcych tragedii, bo jego codzienność zdominowała ta jedna – utrata córki.

Garść cytatów:

Moja siostra Rose mieszka na kominku. A konkretnie, to jej fragmenty.” (s. 9)

Gdy wyjechaliśmy z Londynu, tata spędził chyba godzinę, próbując wepchnąć szafę ubraniową przez drzwi sypialni. (…) Słowa takie jak Mama i Romans czy Tata i Picie były zupełnie jak ta szafa – zbyt wielkie, żeby mogły mi przejść przez usta.” (s. 98)

I tak to właśnie wygląda w kwestii chrześcijan i muzułmanów – jedni i drudzy mają Boga, jedni i drudzy mają swoją księgę. Tylko inaczej je nazywają.” (s. 134)


Czytaj dalej

Dennis Lehane - Wypijmy, nim zacznie się wojna


Autor: Dennis Lehane
Tytuł: Wypijmy, nim zacznie się wojna
Tytuł oryginału: A drink before the war
Tłumaczenie: Marta Klimek-Lewandowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 256

Minęło już trochę czasu odkąd po raz ostatni miałam okazję spotkać się z piórem Dennisa Lehane’a, ale nadal bardzo dobrze pamiętam łatwość z jaką zatapiałam się w wykreowanych przez niego historiach. Do takich autorów aż chce się wracać i nie mogłam odmówić sobie przyjemności poznania kolejnej powieści amerykańskiego pisarza. Po „Rzece tajemnic”, „Wyspie skazańców”, „Mieście niepokoju” i „Nocnym życiu” przyszła pora na rozpoczęcie przygody z dwójką detektywów, którzy stali się bohaterami cyklu książek Dennisa Lehane’a.

Patrick Kenzie i Angie Gennaro  podejmowali się już różnych spraw w swojej karierze – teoretycznie niewiele jest ich w stanie zaskoczyć. Gdy otrzymują zadanie odnalezienia pewnej kobiety zajmującej się sprzątaniem, która zniknęła z ważnymi dokumentami, nie powinno to budzić w nich specjalnych zastrzeżeń. Tym bardziej, że ich praca ma zostać sowicie wynagrodzona. Być może fakt, że zlecenie to pojawiło się ze strony znanego senatora, który oczywiście nie ma zamiaru zdradzać co dokładnie kryło się w skradzionych papierach, powinien dać im do myślenia, ale właściwie czym tu się przejmować? Wraz z rozwojem sprawy, dwójka detektywów będzie jednak zmuszona zastanowić się w co tak naprawdę się wpakowali i jak z tego wszystkiego wybrnąć obronną ręką. A to może nie być wcale takie łatwe, szczególnie gdy w grę wchodzą interesy ludzi, którzy nie przebierają w środkach i zrobią wszystko, by osiągnąć swój cel.  

Czytaj dalej

Plany czytelnicze 1/2015

Pierwszy w tym roku stos książek, które w najbliższym czasie mam zamiar przeczytać.


1. George Orwell - Folwark zwierzęcy. Jeden z wyrzutów sumienia, czyli książka, którą planowałam przeczytać już bardzo dawno temu.

2. Annabel Pitcher - Moja siostra mieszka na kominku. Wiele o tej pozycji czytałam i spodziewam się naprawdę poruszającej historii.

3. Haruki Murakami - Na południe od granicy, na zachód od słońca. "Kafka nad morzem" to powieść, która zaostrzyła mój apetyt na prozę japońskiego autora. Tym razem będzie znacznie krócej, ale mam nadzieję, że nie mniej intrygująco. 

4. Jim Butcher - Pełnia księżyca. Pierwsze spotkanie z tym autorem wspominam bardzo miło i chętnie przekonam się co słychać u Harry'ego Dresdena.

5. Dennis Lehane - Wypijmy, nim zacznie się wojna. Po czterech  świetnych książkach tego autora ("Rzeka tajemnic", "Wyspa skazańców", "Miasto niepokoju" i "Nocne życie") nie mogłam sobie odmówić sięgnięcia po kolejne. Tym razem zaczynam przygodę z cyklem Kenzie/Genaro.

6. Jo Nesbo - Człowiek nietoperz. Autor podobno pisze świetnie i czuję, że jego pióro przypadnie mi do gustu.

7. Katarzyna Bonda - Pochłaniacz. Kiedyś wspominałam (klik!), że to autorka, którą chciałabym poznać. Cieszę się, że wreszcie będę miała taką okazję, tym bardziej, że "Pochłaniacz" mocno mnie intryguje.

8. Krzysztfo Koehler - Wnuczka Raguela. Ciągle mam w głowie bardzo zachęcającą recenzję Francy i mam nadzieję, że mnie tak samo ta pozycja poruszy i skłoni do refleksji.

Wpadło Wam w oko coś z tego stosu? 

Czytaj dalej

Emily Giffin - Ten jedyny

Emily Giffin, Ten jedyny [The One&Only], tłum. Martyna Olczak, Otwarte, 2014, 523 strony.

Często przekonuję się, że wyobrażenie o danym tytule, które mi towarzyszy przed lekturą, ma pewien wpływ na jego późniejszy odbiór.  Nie miałam wcześniej okazji czytać żadnej powieści Emily Giffin, ale kilka czynników (np. dosyć krytyczne opinie, które wcześniej usłyszałam/przeczytałam od osób o gustach czytelniczych zbliżonych do mojego) złożyło się na to, że po „Tym jedynym” nie spodziewałam się wiele, nastawiając się prawdę mówiąc na mocno średnią lekturę. Na przekór wszystkiemu to wzmocniło też moją chęć przekonania się czy ta książka rzeczywiście jest aż tak słaba. Poza tym autorka jest dosyć znana i ma wielu swoich wiernych fanów – stąd wniosek, który pewnie można by dopasować do niemal każdej książki, że jednym się podoba, a innym wręcz przeciwnie. Byłam ciekawa do której grupy ja będę się zaliczała.

Umiera pani Carr – żona podziwianego i uwielbianego trenera futbolu, która od lat była zaangażowana w rozwój drużyny i wspierała męża w każdy możliwy sposób. Jej śmierć to nie tylko moment ciężki dla jej bliskich, ale i chwila refleksji nad życiem, które niekoniecznie wygląda tak, jak powinno. Shea wspiera przyjaciółkę, która straciła właśnie ukochaną mamę, ale jednocześnie zaczyna zastanawiać się nad tym, czy jest szczęśliwa. Ma faceta, ale nie jest on raczej tym wymarzonym; ma pracę, ale chociaż związana jest ze sportem, to niezupełnie pozwala jej czuć się spełnioną zawodowo. Krok po kroku zaczyna więc zmieniać kierunek, poszukując w życiu prawdziwej miłości i próbując swoją pasję do futbolu przekuć na zajęcie na pełny etat.

Kobieta po trzydziestce, która nagle postanawia wykonać zwrot o 180 stopni i wreszcie zacząć o siebie walczyć. Brzmi banalnie, prawda? Cóż, w powieści Emily Giffin nie znajdziecie nic odkrywczego. Chciałabym napisać, że jednak gdzieś w tym wszystkim są elementy wymykające się schematom i nawet chwilami miałam już nadzieję, że coś takiego się w tej książce pojawi, ale niestety się nie doczekałam. Wprawdzie wątek sportowy to też jakiś pomysł (a zajmuje tu naprawdę dużo miejsca), ale nie uznałabym go za specjalnie oryginalny. Po względem fabuły nie zaskoczyło mnie tu absolutnie nic. Od samego początku wiedziałam jak to wszystko się potoczy, chociaż odrobinę liczyłam na to, że autorka utrze mi jednak nosa i zastosuje jakiś ciekawy twist.

Nie od każdej powieści trzeba oczekiwać rzucającej na kolana przewrotności i wiem, że czasami dobrze jest, dla odprężenia, przeczytać coś, co zwyczajnie zapewni trochę niewymagającej rozrywki. Pod tym względem „Ten jedyny” na pewno się sprawdził – pióro pani Giffin spowodowało, że przez kolejne strony niemalże płynęłam, nie doświadczając wprawdzie wielkich uniesień, ale miło spędzając czas. Jest też trochę tak, że spodziewałam się, co tu dużo mówić, znacznie gorszej powieści, stąd pewnie w trakcie lektury jedno mnie jednak zaskoczyło – że wcale nie była ona tak zła. Na ekranie mogłaby z tego powstać typowa, ale miła w odbiorze komedia romantyczna.

Wprawdzie gdzieś w tle, a czasami i na pierwszym planie, pojawiają się tematy bardziej poważne, jak chociażby przemoc domowa, ale i tutaj nie należy oczekiwać głębokich refleksji i szerokiego podejścia do problemu. Trochę zbyt płytko jest pod tym względem, aby traktować to jako poważną próbę analizy i pozostawienia czytelnika z szeregiem ważnych przemyśleń. Oczywiście nie oznacza to, że „Ten jedyny” jest książką zupełnie o niczym – można z niej wyciągnąć lekcję na temat dążenia do bycia szczęśliwą, walki o miłość i przede wszystkim o siebie, ale wszystko to ma bardzo lekki charakter. Bez emocjonalnych wstrząsów i niezapomnianych wrażeń.

Bohaterowie, podobnie jak fabuła, nie zaskoczą czytelnika oryginalnością. Shea zyskała w gruncie rzeczy moją sympatię, ale nie jest postacią, którą zapamiętam na dłużej. Zachowanie Trenera trochę mnie dziwiło, a Ryan niestety okazał się chyba najbardziej typowy ze wszystkich. Można było pokusić się o bardziej niejednoznaczne charaktery, bo nawet jeżeli niektóre wątki uznać za podjęcie takiej próby, to nie wypadły one specjalnie przekonująco.

Mogłoby się wydawać, że „Ten jedyny” to raczej stosunkowo słaba powieść i rzeczywiście jeżeli szukacie czegoś przejmującego, powodującego przyspieszone bicie serca i zaskakującego niebanalnością, to nie radzę sięgać po ten tytuł. Jeżeli jednak najdzie Was ochota na coś przyjemnego, niewymagającego i napisanego z lekkością – powieść Emily Griffin się sprawdzi. To może być dobry odprężacz na leniwy dzień, ale nic poza tym. Gdyby autorka pociągnęła niektóre wątki, trochę więcej wyrazu nadała bohaterom i pokusiła się o mniej banalną fabułę – mogłaby z tego być świetna powieść. A tak – mamy miłe czytadło, od którego nie należy oczekiwać zbyt wiele.

Garść cytatów:

Futbol był naszym probierzem. Był opoką. Czymś, czego można się było chwycić, podczas gdy jasna łuna dogasała nad Walker w Teksasie, naszą małą prywatną arkadią.(s. 13)



Czytaj dalej

Najlepsze książki 2014 roku

Rok 2013 obfitował w wiele ciekawych książek - nie inaczej było w roku 2014.
Wśród przeczytanych przeze mnie tytułów dużo pojawiło się takich, które w jakiś sposób zapadły mi w pamięć i jak zwykle trudno było wybrać te najlepsze. 
Kilka jednak chciałabym wyróżnić w tym miejscu, jeszcze raz zachęcając Was do ich lektury.

Kolejność przypadkowa.



Lisa Genova - Lewa strona życia


"Sarah z każdego dnia wyciska tyle ile się da – każda minuta to okazja do odpisania na ważnego maila czy przeczytania notatek na spotkanie.(...) Wystarczy jednak chwila, odrobina nieuwagi i tak skrupulatnie zorganizowana codzienność rozpada się na milion kawałków. Sarah w wyniku wypadku i ciężkiego urazu głowy zaczyna cierpieć na zespół pomijania jednostronnego – jej mózg całkowicie ignoruje lewą stronę wszystkiego, tak jakby ta zupełnie nie istniała.  (...) Lisa Genova stworzyła naprawdę dobrą, niebanalną i wartościową powieść, która potrafi wzruszyć i przede wszystkim stanowi impuls do krytycznego spojrzenia na nasze własne życie. (...) to książka o sile charakteru, który niekoniecznie mierzy się sukcesem zawodowym, ale raczej radzeniem sobie w sytuacji pozornej bezsilności." [fragmenty recenzji]



"Dni Alice wypełnione są różnymi zajęciami i w tym ciągłym biegu zdarza się, że o czymś zapomina. Gdy natężenie takich sytuacji wzrasta,  zaczyna się martwić, ale nie spodziewa się jaką diagnozę usłyszy. Alzheimer o wczesnym początku sprawi, że jej dalsze życie stanie się walką o każde pojedyncze wspomnienie, rozpoznawanie tak dobrze znanych elementów codzienności i zachowanie jak najdłużej świadomości tego, kim jest.(...) Uczynienie kobiety chorej na Alzheimera narratorem powieści musiało być dla autorki nie lada wyzwaniem, ale to właśnie to między innymi stanowi o ogromnej wartości książki. (...) Nieważne, że Alice to tylko bohaterka powieści – łatwo o tym zapomnieć gdy emocje ściskają gardło i zaczynamy zastanawiać się co by było, gdyby kogoś bliskiego lub nas samych dotknął Alzheimer, odbierając niemal wszystko, co w życiu ważne. Niemal." [fragmenty recenzji]

Jonathan Safran Foer - Strasznie głośno, niesamowicie blisko



"(...) myślę o Oskarze Schellu – chłopcu, który zabrał mnie w niezwykłą przygodę ulicami Nowego Jorku i ścieżkami swojego dziecięcego serca. To była niezapomniana wędrówka – pełna emocji, które przeżywa się nawet wówczas gdy ostatnia strona książki już dawno za nami. (...) W „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” często przeskakujemy od chwili od chwili. Retrospekcje, listy, wspomnienia – to wszystko przeplata się z właściwą akcją. Poszczególne elementy spajają emocje – takie które niekoniecznie są oczywiste i bezpośrednio przedstawione, a jednak podskórnie odczuwamy je przez to jeszcze mocniej. To pod wieloma względami książka niezwykła i pozostaję pod wrażeniem umiejętności autora do stworzenia czegoś tak niebanalnego." [fragmenty recenzji]

Michael Schofield - Pomóc Jani


"Janni Schofield niemal od zawsze wyróżniała się spośród innych dzieci. (...) Trudno nie przeżywać razem z ojcem tego wszystkiego, o czym pisze. Ta książka będąca zapisem autentycznych zmagań nie raz i nie dwa rozrywa serce i sprawia, że trudno sobie nawet wyobrazić jak ciężka musiała być to walka. Tym bardziej, że więcej w tym wszystkim było porażek niż sukcesów, a jeszcze mniej takich rozwiązań, które w jakikolwiek sposób by pomagały. (...) Pomóc Jani” nie jest lekturą łatwą i to nie tylko dlatego, że porusza tak trudny temat jakim jest schizofrenia u dziecka. W tym zapisie ojcowskich zmagań o córkę jest tyle emocji, że mając jednocześnie na uwadze prawdziwość opowiadanej historii, nie jest się w stanie czytać pozostając obojętnym." [fragmenty recenzji]

Jodi Picoult - Dziewiętnaście minut



"To miał być dzień jak co dzień w liceum Sterling High. Wszystko zmieniło się w chwili, w której jeden z jego uczniów – siedemnastoletni Peter Houghton – przekroczył nie tylko jego mury, ale i wszelkie granice. Zaczyna się masakra, której skutków nikt nie cofnie. (...) Jak to zwykle u J. Picoult bywa, cała historia, którą odnajdujemy na kartach jej powieści wychodzi daleko poza jednotorowo przedstawioną akcje i prostą strukturę. (...) Polecam tym, którzy lubią się mierzyć z niejednoznacznymi moralnie sytuacjami, złożonymi historiami i cenią książki napisane w naprawdę świetnym stylu." [fragmenty recenzji]



 Terry Pratechett - Spryciarz z Londynu

"
Dodger, który tak naprawdę nazywa się zupełnie inaczej (o tym jednak ani słowa - to dosyć drażliwy dla niego temat) zna Londyn jak własną kieszeń. I mowa tu nie tylko o miejscach, które każdy porządny i mniej porządny obywatel może poznać bez większego problemu, ale także o takich do których zagląda raczej niewielu. (...)  Wiele rzeczy w tej książce zasługuje na uznanie, ale w szczególny sposób zachwyciło mnie tak realne przeniesienie do XIX-wiecznego Londynu. Nie sposób uwolnić się od stworzonego w autentyczny sposób klimatu miasta, dalekiego zresztą od sielskiego obrazka. (...)  Spryciarz z Londynu” łączy w sobie wiele elementów, które sprawiają, że to była naprawdę świetna lektura. Taka, która zapewnia rozrywkę, ale jednocześnie niesie ze sobą coś więcej – wzbogaca czytelnika o nowe przyjaźnie zawarte z bohaterami książki czy warte zapamiętania bardzo realistyczne obrazy miejsc – w tym przypadku Londynu." [fragmenty recenzji]



"Zastanawiałam się czy tak szeroko komentowana książka Jacka Ketchuma będzie na tyle brutalna, że nie będę w stanie jej przeczytać. Teraz wiem, że chociaż bólu na jej kartach nie brakuje, to bardziej przerażające i trudne do zniesienia jest przesłanie jakie ze sobą niesie. Zło czai się wszędzie i niewiele trzeba aby wyzwolić jego niszczącą moc. Niezwykle łatwo może ulec zatarciu granica między tym, co właściwe, a tym, co niedopuszczalne. Szczególnie gdy pojawia się przyzwolenie kogoś trzeciego i pokusa, by sprawdzić jak daleko można się posunąć. Przestają mieć znaczenie jakiekolwiek moralne opory, liczy się poczucie władzy i zatracenie w szaleństwie. (...) Ta lektura pozostawia w czytelniku ślad i przez to jest genialna i straszna jednocześnie." [fragmenty recenzji]







Markus Zusak - Złodziejka książek


"Jak wielkie znaczenie mają słowa? Mówi się, że mogą ranić, ale czy potrafią zabijać? I odwrotnie – czy są na tyle silne by komuś uratować życie? Dla Liesiel wybawieniem stają się książki, choć pierwsza z nich – „Podręcznik grabarza” – wydaje się mało pocieszająca i podnosząca na duchu. A jednak samo jej posiadanie daje dziewczynce pewien oręż do przedzierania się przez codzienność. (...)  nie ma przypadkowych zdań i niezdarnie porozrzucanych słów. Są za to emocje, które do mnie osobiście trafiły. Jest również (nie)codzienne życie, w którym odkryć można zarówno małe radości jak i wielkie tragedie oraz cały ogrom cierpienia." [fragmenty recenzji]






Edit: Nie wiem jak mogłam zapomnieć o tym tytule:





"Don Vito Corleone to człowiek, który potrafi pomóc właściwie każdemu, kto znajdzie się w potrzebie. W zamian oczekuje jedynie (albo aż) deklaracji przyjaźni, wiążącą się z tym, że pewnego dnia może on poprosić o wyświadczenie mu jakiejś "drobnej" uprzejmości. (...) Cieszę się, że sięgnęłam po „Ojca Chrzestnego” bo właśnie na takie książki się czeka i takie postaci jak Don Vito Corleone zapadają w pamięć na dłużej. Ta powieść to zresztą jeszcze więcej niż tylko bohaterowie – to misternie zbudowany świat, który zachwyca autentyzmem i nie pozwala przejść obojętnie."[fragmenty recenzji]





Na myśl przychodzi mi jeszcze wiele naprawdę wartych uwagi książek (np. Jodi Picoult - Bez mojej zgody, Dan Brown - InfernoRobert Galbraith - Wołanie kukułki) - wiem jednak, że o wszystkich nie sposób wspomnieć.

Cieszę się, że tak wiele ciekawych tytułów udało mi się poznać - mam nadzieję, że 2015 rok będzie pod tym względem podobny, a nawet jeszcze lepszy.

Jakie tytuły Wam zapadły w tym roku najbardziej w pamięć?
Koniecznie się nimi podzielcie w komentarzach, a jeśli sami tworzyliście podobne zestawienie - zostawcie link.

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy