Stephen King - Lśnienie


Autor: Stephen King
Tytuł: Lśnienie
Tytuł oryginału:  The Shining
Tłumaczenie:  Zofia Zinserling
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 520

Mógłbyś powiedzieć, że jesteś pisarzem, ale sam wiesz, że to za duże słowo jak na trochę sprzedanych opowiadań i ciągle nieskończoną sztukę. Decydujesz się na podjęcie pracy w hotelu zamykanym na zimowy sezon, mimo że jego dyrektor ewidentnie patrzy na ciebie z góry, a sama perspektywa odcięcia od świata przez zwały śniegu nie jest zbyt kusząca. Poza tym fakt, że mężczyzna, który poprzednio pełnił funkcję dozorcy z zimną krwią zamordował swoją żonę i córki, a następnie popełnił samobójstwo, jakoś nie nastraja optymistycznie. Dodatkowo Panorama nie cieszy się dobrą sławą – wielokrotnie zmieniająca właścicieli, w przeszłości była świadkiem rozpasania na balach, ale dramatów, w których śmierć odgrywała główną rolę.

Nazywasz się Jack Torrance i nie masz wyboru. Za pobicie ucznia zostałeś zwolniony z posady nauczyciela, a agresja i porywczość raczej nie prezentują się dobrze w podaniach o pracę. Przyjaciel załatwił Ci zajęcie i powinieneś być mu wdzięczny, tym bardziej, że zmiana otoczenia może pomóc w poukładaniu rodzinnych spraw. Cóż, jako mąż i ojciec też nie radzisz sobie najlepiej – poważne problemy z alkoholem (wprawdzie chwilowo zażegnane, ale jednak) i napady złości, na tyle poważne, że połamałeś swojemu synowi rękę, pozbawiają Cię szans na tytuł rodzica roku. Może więc wspólny kilkumiesięczny pobyt w hotelu sprawi, że weźmiesz odpowiedzialność za swoje życie i wreszcie ustawisz je na właściwe tory. Oczywiście jeżeli nie wydarzy się nic nieoczekiwanego…

Jak to u Stephena Kinga bywa, zanim skupimy się na głównej akcji, najpierw zostaniemy uraczeni porządną (ale nie przesadną) dawką obyczajowej otoczki, dzięki której powołani przez niego do życia bohaterowie, przestaną być tylko jednowymiarowym tworem. Bez problemu wczujemy się w ich sytuację, nawet jeżeli ich doświadczenia w rzeczywistości nie są nam specjalnie bliskie. Dobrze poznamy każdą z postaci: Jacka, który nie radzi sobie z gniewem i pociągiem do alkoholu, ale zdaje sobie sprawę z własnych niedoskonałości i na swój sposób kocha rodzinę; Wendy – żony rozdartej pomiędzy trudną miłością do męża, troską o bezpieczeństwo syna, a własnymi potrzebami i poczuciem, że staje się podobna do matki, która nigdy nie szczędziła jej krytyki; Danny’ego – pięcioletniego chłopca, widzącego znacznie więcej niż przeciętny człowiek, słyszącego myśli innych i potrafiącego przewidzieć co może się wydarzyć, a przy tym mocno zagubionego wobec wizji, których doświadcza. To z tą trójką spędzimy najwięcej czasu, ale może się okazać, że w Panoramie nie są jedynymi mieszkańcami, a pobyt w hotelu zamieni się w walkę o przetrwanie.

Nie będę ukrywała, że sporo sobie obiecywałam po „Lśnieniu”, widząc w tym tytule szansę na poznanie S. Kinga w jednej z najlepszych odsłon i zatopienia się w historii, która przynajmniej dorówna świetnej „Misery”. Tym, co łączy te dwie powieści jest klaustrofobiczny klimat, genialnie sportretowani bohaterowie i duża dawka napięcia, które towarzyszy czytelnikowi w trakcie lektury. Autor w obu przypadkach umieścił swoich bohaterów na niewielkiej przestrzeni, sprawiając, że z każdą chwilą wydaje się ona jeszcze mniejsza. Wyposażył ich w całą paletę cech charakteru, dorzucając do tego gesty i słowa i tworząc postaci realne i niejednoznaczne. Wnikamy w ich psychikę, obserwujemy toczące się w ich głowach bitwy i próbujemy przewidzieć jak postąpią. Nie zawsze się to udaje, ale to sprawia, że wydają się jeszcze bardziej ludzcy.

Zaczęłam czytać „Lśnienie” i chociaż nie od razu pojawia się groza, to nie mogłam się uwolnić od towarzyszącego mi w trakcie czytania (ale i w przerwach w lekturze) napięcia. Trwałam w zawieszeniu, oczekując na to, co się wydarzy i zdając sobie sprawę, że nie będzie to nic przyjemnego. King od początku zaszczepił we mnie przeświadczenie, że w hotelu można się spodziewać wszystkiego i nawet w chwilach złudnego spokoju trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Autor mądrze dawkuje napięcie, trzymając je na wysokim poziomie, ale nie odkrywając od razu wszystkich kart. Jack, Wendy i Danny nie poznają wszystkich tajemnic Panoramy pierwszego czy drugiego dnia pobytu. Znalazłam się razem z nimi na emocjonalnej huśtawce, w której dominuje niepewność i niepokój. Podchodzimy na przykład do budzących irracjonalny strach drzwi, ale nie otworzymy ich od razu, by zmierzyć się z tym, co tam czeka.  Będziemy czekali przez pewien czas, z ciarkami przechodzącymi po plecach, niemal pragnąc, żeby wreszcie groza przybrała jakiś konkretny kształt i udręka nieprzerwanego napięcia wreszcie się skończyła. Właśnie takich emocji od książek tego typu oczekuję i „Lśnienie” mnie zdecydowanie pod tym względem nie rozczarowało.

Cieszę, że to, co tak podobało mi się w „Misery”, czyli połączenie wciągającej i niepokojącej historii z genialnym wniknięciem w psychikę bohaterów, pojawiło się również w „Lśnieniu”. W tym drugim przypadku dawka napięcia jest nawet jeszcze większa, a poprowadzona w świetnym stylu opowieść wgryza się w umysł. Napisać, że Panorama to nawiedzony hotel, w którym dzieją się dziwne rzeczy to zdecydowanie za mało. To, co się w nim kryje nie ukazałoby swojej grozy bez połączenia z ludzkimi słabościami, a gdy znikną wszelkie hamulce w człowieku, koniec będzie bliski.

Garść cytatów:

Cofnęła się, bo palił ją wzrokiem, i spróbowała przywdziać uśmiech o jeden numer za mały. (s. 206)

Według mnie to bardziej przerażające, niż gdyby ktoś obcy skradał się po korytarzach. Od obcego można uciec. Nie można uciec od samego siebie.(s. 308)

I robiono tam rzeczy nigdy niewzmiankowane w prasie, bo pieniądze umieją mówić po swojemu.(s. 462)


Czytaj dalej

Kuferek wspomnień: Harry Potter

Ostatnio w Kuferku wspomnień było komiksowo za sprawą Kaczora Donalda. Dzisiaj zaglądam do niego i widzę jak wiele miejsca zajmuje w nim pewna seria książek o młodym czarodzieju, którą zawsze będę wspominała z ogromnym sentymentem. Zresztą chociaż od pierwszego spotkania z Harrym Potterem (bo o nim oczywiście mowa) minęło już sporo czasu, to nadal wracam do jego przygód i z przyjemnością spotykam się z dobrze znanymi bohaterami.


Najpierw był film. Nie mogę jednak napisać, żeby to on stał się głównym impulsem do sięgnięcia po historię stworzoną przez angielską pisarkę J. K. Rowling. Gwoli ścisłości w ramach szkolnego wyjścia do kina miałam okazję zobaczyć nawet nie pierwszą, ale drugą część wydarzeń rozgrywających się w Hogwarcie, czyli tą, w której otwarta została Komnata Tajemnic. Seans był przyjemny i gdzieś tam postać Harry’ego utkwiła mi w pamięci, ale czytelniczo w świecie magii rozsmakowałam się, gdy w moim domu pojawiły się niedługo później cztery pierwsze części serii. Co ciekawe, nie były one w rzeczywistości kupione z myślą o mnie czy moich braciach, ale (dziś zupełnie nie pamiętam dlaczego) razem z mamą uznałyśmy, że to będzie dobry prezent dla… mojego taty. Wprawdzie on niespecjalnie się nimi zainteresował (pewnie dlatego, że woli raczej powieści marynistyczne i ogólnie przygodowe, ale bardziej w stylu „Winnetou”), ale za to ja przepadłam zupełnie.


Nigdy nie ciągnęło mnie do fantasy – pamiętam, że sięgałam raczej po inne gatunki, lepiej odnajdując się w historiach mocno osadzonych w rzeczywistości, zahaczających o powieści kryminalne (zaczytywałam się chociażby w serii o Trzech Detektywach). J.K. Rowling sprawiła jednak, że z nieznaną wcześniej zachłannością poznawałam wykreowany przez nią świat magii, pochłaniając kolejne wydarzenia i przywiązując się do bohaterów ożywających w mojej wyobraźni. Ich losy śledziłam z wypiekami na twarzy i tylko to się wówczas liczyło.

Zawsze szczególną sympatią darzyłam Hermionę, ale oczywiście kibicowałam całej trójce przyjaciół w ich starciach nie tylko ze złem, ale i ze szkolną codziennością. Zresztą niemal żaden z bohaterów pojawiających się przez te lata w Hogwarcie i poza nim, nie był mi obojętny. Świat stworzony przez autorkę niezmiennie mnie zachwycał – szczegółowy, dopracowany i pełen elementów, które zapadają w pamięć. Lekcje w Szkole Magii i Czarodziejstwa i egzaminy, zaklęcia, magiczne stworzenia, niezwykłe miejsca – wszystko sprawiało, że nietrudno było zapomnieć, że to wszystko dzieje się jedynie na kartach książek.

Jednym tchem przeczytałam cztery pierwsze tomy i wyczekiwałam na kolejne, chcąc wrócić do Hogwartu i sprawdzić co tym razem wymyślił Sami Wiecie Kto. Dorastałam ja i dorastali bohaterowie, a obserwowanie tego, jak się zmieniają sprawiało mi wiele radości. Ileż emocji towarzyszyło mi zawsze przy lekturze! Pamiętam, że zwlekałam jedynie z przeczytaniem ostatniej części, w czym zresztą pomagał mi fakt, że nie pojawiła się ona u mnie w domu od razu po wydaniu. Nie chciałam rozstawać się z Harrym, Ronem, Hermioną i innymi bohaterami - nie chciałam, by ta przygoda dobiegła końca.

Znacznie później miałam okazję jeszcze szerzej zgłębić świat czarodziejów za sprawą trzech publikacji – jednej sygnowanej nazwiskiem J.K. Rowling, mianowicie „Baśnie Barda Beedle’a” i dwiema na potrzeby których autorka stworzyła nowych autorów: Newt Skamander – „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" oraz Keniworthy Whisp – „Quidditch przez wieki”. Każda z nich stanowiła przyjemną rozrywkę i miły dodatek do przeczytanej wcześniej serii, sprawiając, że i tak szeroka wizja magicznego świata, uzupełniała się o nowe informacje i elementy.

Książki o Harrym Potterze zajmują w moim sercu miejsce szczególne, a chociaż wracałam do nich już kilka razy, to ciągle tak samo uwielbiam zatapiać się w tym magicznym świecie. Minęło sporo czasu (kilkanaście lat!) odkąd pierwszy raz zawitałam do Hogwartu, ale ilekroć tam wracam, czuję, że magia jest blisko.


Czytaj dalej

Lucy Maud Montgomery - Ania na uniwersytecie


Lucy Maud Montgomery, Ania na uniwersytecie [Anne of the Island], tłum. Janina Zawisza-Krasucka, Wydawnictwo Literackie, 2014, 291 stron.
Cykl: Ania z Zielonego Wzgórza, tom 3.

Na Wyspie Księcia Edwarda nastał czas wyjazdów. Państwo Allan, Irvingowie, a także pewna rudowłosa młoda dama opuszczają ten uroczy zakątek, by przeżywać nowe emocje w innych miejscach. Jako prawdziwie wrażliwa dusza, Ania wie jak trudno rozstać się tym, co dobrze znane i kochane, a lata spędzone na Zielonym Wzgórzu były przecież najlepszym okresem w jej życiu. Na razie nie opuszcza go na stałe, a studia na uniwersytecie w Redmond to dla niej ogromna szansa i jedno z marzeń, które teraz się spełnia, ale tęsknota za domem chwilami przyćmi słodycz wyjazdu.

Miłość Ani do domu, w którym znalazła wreszcie swoje miejsce, była widoczna także we wcześniejszych dwóch częściach jej przygód, ale to w tej trzeciej tak mocno mnie poruszyła. Tkliwość z jaką wspomina spędzony tam czas, wspomnienia w których znajduje ukojenie oraz wzruszenie, jakie towarzyszy każdemu przyjazdowi na Zielone Wzgórze, ściska serce. To zawsze będzie dla niej miejsce, gdzie w końcu poczuła się chciana i kochana, a będąc daleko od niego, z czułością myśli o ludziach i miejscach, które na nią czekają.

Czytaj dalej

John Green - Gwiazd naszych wina


John Green, Gwiazd naszych wina [The Fault In Our Stars], tłum. Magda Białoń-Chałecka, Bukowy Las, 2013, 312 dtron.

Nie chciałam poczuć się rozczarowana, a w przypadku książek przez wielu określanych jako genialne i niesamowite nie jest o to trudno. Poprzeczka czytelniczych oczekiwań ustawia się przed lekturą tak wysoko, że później nie sposób chociażby musnąć ją palcami. Dlatego do „Gwiazd naszych wina” starałam się podejść ostrożnie, zachowując pewien dystans (także czasowy) od zachwytów nad powieścią. W głowie pobrzmiewało mi również coś, co słyszałam o niej kilka razy, a co akurat nie do końca mnie przekonywało jako argument, by nie spodziewać się zbyt wiele - że to tylko powieść młodzieżowa. Zauważyliście, że to drobne „tylko” niesie ze sobą więcej niż niejeden przymiotnik? W domyśle taka literatura jest w jakimś sensie mniej wartościowa niż jej dorosła wersja, często infantylna i pozbawiona głębszego sensu. Cóż, z takim podejściem zgodzić się nie mogę, tym bardziej, że jak pokazuje powieść Johna Greena, historie teoretycznie skierowane do młodzieży potrafią też bardzo skutecznie poruszyć dorosłego czytelnika. Tak było przynajmniej w moim przypadku.

Hazel Grace byłaby pewnie typową amerykańską nastolatką, gdyby nie fakt, że od kilku lat choruje na raka i wszędzie musi ze sobą taszczyć przenośny zbiornik, który w połączeniu ze specjalnymi wąsami tlenowymi pozwala jej w miarę normalnie oddychać. Jej płuca to mechanizm stosunkowo kapryśny i nie w pełni sprawny, ale grunt, że dziewczyna nadal żyje, za co powinna być niezmiernie wdzięczna. Nie to żeby Hazel nie cieszyła się z dodatkowego czasu, który dał jej między innymi specjalny lek, ale zdecydowanie nie jest taką bohaterką, która będzie starała się nam pokazać za wszelką cenę, że chory człowiek zawsze ma w sobie nieskończone pokłady siły i odwagi. Jest na to zdecydowanie zbyt szczera. 

Augustus (Gus) Waters właściwie pokonał raka, chociaż nie obyło się bez strat w postaci amputowanej kończyny. Jest młody i przystojny (jakże by inaczej), a swoją pewnością siebie łatwo zwraca uwagę. Zarówno Gus jak i Hazel wiedzą co oznacza nowotwór, ale gdy poznają się na grupie wsparcia, choroba na moment schodzi na dalszy plan, by ustąpić szybszemu biciu serca. Wiem - zabrzmiało trochę ckliwie, ale nie martwcie się – ta historia przesadnie słodka nie będzie.

Hazel Grace zyskała moją sympatię już od pierwszych stron. Wyobrażałam sobie jak z powątpiewaniem unosi brwi i z odpowiednią dozą ironii opowiada o tym, jak ludzie postrzegają chorych i dlaczego ich wyobrażenie o takich osobach zwykle nijak ma się do rzeczywistości. O efektach ubocznych umierania,  tym co jest gorsze od śmierci w wieku kilkunastu lat czy Bonusach Rakowych mówi szczerze i bez silenia się na patetyczne określenia. Ba! Mnóstwo jest w tym wszystkim humoru i parę razy zdarzyło mi się śmiać w głos w trakcie lektury.

Augustus początkowo nie wydawał mi się specjalnie interesujący, ale okazało się na szczęście, że chłopak da się lubić. Znajomość z Hazel w jakiś sposób go zmienia i na wiele rzeczy pozwala spojrzeć inaczej – oboje są dla siebie powiewem świeżości, tym przyjemniejszym, że zapowiadającym pierwsze, najpierw nieco nieśmiałe, ukłucia miłości. Można z przekąsem stwierdzić, że to jeszcze niedojrzałe zauroczenie dwojga nastolatków, ale czy to oznacza, że dla nich mniej przez to ważne?

Przy okazji pewnie pojawi się wątpliwość czy z takiej historii można wykrzesać coś więcej, coś, co naprawdę poruszy niezależnie od wieku. Możecie mi wierzyć – Green bardzo sprawnie i z wyczuciem wychodzi poza zapatrzonych w siebie młodych ludzi i pokazuje ich spojrzenie na wiele spraw. Życie, śmierć, choroba, zdrowie, miłość (również ta rodzicielska), ciekawość świata, pragnienie bycia zapamiętanym – to wszystko w „Gwiazd naszych wina” znajdziecie. Autor łączy lekkość języka, która od razu skojarzyła mi się ze stylem pisania M. Quicka z pozornie niezbyt oryginalną historią (tu na myśl przychodzi mi na przykład P. Chbosky i jego „Charlie”), dając w efekcie powieść, którą czyta się jednym tchem i która potrafi zawładnąć myślami czytelnika.

Zastanawiałam się też czy J. Green nie zrobi mi czasem tego, co Hazel uczynił jej ulubiony pisarz w czytanym przez nią wielokrotnie „Ciosie udręki” – zostawi  w niepewności, urywając historię z pół zdania. Nie zdradzę czy moje obawy się sprawdziły czy nie, ale na pewno mogę napisać, że „Gwiazd naszych wina” to powieść warta uwagi. Nie wiem czy zostawi we mnie jakiś trwały ślad i czy po latach będę ją wspominała z błyskiem w oku - właściwie niespecjalnie tego oczekuję, ale wiem, że na czas lektury przepadłam zupełnie. To zatracenie w czytaniu zapamiętam na pewno.

Garść cytatów:

Na tym świecie jest tylko jedna rzecz okropniejsza niż umieranie na raka w wieku szesnastu lat, a jest nią posiadanie dziecka, które na tego raka umiera.(s. 13)

Kostniakomięsak czasami odbiera kończynę, żeby sobie spróbować człowieka. A jak mu posmakuje, bierze też resztę.(s. 24)


Czytaj dalej

Plany czytelnicze 2/2015

Na regałach czeka na mnie sporo tytułów do czytania, ale na najbliższy czas wybrałam takie:


1. Lucy Maud Montgomery - Ania na uniwersytecie. Dwie pierwsze części za mną (Ania z Zielonego Wzgórza i Ania z Avonlea) i jestem pewna, że przy kolejnej również spędzę kilka miłych chwil.

2. Lisa Genova - Kochając syna. Poprzednie książki tej autorki - "Motyl" i "Lewa strona życia" wywarły na mnie duże wrażenie, dlatego liczę, że tym razem będzie podobnie.

3. Jeffery Deaver - Kolekcjoner kości. Widziałam film, ale na szczęście nie pamiętam zakończenia, a autora chciałam poznać już dawno (wspominałam o tym chociażby tu). Zobaczymy czy wciągnie mnie stworzona przez niego historia.

4. John Green - Gwiazd naszych wina. Tyle czytałam o książkach tego pana, że chciałabym się przekonać czy i ja dam się zauroczyć.

5. Agatha Christie - Niemy świadek. Kilka książek angielskiej pisarki już za mną (klik!) i mam apetyt na kolejne.

6 Carlos Ruiz Zafón - Cień wiatru. Autor potrafi tworzyć klimat, który zachwyca ("Marina" jest tego najlepszym przykładem) i chętnie zatopię się w jego prozie.

7. Stephen King - Lśnienie. Nie mogłam sobie odmówić poznania tak znanej i docenianej książki tego autora. Tym bardziej, że w planach mam poznanie większości stworzonych przez niego historii, a za mną dopiero kilka z nich (o niektórych przeczytacie tu).

Sama nie wiem za który tytuł zabiorę się najpierw, ale to dylemat na który narzekać nie będę :-)

Czytaj dalej

Katarzyna Bonda - Pochłaniacz

Katarzyna Bonda, Pochłaniacz, MUZA, 2014, 672 strony.

Pierwsze spotkanie z prozą Katarzyny Bondy mogę uznać za udane. Pozbawione wprawdzie wielkich zaskoczeń, totalnego zachwytu i poczucia, że czytałam coś genialnego, ale pozwalające stwierdzić, że przyjemnie spędziłam czas, a po kolejne tytuły autorki sięgnę bez obaw. Można być rozczarowanym zbyt małą ilością kryminału w kryminale, ale już wcześniej przygotowałam się, że „Pochłaniacz” poza zbrodnią i śledztwem zawiera też mocno rozbudowaną warstwę obyczajową (podobnie pod tym względem pisze na przykład Läckberg). I wcale nie oznacza to, że kryminałem być przestaje, ale to oczywiste, że takie podejście do tematu nie każdemu musi przypaść do gustu. Sama dosyć dobrze odnalazłam się w stylu autorki i wymyślonej przez nią historii, chociaż były chwile, gdy powieść nie pochłaniała całej mojej uwagi.

Trójmiasto w latach dziewięćdziesiątych miało kolor bursztynu i pachniało pieniędzmi, strumieniami płynącymi do kieszeni tych, którzy potrafili się odpowiednio urządzić. Nietrudno wówczas było o nagłą śmierć, a chociaż dzięki odpowiednim kontaktom da się zatuszować naprawdę wiele, to może się okazać, że kiedyś prawda upomni się o swoje pięć minut. Wydaje się, że po dwudziestu latach wydarzenia z przeszłości są tylko poszarzałym wspomnieniem, zamkniętą sprawą w policyjnych aktach, a morderstwo dokonane w jednym z popularnych sopockich lokali nie ma z nimi nic wspólnego. Wiadomo jednak, że nie ma muru których oddzielałby to, co było, od tego, co jest, a gdy na scenie pojawiają się te same osoby, można być niemal pewnym, że wszystko zacznie się ze sobą łączyć.

Sasza Załuska po kilkuletnim pobycie w Wielkiej Brytanii wraca z sześcioletnią córką Karoliną do Polski. Na chwilę odkłada na boczny tor karierę naukową w Instytucie Psychologii Śledczej w Hudderssfield na rzecz zlecenia, które otrzymuje. Jako profilerka ma stworzyć portret kogoś, kto podobno grozi zleceniodawcy. Szybko okazuje się, że kobieta wpadła w sam środek spraw od których lepiej trzymać się z daleka. Oczywiście była policjantka nie ma zamiaru stać bezczynie i przyglądać się kolejnym wydarzeniom – poza próbami ustalenia kto zabił i dlaczego, będzie musiała postawić sobie wiele innych pytań, między innymi dlaczego została w to wszystko wmanewrowana.

Przez dwadzieścia lat może się wydarzyć naprawdę wiele, ale i tak ze zdziwieniem patrzyłam jak potoczyło się życie bohaterów, których historię z przeszłości dopiero co poznałam. Zastanawiałam się na przykład jak to się stało, że Marcin – chłopak z pociągiem do narkotyków i dosyć lekkim podejściem do życia został księdzem, a niepozorny Janek Wiśniewki alias Igła muzykiem, który nagrał wielki przebój i prowadzi intratny interes. Przed chwilą widziałam w nich nastolatków, a już za moment obserwowałam ich dorosłe życie bez wiedzy o tym, jak znaleźli się w tym punkcie. Oczywiście autorka z czasem odkrywa przed czytelnikiem wiele faktów, ale robi to niespiesznie, co tylko skutecznie podsyca ciekawość.

Sasza Załuska jest bohaterką, która poznajemy najlepiej i możemy odnieść wrażenie, że wiemy o niej naprawdę sporo. Odeszła z policji po zawaleniu ważnej akcji, wyjechała (a raczej uciekła) za granicę, by odciąć się od wszystkiego, a powrót do kraju nie był dla niej łatwy. To ambitna i silna kobieta, uparcie dążąca do celu, bez względu na okoliczności. Nie jest jednak z kamienia i miewa chwile słabości, w których niebezpiecznie zbliża się do butelek z alkoholem. Od siedmiu lat nie pije, ale zdaje sobie sprawę, że wystarczy jeden łyk, by popłynąć z nurtem w przepaść. Po pierwsze podobało mi się, że Katarzyna Bonda nie wepchnęła bohaterki od razu w żadne silne męskie ramiona, co byłoby zabiegiem dosyć typowym. Problemy z alkoholem nie są może specjalnie oryginalne (chociaż częściej w powieściach przypisywane mężczyznom, tak jak chociażby u J. Nesbo), ale autorka pokusiła się o coś więcej niż tylko oznajmienie, że Sasza ma problem, szerzej poruszając tę tematykę.

Przez powieść przewija się naprawdę wiele postaci, a większość z nich ma znaczenie dla akcji, nawet jeżeli nie od razu to sobie uświadamiamy. Śledczy zajmujący się sprawą morderstwa - Duchnowski zwany Duchem – to niespecjalnie przyjemny w obejściu facet. Bywa zgryźliwy, ale tak naprawdę da się go lubić. Łatwo poczuć za to od razu sympatię do Jacka „Jekylla” Buchwica – technika kryminalistyki. Komendant Waligóra szybko znalazł się na mojej liście tych, którym niekoniecznie trzeba ufać, a Waldemar Gabryś rozbrajał mnie swoim zachowaniem i zadziwiał hipokryzją. Widać, że autorka starała się nie tylko każdą osobę uzbroić w określoną paletę cech, ale niejednokrotnie okrasić to dodatkowo historiami z przeszłości, by czytelnik zdawał sobie sprawę, że to nie są ludzie tylko tej jednej chwili, że poza nią mieli i mają jakieś życie.

Przyznam, że miałam nadzieję na większy pokaz umiejętności Saszy Załuskiej i chyba trochę naiwnie wierzyłam, że zawód profilerki będzie bardziej wyeksponowany. Dosyć długo musimy czekać żeby poznać jej umiejętności, a chociaż wreszcie profil psychologiczny mordercy powstaje, to jego postać nie intryguje tak, jak powinna. Może jest trochę tak, że nastawiłam się na bardziej efektowne działania, na coś bardziej wyrazistego. Po prostu spodziewałam się czegoś więcej.

Akcja nie pędzi z zawrotną szybkością, chociaż pod koniec oczywiście przyspiesza. Nie ma tu ekspresowego śledztwa rodem z amerykańskich produkcji kryminalnych, ale to akurat plus - czasami policjanci stają w martwym punkcie, innym razem wydaje się, że już wszystko jest jasne, ale oczywiście rozwiązanie nie pojawi się tak szybko. Kluczem do sukcesu może się okazać zapach, a sama procedura jego badania to jeden z kilku ciekawszych elementów, które serwuje czytelnikowi autorka.

Początkowo szeroka przestrzeń z czasem coraz bardziej się zawęża, a kolejne elementy układanki wskakują na swoje miejsce. Pod koniec zalecam naprawdę uważną lekturę bo inaczej można się w tych zawiłościach trochę pogubić - gdy jednak się skupimy, to z pewnością zauważymy, że tworzą zgrabną i logiczną całość.

Katarzyna Bonda stworzyła powieść, w której często zbaczamy z drogi prowadzącej prosto do mordercy. Czasami okazuje się, że te eskapady po umysłach bohaterów i ich przeszłości mają znaczenie dla głównej akcji, innym razem stanowią element budowania bogatej warstwy obyczajowej. I o ile nie przeszkadza mi, że autorka poruszyła wiele tematów i prowadziła mnie bocznymi ścieżkami do finału, o tyle nie mogę nie zaznaczyć, że nie zawsze lektura była zajmująca. Chwilami trochę się nawet nudziłam, czekając na przyspieszenie bicia serca na kolejnych stronach. Nie mogę napisać, że pisarka nie potrafi budować napięcia bo zdarzały się takie momenty, że czułam niemal namacalną potrzebę sprawdzenia co będzie dalej. A gdy odkryłam już wszystko, zamknęłam „Pochłaniacza” i czekam na jeszcze więcej i jeszcze lepiej.

Garść cytatów:

Wielkie szczęście zawsze słono kosztuje. Tylko kłopoty są za darmo.(s. 37)

Nie ma ludzi złych, są tylko ci, którzy dokonali złych wyborów lub nie dokonali ich wcale.(s. 435)

Życie to oddech. Mamy ograniczoną pulę uderzeń serca. Niepotrzebnie marnujemy je na wahanie, strach, czy złość.(s. 645)

Cztery żywioły Saszy Załuskiej
Pochłaniacz [powietrze] | Okularnik [ziemia] | Lampiony [ogień]| Czerwony pająk [woda]
 --------
Wyzwania: Polacy nie gęsi

Czytaj dalej

Krzysztof Koehler - Wnuczka Raguela


Autor: Krzysztof Koehler
Tytuł: Wnuczka Raguela
Wydawnictwo: M
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 247

Gdy książka sprawia, że wychodzimy poza swój bezpieczny azyl i zatapiamy się w przedstawionej na jej kartach historii, czując jakby chwile w niej zawarte działy się naprawdę, to oznacza, że słowa które się na nią składają naprawdę na nas oddziałują. Tak czułam się wielokrotnie w czasie lektury „Wnuczki Raguela”, a chociaż powieść nie zachwyciła mnie w stu procentach, to były w niej momenty tak autentycznie przejmujące, że zapadnie mi w pamięć na długo.

Stwierdzenie, że w ludziach dominuje obojętność wobec tego, co ich bezpośrednio nie dotyczy nie jest niczym odkrywczym, ale w żaden sposób nie wyjaśnia skąd to zapatrzenie jedynie we własne sprawy i spojrzenie prześlizgujące się po tym, czego wolimy nie widzieć. Tak jest łatwiej – po prostu. Łatwiej jest założyć, że ktoś zasłużył na to, co ma, a skoro znalazł się w takiej, a nie innej sytuacji to powinien się z nią mierzyć sam; łatwiej udawać zabieganych, zamyślonych i mocno czymś zajętych niż poświęcić chwilę na poznanie czyjejś historii; łatwiej skrytykować niż spróbować zrozumieć. Dobro wymaga zaangażowania, wyjścia poza wypracowane ramy codzienności, często przełamania swoistego lęku przed nieznanym i pójścia o krok dalej niż zwykle. Budujemy mury, nie zastanawiając się kto i dlaczego jest po drugiej stronie – Krzysztof Koehler w swojej książce pokazuje nam jedną z możliwych odpowiedzi.

Chłopak jest bezdomny, a każdy kolejny dzień to wielka niewiadoma. Może znajdzie w śmietnikach tyle jedzenia, że głód nie będzie mu tak bardzo doskwierał, a noc spędzi gdzieś pod dachem, a nie gołym niebem. A może będzie musiał walczyć o każdy kęs i poddać się swoistej hierarchii i niepisanym zasadom obowiązującym wśród innych bywalców parków i opuszczonych zabudowań. Czy zwykły dotyk dłoni może nadać życiu sens? Odmienić je na zawsze? Dla Chłopaka  takie wydarzenie okazuje się przełomem, ale nie takim, który nagle uwolni go od bezdomności i wszystkiego co się z nią wiąże – spotkanie z pewną dziewczyną będzie miało jednak znaczenie.

Bohaterowie, przynajmniej Ci pierwszoplanowi, nie mają u Koehlera imion, co od razu przywodzi na myśl uniwersalność całej historii typową dla przypowieści. Autor nie stawia się jednak w roli wszystkowiedzącego moralizatora, a raczej pokazuje nam wycinek rzeczywistości, z której wnioski musimy wyciągnąć sami. Nie znajdziemy tu oczywistych odpowiedzi, ale odkrywając codzienność bezdomnych zyskamy szansę spojrzenia na pewne sprawy z innej perspektywy. Możliwość to trochę iluzoryczna bo zyskana z wygodnej pozycji czytelnika, ale wcale nie bezwartościowa. Jeśli  lektura wzbudza refleksje to jej efekty mogą być znacznie bardzo długotrwale niż tylko do kilku chwil po zamknięciu książki.

Wnuczka Raguela” ze swoimi sugestywnymi, często krótkimi zdaniami, sprawnie uchwyconą rzeczywistością i bohaterami, w których losy nie sposób się nie zaangażować była dla mnie doświadczeniem naprawdę cennym. Nie we wszystkich jej elementach odnalazłam się w pełni (swoiste przeskoki w akcji, niektóre rozwiązania fabularne), ale wydają się one tylko drobnym zgrzytem, który traci na znaczeniu, gdy pomyślę o emocjach, które w sobie ta książka kryje. Nienazwanych, nieoczywistych, a jednak dostrzegalnych. Otwierające się przed dziewczyną drzwi i ciepły obiad na stole, bilet wciśnięty do ręki chłopakowi w pociągu – wszystko to, co pokazuje, że ktoś bezdomnych widzi, ale i zachowania skrajnie przeciwne. Zwyczajna ludzka życzliwość ukazana jako kontrast wobec obojętności lub jawnej wrogości. To historia w którą warto się niespiesznie zatopić i pomyśleć czy nam samym nigdy nie zdarza się odwracać wzroku i przyspieszać kroku.

Garść cytatów:

(…) umorusani, w przepoconych setki razy strojach, na inny, bardziej poważny bal przygotowani.(s. 14)

(…) miał takie ciągłe poczucie, że jest coś, co wyżera jego życie od środka, co je pustoszy, wyjaławia; jakby coś go patroszyło, zjadało.
No ale jak powiedzieć o tym ludziom, którzy nie mają nic poza swoją obecnością, a i tej zresztą już nie bardzo nawet mają kiedy się dziwić.(s. 64)


----------
Za książkę dziękuję Wydawnictwu M.

 --------

Czytaj dalej

George Orwell - Folwark zwierzęcy


Autor: George Orwell
Tytuł: Folwark zwierzęcy
Tytuł oryginału: Animal Farm
Tłumaczenie: Bartłomiej Zborski
Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 136

W przypadku takich książek jak „Folwark zwierzęcy” – niezwykle znanych i wielokrotnie analizowanych – można odnieść wrażenie, że wszystko zostało już napisane, każde zdanie rozłożono na czynniki pierwsze i przez to trudno o wniesienie czegoś nowego. Nie twierdzę absolutnie, że nie da się odkryć w książce George’a Orwella jeszcze więcej, ale podskórnie czuję, że moje spojrzenie na nią przełomowe i nowatorskie nie będzie. Jest to jednak tytuł o którym przypominać warto, bo jego lektura niesie ze sobą kilka ważnych prawd, a historia w niej zawarta jest jedną z tych, które można odczytywać na różne sposoby.

W Folwarku Dworskim należącym do pana Jonesa życie zwierząt toczyło się utartym rytmem – dni wypełnione ciężką pracą na rzecz gospodarza i czająca się za rogiem śmierć. Nadszedł jednak czas na zmiany, których pierwszą, niepewną jeszcze i nieco zamgloną, zapowiedzią stało się wystąpienie knura Majora nawołującego do walki z uciskiem i zrzucenia jarzma nałożonego na zwierzęta przez człowieka. Receptą na wolność i bogactwo miało być więc usunięcie tyrana dokonane przy pomocy powstania. Nie od razu wprawdzie, ale łatwiej niż się spodziewano, udało się przejąć gospodarstwo, które od tej pory nazywać zaczęto Folwarkiem Zwierzęcym.

Dążenie do wyzwolenia się spod tyranii nie było jedynie chwilowym kaprysem – u jego podstaw pojawiła się ideologia o nazwie animalizm. W duchu braterstwa toczyć się miało szczęśliwe życie zwierząt, które nawet w pracy potrafiły dostrzegać dobre strony, skoro wreszcie ich wysiłek miał służyć nie człowiekowi, ale im samym. Połączeni wspólną sprawą, wzniosłą pieśnią i jasnymi przykazaniami, po przeprowadzeniu zamachu na dotychczasowy porządek, ściągnęli na siebie wrogie spojrzenia innych gospodarzy, ale mimo to świetnie radzili sobie z nową rzeczywistością,  której przyświecała myśl, że wszystkie zwierzęta są równe.

Wiele na temat genezy powstania utworu i trudności z jego wydaniem dowiadujemy się z wstępu autora zatytułowanego „Wolność prasy”. Przez chwilę moglibyśmy się zastanowić dlaczego komukolwiek miałaby przeszkadzać historia o zwierzętach przejmujących władzę w gospodarstwie, ale gdy na całą opowieść nałoży się kalkę rosyjskiej historii, szczególnie rewolucję październikową i jej konsekwencje, wówczas zrozumiemy to, o czym sam autor mówił otwarcie, że jego książka piętnuje i ośmiesza tamte wydarzenia. I chociaż oficjalnie nie było mowy o cenzurze w brytyjskich wydawnictwach, to dziwnym trafem „Folwark zwierzęcy” wielokrotnie odrzucano.

Można czytać tę niewielkich rozmiarów książkę, dopasowując alegoryczne wydarzenia w niej przedstawione do ich autentycznych odpowiedników. Można zastanawiać się i odkrywać kogo tak naprawdę reprezentują na przykład świnie Napoleon, Snowball, Squarel, koń Boxer czy niezbyt mądre owce powtarzające w kółko: „Cztery nogi: dobrze, dwie nogi: źle(s. 45). Oczywiście trudno nie docenić takiego podejścia do lektury, ale w trakcie czytania towarzyszyło mi jednak pytanie czy bez tego książka staje się bezwartościowa? Czy nieznajomość lub znajomość pobieżna rosyjskiej historii zamyka komuś drzwi do wyciągnięcia z lektury wniosków? Sam Orwell twierdził, że przesłanie utworu jest szersze, a i w moim odczuciu historia jest na tyle uniwersalna, że bez przeszkód może dla każdego stanowić punkt wyjścia do różnych refleksji.

Powieść angielskiego pisarza traktuje o poczynaniach zwierząt, ale w rzeczywistości autor demaskuje ludzkie wady i słabości. Równość staje się wyświechtanym sloganem w obliczu obudzenia się w niektórych członkach społeczności żądzy władzy i odkrycia przydatności manipulacji i propagandy. Wzniecanie nienawiści do wspólnego wroga (gdy jeden nie wystarczy, można na cel wziąć kolejnego) i oczekiwanie w imię wspólnej sprawy wyrzeczeń, to praktyka, która zawsze się sprawdza. A fakt, że do poświęceń zmuszani są tylko niektórzy, jakoś umyka ogólnej uwadze, sprawiając, że nagle pojawiają się podziały na lepszych i gorszych.

Orwell cały ten mechanizm przedstawia w genialny w swojej prostocie sposób, prezentując jednocześnie całą paletę różnorodnych postaw – od bezmyślnego powtarzania wyuczonych haseł i ślepą wiarę w słuszność przywódcy, przez ucieczkę od niesprzyjających warunków aż po swoisty cynizm i obojętność wobec tego, co dzieje się dookoła. Brakuje trzeźwego spojrzenia na kolejne wydarzenia i głośnego sprzeciwu, a zawsze znajdzie się ktoś, kto taką słabość skrupulatnie wykorzysta dla swoich celów.

Garść cytatów:

Najgorszą rzeczą na świecie jest umysł przypominający patefon; nie ma przy tym znaczenia, czy komuś odpowiada grana w danej chwili płyta, czy nie.(s. 18)

Wszyscy ludzie to nasi wrogowie. Wszystkie zwierzęta są braćmi.(s. 27)

Wojna to wojna. Dobry człowiek to martwy człowiek.(s. 52)


--------

Czytaj dalej

Jo Nesbø - Człowiek nietoperz


Autor: Jo Nesbø
Tytuł: Człowiek nietoperz
Tytuł oryginału: Flaggermusmannen
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 344

W swojej biblioteczce posiadam kilka książek, których autorem jest Jo Nesbø i wszystkie pochodzą cyklu o Harrym Hole. Sięgając po „Człowieka nietoperza” miałam więc nadzieję, że będzie to niekoniecznie genialne (na takie przeżycia wolałam się na nastawiać, by uniknąć rozczarowania), ale przynajmniej dobre rozpoczęcie serii. Takie, które zaostrzy mój apetyt i pozwoli mi z rosnącą ciekawością sięgać po kolejne części. Już teraz mogę napisać, że to pierwsze spotkanie z prozą norweskiego autora było udane, chociaż niepozbawione pewnych wad.

Zamiast przechadzać się uliczkami Oslo, czego jakoś automatycznie się spodziewałam, razem ze śledczym z tamtejszego Wydziału Zabójstw Harrym, trafiłam w zupełnie inne rejony świata – do Australii. W Sydney doszło z zabójstwa młodej Norweżki Igner Holter – morderca zgwałcił i brutalnie udusił dziewczynę, nie zostawiając po sobie właściwie żadnych śladów. Hole ma pracować z Andrew Kensingtonem, ale bardziej w charakterze obserwatora, co jak można się łatwo domyślić, zupełnie się nie sprawdzi. Harry oczywiście trafi w sam środek wydarzeń, stając na pierwszym froncie pościgu za tajemniczym zabójcą gustującym w jasnowłosych kobietach.

Jo Nesbø pokazuje, że w ciepłym australijskim klimacie, Sydney stanowi mieszankę różnych kultur, ras i sposobów życia. Wielomilionowe miasto kusi nie tylko turystycznymi atrakcjami i licznymi plażami, ale również mniej chlubną stroną, która przejawia się w podejrzanych barach, prostytucji, nieprzyjaznych zaułkach i stosunkowo łatwym dostępie do narkotyków. „Człowiek nietoperz” zdecydowanie bliżej jest cieni miasta, a zbliżając się do nich bardziej i bardziej, nietrudno o niespodziewany cios.

Autor poza pokazaniem stosunkowo typowego obrazu ciemnej strony Sydney, sięga również znacznie dalej. Wiele dowiemy się o rdzennych mieszkańcach Australii, czyli Aborygenach, a kilku z nich (chociażby Andrew) będzie miało istotny wpływ na biegnącą  do przodu akcję. Nie poczujemy się na szczęście jak na nudnym wykładzie – pojawią ważne fakty z historii państwa i jego korzeni, ale w dużej mierze to obserwacja bohaterów da nam spore rozeznanie w temacie. Poza tym pojawią się również legendy i to nie tylko jako barwna ciekawostka, ale być może nawet klucz do rozwiązania zagadkowego morderstwa. W całej tej kulturalnej wędrówce po przeszłości dotrzemy także do miasteczka o nazwie Nimbin, które mimo upływu lat, nadal pozostaje ostoją dzieci kwiatów. Autor oprócz kryminalnej zagadki ma więc do zaoferowania czytelnikowi znacznie więcej i to zdecydowanie cieszy.

Harry Hole to bohater, którego nietrudno polubić, ale nie jest postacią, przynajmniej przy pierwszym spotkaniu, jakoś poważnie wyróżniającą się spośród facetów ściągających morderców, których możemy spotkać na kartach innych książek. Mężczyzna po trzydziestce, bez żony, dzieci i poważnych zobowiązań, z pojawiającymi się widmami przeszłości, która co jakiś czas daje o sobie znać (podobnie jak chociażby Patrick Kenzie u D. Lehane’a). Stanowczy i inteligentny, ale kryjący w sobie pewną dozę wrażliwości i nie zawsze tak silny i nieugięty za jakiego chciałby uchodzić. Daleko mu do ideału, a gdy okazuje w pewnych momentach słabość, widzimy w nim zwyczajnego faceta, który czasami popełnia błędy i upada. To wszystko sprawia, że chociaż nie jest specjalnie oryginalny to łatwo poczuć do niego sympatię, nawet wtedy gdy w swoich wyborach wydaje się zmierzać nie w tym kierunku, co powinien. Serce ma po właściwej stronie.

Australijski partner Harry’ego Andrew był dla mnie bohaterem mocno niejednoznacznym i przez to tym bardziej intrygującym. Aborygen, który nigdy nie poznał swoich rodziców, z bokserską przeszłością i kilkoma błędami młodości na koncie, wydaje się początkowo dosyć luźno podchodzić do śledztwa. To głównie dzięki niemu poznajemy lepiej Sydney i jego mieszkańców. W zespole prowadzącym sprawę zabójstwa każdy jest jakiś, ale bohaterowie nie będący w centrum wydarzeń nie przyciągają uwagi na dłużej. Stanowią dobrze skonstruowane tło, czasem tylko przebijające na pierwszy plan.

Na listę podejrzanych stosunkowo szybko zostaje wpisany Evans White – dealer narkotykowy, posiadający jednak alibi na czas morderstwa. Autor wielokrotnie wodzi czytelnika za nos, sprawiając, że nawet gdy ten wypracował już sobie jakąś zgrabnie brzmiącą w głowie teorię, będzie musiał niejednokrotnie weryfikować swoje założenia. Tak było przynajmniej w moim przypadku. Im dłużej zatapiałam się w kolejnych wydarzeniach, tym więcej razy zmieniałam zdanie co do tożsamości mordercy. W pewnym momencie wydawało mi się, że znalazłam odpowiedź, niezbyt oczywistą, ale taką, która dobrze wpasowuje się w elementy układanki. Okazało się, że Jo Nesbø inaczej to wszystko wymyślił, a ja zbyt mocno przez dłuższy czas trzymałam się swojej wersji i ostatecznie dałam się zaskoczyć.

W„Człowieku nietoperzu” były chwile trochę mniej zajmujące, w których napięcie spadało. Pojawiły się też drobne elementy, dotyczące na przykład reakcji Harry’ego, które nie do końca mnie przekonały, ale stanowiły maleńki wycinek całości, więc właściwie mogę przymknąć na nie oko. W ogólnym rozrachunku pierwsze spotkanie z prozą Jo Nesbø było bowiem naprawdę udane. Bohater z którym chętnie spotkam się ponownie; ciekawa warstwa fabularna – przemyślana i dająca nadzieję na kolejne, jeszcze lepsze historie; dobrze oddany klimat miejsc, ułatwiający zatopienie się w przedstawionej rzeczywistości; sięgnięcie po intrygujące motywy i płynąca z nich nauka o człowieku. Zdecydowanie myślę, że polubimy się z panem Nesbø.

Garść cytatów:

Przemoc jest jak coca-cola i Biblia. Należy do klasyki.” (s. 180)

(…) jeśli od czasu do czasu nie opuścisz gardy, będziesz miał ręce zbyt zmęczone na to, żeby uderzyć.(s. 303)


Cykl Harry Hole
Człowiek nietoperz | Karaluchy | Czerwone Gardło | Trzeci klucz | Pentagram | Wybawiciel | Pierwszy śnieg | Pancerne serce | Upiory | Policja

--------

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy