Kuferek wspomnień: Hans Christian Andersen - Baśnie

Jakiś czas temu miałam okazję  wrócić do jednej  z baśni mojego dzieciństwa autorstwa Hansa Christiana Andersena - "Królowa Śniegu". Odkryłam ją wówczas na nowo, a ilustracje do wydania po które wtedy sięgnęłam autorstwa Vladyslava Yerko totalnie mnie zachwyciły. To był też moment, w którym zaczęłam zastanawiać się jak odebrałabym po tylu latach pozostałe baśnie duńskiego pisarza. Dzisiaj z Kuferka Wspomnień wyciągam więc historie, które towarzyszyły mi w dzieciństwie, próbując sprawdzić ile z nich jeszcze pamiętam i czy dzisiaj zachwycają mnie równie mocno jak kiedyś.

Hans Christian Andersen, Baśnie, tłum. Rafał Dawidowicz, Michał Bujor, Wydawnictwo Klasyka "K", 2000, 214 stron. 

To wydanie baśni dostałam mając 10 lat, a chociaż niektóre andersenowskie opowieści znałam już wcześniej, to tak naprawdę moje wspomnienia związane na przykład z „Calineczką” czy „Brzydkim Kaczątkiem” łączą się najmocniej z chwilami, gdy czytałam je w tej dokładnie odsłonie. Ołowiany żołnierzyk zawsze był dla mnie tym, którego spotkałam na okładce, a i wygląd wielu pozostałych baśniowych postaci utrwalił się w mojej głowie tak, jak to na ilustracjach przedstawiły Ela i Iza Wysockie (wyjątek stanowią jedynie „Nowe szaty cesarza” – w tym przypadku mocniej na moją wyobraźnie podziałała baśń oglądana niezliczoną ilość razy na video). Ilustracje te mają w sobie niezaprzeczalny urok, chociaż wiem też, że nawet dzisiaj nie potrafię patrzeć na nie inaczej, niż jak na baśniowe obrazy z mojego dzieciństwa, a jako takie będą mi się podobały już pewnie zawsze.


Zaserwowałam sobie powrót do dwudziestu (tyle bowiem zawiera to wydanie) baśni Hansa Christiana Andersena i od razu muszę napisać, że chociaż kiedyś czytałam je wielokrotnie, to tytuły niektórych z nich (np. „Pewna wiadomość”, „Srebrny szyling”, „Ropucha” czy „Bzowa babuleńka”) mówiły mi niewiele. Dopiero w miarę czytania, wszystko w zawodnej niestety pamięci wskakiwało na swoje miejsce i pojawiała się myśl w stylu: „Ach tak, to przecież ta historia”.

Odkryłam, że chociaż w trakcie czytania nie towarzyszyły mi może równie wielkie emocje jak dawniej, to powrót do baśni Hansa Christiana Andersena, szczególnie w dobrze znanym wydaniu, był podróżą mocno sentymentalną i zdecydowanie wartościową. Niektóre rzeczy się nie zmieniły – kiedyś szczególną sympatią darzyłam „Calineczkę” i „Brzydkie kaczątko” i nadal do mnie przemawiają, a z drugiej strony nigdy specjalnie nie przepadałam za „Księżniczką na ziarnku grochu” i po latach ta opowieść ciągle nie robi na mnie wrażenia.


Bardziej doceniłam za to na przykład „Dzikie łabędzie” – historie o siostrzanej miłości, dobru oraz poświęceniu i z tego zbioru jest dla mnie dziś jedną z piękniejszych baśni. Większa uwagę zwróciłam też na przykład na wykorzystywanie przez autora personifikacji (w przypadku choinki, szylinga czy lampy ulicznej), która daje możliwość ukazania nauki płynącej z opowiadanych historii w ciekawej formie. Moje uwadze nie umknęło również kilka mniej pozytywnych elementów, jak chociażby literówki czy fakt, że czasami fragmenty tekstu znajdowały się na tle utrudniającym czytanie, ale to raczej kwestie techniczne, na których skupiać się tym razem nie zamierzam.

Z pewnością mając piętnaście lat więcej, niż w chwili, w której „Baśnie” otrzymałam, patrzę na nie nieco inaczej, ale ciągle są to dla mnie historie pouczające i takie, których lektura ciągle sprawia mi przyjemność. Mogłam się znowu poczuć trochę jak ta sama mała dziewczynka, oczyma wyobraźni widząc Andersena nie tylko jako twórcę mądrych opowieści, ale także kreatora dziecięcych marzeń i snów. 

 --------
Wyzwanie: Grunt to okładka

Czytaj dalej

Richard Paul Evans - Papierowe marzenia


Richard Paul Evans, Papierowe marzenia [Lost December], tłum. Hanna de Broekere, Między Słowami, 2012, 294 strony.

Papierowe marzenia” to tak naprawdę uwspółcześniona wersja przypowieści o Synu Marnotrawnym, co jest pomysłem samym w sobie ciekawym, chociaż może niespecjalnie oryginalnym. Bazowanie na dobrze znanych motywach nie oznacza jednak, że powieść musi być skazana na popadnięcie w banał – wszystko zależy od sposobu przedstawienia danej historii, by wykorzystanie tego, co oczywiste, łączyło się ze świeżym spojrzeniem pozwalającym dostrzec więcej i lepiej. Richard Paul Evans do tej pory był pisarzem mi zupełnie nieznanym i byłam zaintrygowana jak poradzi sobie z wyzwaniem, które sam przed sobą postawił.

Luke Crisp teoretycznie nie musiał się martwić o swoją przyszłość – jego ojciec przez lata budował sieć świetnie prosperujących zakładów kserograficznych i naturalnym wydawało się, że syn kiedyś przejmie cały interes. Carl Crisp nie był jednak jednym z tych rodziców, którzy planują życie swoim dzieciom – wolał, by decyzje syna wynikały z czegoś więcej niż tylko poczucia obowiązku, dlatego pewnego dnia zasiał w jego umyśle pomysł zmiany otoczenia i wyjazdu na studia. Luke nie czuł się nigdy do niczego zmuszany, ale dyplom z zarządzania i wizja nowych doświadczeń skusiła go na tyle, że zdecydował się na wyjazd. Nie spodziewał się jak wiele zmieni się w jego życiu i jaką cenę będzie musiał zapłacić za swoje decyzje.

Czytaj dalej

Dennis Lehane - Ciemności, weź mnie za rękę

Dennis Lehane, Ciemności, weź mnie za rękę [Darkness, take my hand], tłum. Andrzej Leszczyński, Prószyński i S-ka, 2011, 406 stron.

Cykl: Patrick Kenzie/Angela Gennaro, tom 2.

W Bostonie Dennisa Lehane’a zło nie zasypia nawet na chwilę i tylko zmienia twarz, by pod maską pozorów i skrywanej nienawiści zaczaić się na swoje ofiary. Tym razem jest wyjątkowo brutalne i kolejne osoby tracą życie w makabryczny sposób –  pierwsza z nich zostaje ukrzyżowana. Wcześniej Patrick Kenzie i Angie Gennaro podejmują się pewnej sprawy – na zlecenie doktor psychiatrii Diandry Warren obserwują jej syna o którego bezpieczeństwo kobieta się obawia. Wizyta młodej dziewczyny i anonimowa przesyłka ze zdjęciem zdają się wskazywać na zamieszanie w całą sprawę ludzi z bostońskiej mafii, którzy nigdy nie przebierają w środkach.

Sporo się w życiu Patricka zmieniło i wszystko wskazuje na to, że wreszcie naprawdę otworzył się na kogoś i ma szansę zbudowania trwałego związku. Grace i jej mała córeczka Mae stają się dla niego niezwykle ważne, a chociaż nie pozbył się (i pewnie nigdy do końca mu się to nie uda) demonów przeszłości to pojawia się nadzieja na szczęście. To dosyć niespodziewany wątek, którego nic nie zapowiadało w „Wypijmy, nim zacznie się wojna”, ale przyznam, że dzięki temu Patricka poznajemy jeszcze z innej niż do tej pory strony. Angie natomiast po rozstaniu z Philem ma swoje wzloty i upadki, ale to silna babka, więc zawsze jakoś sobie radzi. Nowa sprawa i odkrywanie tajemnic sięgających wiele lat wstecz, będą wymagały od pary detektywów pełnego zaangażowania, po raz kolejny pokazując, że ich praca ma zdecydowanie więcej cieni niż blasków.

Czytaj dalej

Agatha Christie - Tajemnica Bladego Konia

Agatha Christie, Tajemnica Bladego Konia [The Pale Horse], tłum. Krystyna Bockenheim, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2014, 255 stron.

Herkules Poirot wzbudza moją sympatię, ale znajomość ta nie jest pozbawiona chwil, w których jego brak jakiejkolwiek skromności stanowi drobną na niej rysę (a jednocześnie bez tego nie byłby tak wyrazisty, ot paradoks). W „Tajemnicy Bladego Konia” miałam okazję poznać za to kogoś, kogo lubić jest łatwiej i chociaż brak mu może tego geniuszu, który posiada wąsaty Belg, to miło spędziłam czas w jego towarzystwie. Mark Easterbrook jest pisarzem, ale aktualnie praca nad najnowszą książką utknęła w punkcie, w którym wszystko wydaje się słabe i nieciekawe. Być może dlatego mężczyzna angażuje się w sprawy zdecydowanie bardziej intrygujące, bo łączące w sobie śmierć i magię.

Umierająca kobieta w ostatnich chwilach swojego życia prosi o rozmowę z księdzem, któremu przekazuje ważne informacje. Mężczyzna nie wraca jednak na plebanię, bo zostaje zamordowany, a znaleziona przy nim lista nazwisk wzbudza konsternację policji. Figurujące na niej osoby pozornie nic nie łączy, może poza tym, że niektóre z nich umierają. Problem w tym, że przyczyny śmierci są bardzo różne i trudno dopatrzyć się w nich jakichś tajemniczych elementów. Teoretycznie nie ma więc tu mowy o zabójstwach, ale czy na pewno? Gdzieś w tym wszystkim przewija się nazwa Blady Koń – kiedyś gospody, dziś domu zamieszkanego przez trzy kobiety, znane z upodobań do paranormalnych zjawisk. A gdy brakuje logicznego wyjaśnienia, łatwo jest uwierzyć, że magia potrafi zabijać, szczególnie, gdy wszystko wskazuje na ingerencję sił wymykających się chłodnej ocenie.

Tym razem działania policji schodzą niemal zupełnie na dalszy plan, bo oto na scenę zbrodni/nie zbrodni wkracza Mark Easterbrook, z doświadczeniem zerowym, ale poczuciem, że nie można tego wszystkiego zostawić własnemu biegowi. Tam coś usłyszy, tu coś skojarzy, a dorzucić do tego wrodzoną ciekawość i już mamy materiał na detektywa-amatora. Co by nie mówić radzi sobie całkiem nieźle, chociaż pod względem umiejętności daleko mu do Herkulesa Poirota. Mark działa na pewno bardziej intuicyjnie (wąsaty Belg pewnie by się obraził, gdyby mu zasugerować używanie intuicji – on zawsze tylko gromadzi i analizuje fakty, jak sam mawia) i niezbyt pewnie porusza się między kolejnymi wydarzeniami, ale na pewno nie brakuje mu samozaparcia. Z odwagą bywa różnie, bo są sytuacje, w których spokój zachować trudno, ale liczy się przecież to, by mimo wszystko próbować dotrzeć do prawdy.

Jak zwykle pojawia się cała paleta różnorodnych bohaterów – inspektor Lujeune, lekarz sądowy Jim Corrigan, Zachariah Osborne - aptekarz o fotograficznej pamięci do twarzy (świadek marzenie!),  pan Venables gromadzący w domu przedmioty z rożnych zakątków świata, który karmi nimi głodną z powodu choroby duszę podróżnika czy pełna energii Ginger. Nie można nie wspomnieć także o trzech kobietach – Thyrza, Sybilla i Bella w Bladym Koniu zajmują się tajemniczymi rytuałami.

Interesująca jest również jedna z przyjaciółek Marka – Ariadne Olivier, bo być może kryje się w niej trochę z samej Agathy Christie, a konkretnie problemów z jakimi musi zmagać się ktoś, kto pisze powieści kryminalne. Pani Olivier zadaje sobie bowiem w jednym z fragmentów wiele pytań. Jak stworzyć historie, w której każde wydarzenie ma swoje logiczne uzasadnienie? Jakie imię nadać kolejnej postaci, skoro tyle już wcześniej się wykorzystało? Bohaterka powinna być miła czy wręcz przeciwnie? Samo morderstwo opisać łatwo, ale co zrobić, żeby jego wyjaśnienie było sensowne, a morderca nie był od razu widoczny dla czytelnika? Jak rzucić podejrzenia na innych? Kto wie czy Agatha Christie za pomocą Pani Olivier nie wyraziła własnych zmagań z pisaniem. Podejrzewam, że tutaj przypadałaby mi się większa znajomość samej autorki, by jednoznacznie to ocenić.

Tak naprawdę mam wrażenie, że pisarka potrafi wybrnąć z każdej kryminalnej zagadki, którą zaplanowała i to w taki sposób, że nawet czytelnik konstruujący w głowie konkretne jej rozwiązanie, w trakcie lektury zwątpi w nie co najmniej kilka razy. Przyszło mi do głowy wyjaśnienie zbliżone do tego, które okazało się prawdą, ale w rzeczywistości ani przez chwile nie byłam go całkowicie pewna i wystarczyło moment czy jedno zdanie, bym podważała w myślach jego słuszność i rozważała inne. U angielskiej autorki trudno rozróżnić co wskazuje na faktycznego sprawcę, a co jest tylko elementem misternie skonstruowanego planu wyprowadzenia w pole czytelnika. Za to jednak ją cenie, a chociaż kryminalnie nie czułam się koniec końców zaskoczona tak bardzo jak w przypadku na przykład „Morderstwa w Orient Expressie” czy „I nie było już nikogo”, to nie sposób nie docenić pomysłu na fabułę (kto by się spodziewał magii u Christie?) i skrupulatnego konstruowania intrygi, w której każdy szczegół może mieć znaczenie i nic nie dzieje się przez przypadek.

Garść cytatów:

Są tylko dwie rzeczy pożądane tak silnie, że warto zaryzykować potępienie wieczne. Napój miłosny i kielich trucizny”. (s. 79)

Zjawiska nadprzyrodzone wydają się nadprzyrodzone. Ale nauka jutra jest nadprzyrodzona dzisiaj”. (s. 163)


--------

Czytaj dalej

O deszczu, uśmiechach i przecierze pomidorowym

Dzisiaj będzie króciutko, ale skoro Sylwia wywołała mnie do tablicy w ramach Liebster Blog Awards, to nie mogłam zostawić bez odpowiedzi zadane przez nią pytania :)

Co zwykle robisz w niedzielne przedpołudnia?
Ładuję baterie! To w końcu drugi (i ostatni niestety) dzień weekendu, więc chociaż chciałabym wycisnąć z niego jak najwięcej to jednocześnie pozwalam sobie na trochę lenistwa. Właściwie jedynie w niedzielę śpię nieco dłużej, a gdy jedno oko już mi się otworzy, zwykle w telewizji leci Scooby-Doo i wiem, że czas wstawać, wypić herbatę i zająć się czymś przyjemnym.


Masz jakieś ulubione hasło motywacyjne?
Typowe hasła motywacyjne jakoś na mnie nie działają (a jeżeli już to przez chwilę), ale do cieszenia się małymi rzeczami motywuje mnie na przykład fragment wiersza Williama Blake’a, który w tłumaczeniu Zygmunta Kubiaka brzmi tak:

Zobaczyć świat w ziarenku piasku,

Niebiosa w jednym kwiecie z lasu.
W ściśniętej dłoni zamknąć bezmiar,
W godzinie – nieskończoność czasu.



Jakiego bohatera książkowego najmniej polubiłaś/eś do tej pory?
Napiszę o bohaterce, która pierwsza przyszła mi na myśl, chociaż pewnie nie do końca lubię ją najmniej. Mocno dała mi się we znaki Catherine Earnshaw z „Wichrowych Wzgórz” – nie potrafiłam obdarzyć jej sympatią i trudno było mi jej współczuć, bo miałam poczucie, że sama sprowadziła na siebie taki los, jaki ją spotkał. Jednocześnie bardzo doceniam jej kreację, podobnie zresztą jak większości pozostałych bohaterów z powieści Emily Brontë – wzbudzają bowiem tyle emocji i są tacy prawdziwi, że trudno nie nazwać tego mistrzostwem.


Co najdziwniejszego jadłeś/aś?
Dla mnie nie jest to może specjalnie dziwne, ale już dla niektórych moich znajomych tak - zajadam się od czasu do czasu kanapkami z przecierem pomidorowym.

Lubię też objadać się lodami, ale to akurat dziwne raczej nie jest :)


Gdzie ostatnio zmokłeś/aś?
Fajnie byłoby napisać, że zmokłam na romantycznym spacerze, a deszcz sprawił jedynie, że wydawał się on jeszcze bardziej emocjonujący. Tak naprawdę jednak wracałam z pracy i mokre wszystko było ostatnim, o czym w tamtej chwili marzyłam.

Jakie 2 ukochane przez Ciebie książki mi polecisz?
Nigdy nie byłam dobra w wybieraniu tych ukochanych/ulubionych/niezapomnianych książek, bo jest zbyt wiele tytułów, które pozostawiły we mnie trwały ślad. Polecenia dwóch powieści jednak sobie nie odmówię i zachęcam Cię do lektury na przykład „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” Jonathana Safrana Foera i „Kruchej jak lód” Jodi Picoult.



Najlepsze na świecie są...?
Uśmiechy! Takie zwyczajne, codziennie, spotykane na ulicy, w kolejce, w windzie i sprawiające, że dzień od razu staje się lepszy.

Najczęściej można mnie spotkać...?
Po bardzo dogłębnej analizie mojego rozkładu dnia, wykluczając godziny spędzone w pracy, stwierdzam, że najczęściej można mnie spotkać jako wytrawną domatorkę w domu właśnie :) Mam cichą nadzieję, że niedługo będzie to już mój własny, a nie wynajmowany kącik, a tym, co w tej perspektywie cieszy mnie szczególnie, jest wizja biblioteczki z prawdziwego zdarzenia.


Na razie muszę się zadowolić jednym regałem, ale reszta książek grzecznie czeka w pudłach na swoje miejsce.


Sylwii dziękuję za nominację, a chociaż sama nie wskazuję palcem kolejnych osób, to zostawiam Was, w duchu ostatnio czytanych powieści Agathy Christie, z jednym pytaniem: Autorka prosi Was o podpowiedź dotyczącą nietypowego miejsca, w którym ma wydarzyć się zbrodnia, co jej radzicie?

Czytaj dalej

Carlos Ruiz Zafón - Pałac Północy


Carlos Ruiz Zafón, Pałac Północy [El Palacio de la Medianoche], tłum. Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas, MUZA, 2011, 287 stron.

O północy, gdy jeden dzień przechodzi w kolejny, może zdarzyć się wszystko. Opuszczony, zrujnowany budynek zmienia się w oczach grupy nastolatków w niezapomniany pałac, stając się świadkiem spotkań sekretnego klubu Chowber Society, a wydarzenia z przeszłości dają o sobie znać, trawiąc ogniem wszystko, co spotykają na swojej drodze.

Thomas Caarter - dyrektor sierocińca St. Patrick’s  – z pełnym oddaniem od lat wychowuje kolejnych młodych ludzi, starając się zatrzeć przykre wspomnienia i przygotować ich na to, co po ukończeniu szesnastu lat ich czeka – dorosłe życie wypełnione trudnymi do przewidzenia losami. Gdy w 1916 roku pod drzwiami znaleziony zostaje koszyk z niemowlęciem, nie wie jak niewiele będzie w stanie zrobić dla chłopca, któremu nada imię Ben, a którego przyszłość wydaje się przesądzona.  Dołączony list, poza tym, że nie jest anonimowy jak można by się tego spodziewać, nie wyjaśnia wiele poza zapowiedzią wiszącego nad dzieckiem niebezpieczeństwa. Szesnaście lat później Ben jest zgodnie z regułami bliski opuszczenia murów sierocińca, a Chowber Society, który stworzył wraz z sześciorgiem przyjaciół, ma się spotkać po raz ostatni. I wtedy okazuje się, że przed klubem, mającym za zadanie miedzy innymi niesienie wzajemnej pomocy, czeka najtrudniejsze dotąd wyzwanie. Starcie z przeszłością nie będzie miało dla nich żadnej litości, bo gdy w kimś takim jak Jawahal płonie żądza zemsty, wszystko inne przestaje się liczyć.

Czytaj dalej

Stephen King - Dolores Claiborne

Stephen King, Dolores Claiborne, tłum. Tomasz Mirkowicz, Albatros, 2004, 256 stron.

Zdążyłam się już przekonać (chociażby przy okazji „Lśnienia” czy „Misery”), że Stephen King potrafi genialnie wnikać w psychikę swoich bohaterów i robi to z taką wprawą, jakby na czas pisania książki patrzył na świat ich oczami. Ta umiejętność jest jednym z tych elementów, które cenię u niego najbardziej, bo dopracowany portret psychologiczny i ukazanie tego, co drzemie w ludzkim umyśle może przerażać znacznie bardziej niż groza zaserwowana w innej, może bardziej oczywistej, formie. Dolores Claiborne nie jest wprawdzie przykładem bohaterki budzącej strach, ale na pewno jest postacią mocno fascynującą i jej kreacja idealnie pokazuje, że w Stephenie Kingu kryje się niezwykle uważnym obserwator ludzkich zachowań i pisarz potrafiący tę zdolność przekuć w świetną powieść.

Little Tall Island to jedno z tych miejsc, w których wszyscy wiedzą o sobie wszystko, a plotka ma niemal nieograniczoną siłę rażenia. Od prawie trzydziestu lat wśród wielu mieszkańców panuje przekonanie (najczęściej wypowiadane ściszonym głosem, raczej nie prosto w twarz), że latem 1963 roku, gdy na niebie obserwować można było zaćmienie słońca, Dolores Claiborne zabiła swojego męża. Oficjalnie żadnych zarzutów jej nie postawiono, ale dla wierzących w jej winę wyglądało to na działanie bitej kobiety, która nie mogła już wytrzymać życia u boku alkoholika. Druga strona medalu, ta której nie widać na pierwszy, a czasem nawet i na drugi rzut oka, pokazuje, że chociaż Dolores doświadczyła przemocy, a Joe lubił pociągać z kieliszka, to żaden z tych dwóch powodów nie był tym, który przesądził o morderstwie. O tym, że rzeczywiście było to zabójstwo kobieta opowie sama po wielu latach i to w okolicznościach, w których podejrzana będzie o kolejne. Śmierć wiekowej Very Donovan, pozostającej pod opieką teraz już ponad sześćdziesięcioletniej Dolores, budzi spore wątpliwości policji. Może się okazać, że nic nie jest takie jak się początkowo wydawało, a chociaż pozory potrafią stanowić barierę ochronną, to krzywdzić mogą równie mocno.

Łatwo jest poddać się pierwszemu wrażeniu, z czasem przekonując, że ta początkowa ocena stanowi tylko ułamek prawdy, a czasem zwyczajnie się z nią mija. Tytułowa bohaterka z pierwszych stron książki wydawała mi się buńczuczna, trochę złośliwa i raczej nie bardzo wzbudzająca sympatię. Oczywiście dopóki była postacią wyrazistą i zajmującą, dopóty nie stanowiło to jakiegoś problemu (lepszy bohater irytujący niż zupełnie bezbarwny) i Dolores jest intrygująca przez całą powieść, ale w miarę odkrywania jej historii, poznałam ją znacznie lepiej, a to pozwoliło mi zobaczyć nie tylko to, co widoczne na pierwszy rzut oka. Nie miała życia usłanego różami, ale zawsze sobie jakoś radziła i potrafiła uczyć się na błędach. Chociaż nigdy tak naprawdę nie kochała męża, to fakt ten nie był największą rysą w ich małżeństwie. Była pracowita, ciągle zabiegana, ale troskliwa i kochająca wobec trójki swoich dzieci. Prosta, ale jednocześnie mądra i zdolna walczyć o swoje. Przez długi czas pozwalała mężowi podnosić na siebie rękę, ale pojawił się moment w którym się postawiła. Nie znajdziecie tu kobiety całkowicie stłamszonej i zastraszonej, a powód dla którego zabiła Joego nie będzie tak oczywisty, jak początkowo mogłoby się wydawać.

Stephen King stał się kobietą – przynajmniej na czas tworzenia tej historii. Tak autentycznie wcielił się w rolę Dolores Claiborne, stawiając ją w roli narratora, że nawet znając już trochę jego pióro i talent, byłam pod dużym wrażeniem. To psychologiczny majstersztyk – przemyślany i niezwykle sprawnie skonstruowany, na tyle prawdziwy, że autor prawie zupełnie znika z pola widzenia, a na jego miejsce pojawia się bohaterka z krwi i kości. Prawie, bo Dolores Claiborne posiada typową dla Stephena Kinga zdolność obserwowania innych i wyciągania, nad wyraz często trafnych, wniosków. Dzięki temu tak dobrze poznajemy również chociażby Verę – kobietę niezwykle zasadniczą, często też wredną i złośliwą, której codzienność jest tak uporządkowana (prześcieradła przypięte zawsze sześcioma klamerkami, równiutko rozwieszone), że każde odstępstwo od narzuconych przez nią reguł wydaje się zbrodnią. Wszystko musi funkcjonować tak, jak ona tego chce, ale za tym przywiązaniem do ustalonego porządku może kryć się coś więcej niż zwykłe widzimisię bogatej matrony. Każdy ma jakąś przeszłość, a w niej zdumiewająco często skrywane są tajemnice, o których nie chce się pamiętać, ale które i tak wpływają na późniejsze życie.

Wyobraźcie sobie też, że w istocie całość opiera się jedynie na trwającym kilka godzin zeznaniu Dolores, która swoją opowieścią przenosi nas do wydarzeń z przeszłości. Książka zupełnie na tym nie traci – wręcz przeciwnie. Zabieg to odrobinę ryzykowny, bo trudniej w takim przypadku utrzymać uwagę czytelnika, ale Stephen King wiedział co robi, decydując się na takie rozwiązanie. Powieść jest tak wciągająca, że trudno się od niej oderwać, a wrażenia jakie po sobie pozostawia mają na tyle wyrazisty charakter, że o tym tytule na pewno długo nie zapomnę. Takich powieści autora życzyłabym sobie jak najwięcej.

Garść cytatów:

Żadna siła nie powstrzyma ludzi od tego, żeby myśleli o kimś najgorsze, jeśli tylko mają jakiś pretekst”. (s. 16)

Kiedy wokół jest ciemno i ponuro, a ty jedna możesz sprawić, żeby zabłysło światło nadziei, musisz być jedzą. Ale za jaką cenę. Za jaką straszną cenę”. (s. 214)




Czytaj dalej

Lucy Maud Montgomery - Ania z Szumiących Topoli

 Lucy Maud Montgomery, Ania z Szumiących Topoli [Anne of Windy Poplars], tłum. Agnieszka Kuc, Wydawnictwo Literackie, 354 strony.
Cykl: Ania z Zielonego Wzgórza, tom 4.

Im dłużej przebywam w towarzystwie Ani, tym bardziej podziwiam jej umiejętność dzielenia się radością nie tylko z ludźmi, którymi się otacza, ale i ze mną jako czytelnikiem. Swoją pogodą ducha, optymizmem i przeświadczeniem o drzemiącym w innych dobru, burzy mury ludzkich uprzedzeń, niechęci i smutku, a robi to w tak uroczy sposób, że chciałoby się spotykać tylko takie osoby na swojej drodze. Spotkanie z panną Shirley dzięki książkom Lucy Maud Montgomery, pozwala mi oderwać się od codzienności, a choćby za oknami (i w duszy) szalała burza i ulewny deszcz, to w momencie zatopienia się w lekturze otaczam się tak pozytywną energią, że korzystam z tego możliwie jak najczęściej.

Kolejny etap życiowej wędrówki Ani będzie związany z Summerside – miasteczkiem, w którym obejmuje posadę dyrektorki szkoły. Będzie to naprawdę duże wyzwanie i to nie tylko dlatego, że taka funkcja wiąże się z dużą odpowiedzialnością, ale przede wszystkim ze względu na nieprzychylne nastawienie rodziny (właściwie bardziej klanu) Pringle’ów. Zbyt delikatnie powiedzieć, że rudowłosa nauczycielka nie zyskała ich sympatii – problem sięga dużo głębiej, a jego rozwiązanie będzie wydawało się niemożliwe. Ania zmierzy się ze złośliwością i dotkliwym uprzykrzaniem życia i nie jest pewne czy wystarczy jej samozaparcia i pozytywnego nastawienia, by z tym wszystkim walczyć.

Czytaj dalej

Haruki Murakami - Po zmierzchu

Haruki Murakami, Po zmierzchu [Afutādāku], tłum. Anna Zielińska-Elliott, MUZA, 2013. Liczba stron: 200
Zdjęcie robione wprawdzie nie w Tokio, ale przynajmniej po zmierzchu.

Trudno nie zauważyć, że u Murakamiego pewne motywy przewijają się przez kolejne książki. Zaczynam lekturę „Po zmierzchu” i bez problemu dostrzegam punkty, które pojawiły się w dwóch innych czytanych wcześniej powieściach („Kafka nad morzem”, „Na południe od granicy, na zachód od słońca”) takie jak chociażby tajemnicza kobieta, muzyka czy Tokio nocą. Mimo to nie mam poczucia, że autor ciągle pisze o tym samym. Gdyby stworzone przez niego historie zaczęły mi się po jakimś czasie zlewać, wówczas mogłabym się martwić, ale na razie każda z nich to zupełnie inna czytelnicza podróż – nie zawsze tak poruszająca, jakbym tego chciała, ale niewątpliwie wywołująca wiele refleksji.

Cała akcja „Po zmierzchu” rozgrywa się na przestrzeni jednej nocy, której upływ odmierzają umieszczone w książce zegary. W tym samym czasie, w różnych miejscach Tokio, dzieją się rzeczy, których jesteśmy świadkami. Z jednej strony biernie przyglądamy się wszystkiemu z pewnej odległości (dystans ten niejednokrotnie niebezpiecznie się zmniejszy), z drugiej zostajemy we wszystko mocno zaangażowani za sprawą narratora, który przybiera formę pierwszej osoby liczby mnogiej. To zabieg, który był dla mnie swego rodzaju nowością – początkowo pozostawałam trochę poza całą akcją, spodziewając się, że owe „my” niekoniecznie odnosi się do czytelnika, ale im dalej, tym mniej byłam tego pewna.

Mało tego, w trakcie czytania dostaniemy nawet wskazówki przywodzące na myśl oglądanie filmu – pokazane zostają nam kadry, a ktoś podpowiada w którą stronę patrzeć i na czym się skupić, aby nic nie umknęło naszej uwadze. Zbliżamy się i oddalamy, pojawiają się pytania i domysły, ale chociaż może to przypominać narzucanie pewnego punktu widzenia, to nie ogranicza jednak swobody interpretacji kolejnych obrazów i kreowania własnych wyjaśnień i odpowiedzi. Te filmowe skojarzenia nie towarzyszyły mi cały czas, typowe były dla fragmentów, w którym znajdujemy się w pokoju Eri Asai – dziewczyny, która śpi. To określa ją chyba najlepiej, bo wydaje się początkowo, że nic poza snem się tu nie dzieje. Do momentu, gdy w odłączonym telewizorze pojawi się obraz, a w jego centrum Mężczyzna bez twarzy.

Poza tym pokojem toczy się ożywione nocne tokijskie życie. W całodobowej restauracji dziewiętnastoletniej Marii przerywa lekturę książki chłopak z puzonem. Spotkali się już wcześniej, ale w tym miejscu są jak dwoje ludzi, którzy dopiero się poznają. W typowym love hotelu ktoś brutalnie pobija prostytutkę, zabierając jej wszystkie rzeczy. Po zmierzchu wiele się może wydarzyć – ktoś może odkryć swoje drugie oblicze, ktoś inny będzie szukał przyjaźni, a w czyimś rozżalonym i otoczonym barierą ochronną sercu coś wreszcie się zmieni.

Cała fabuła tak naprawdę nie jest w żadnym stopniu skomplikowana, a jedynym elementem, który jakoś odstaje od tej w istocie zwyczajnej rzeczywistości jest Eri, przypominająca trochę Śpiącą Królewnę. Chociaż to zdecydowanie ona wydaje się być w całej historii najbardziej tajemnicza (Czy się obudzi? Dlaczego zasnęła na tak długo? Kim jest Mężczyzna bez twarzy?) to przyznam, że mnie nie fascynowała jakoś szczególnie. Ciekawość się oczywiście pojawiła, ale bardziej zajmujące było obserwowanie Mari i poznawanie jej lepiej. Może dlatego, że wydała mi się pod wieloma względami bliższa. Zamknięta w sobie,  zagubiona i nie dopuszczająca do siebie innych. 

Jak zwykle Haruki Murakami posługuje się pozornie prostą historią, dodając do niej kilka tajemniczych elementów i pozwalając wybrzmiewać kolejnym niedopowiedzeniom. Zakończenie wielu rzeczy nie wyjaśnia, jakbyśmy na chwilę zostali wrzuceni w wir wydarzeń toczących się po zmierzchu, a o świcie musieli opuścić Tokio, domyślając się jedynie co będzie dalej. Japoński pisarz tworzy historie otwarte, ale pozostawiające nas z wybrzmiewającą gdzieś w tle muzyką i wieloma różnymi myślami. Tym razem o znaczeniu bliskości, niełatwych relacjach między rodzeństwem i codzienności, w której tkwimy, nic nie zmieniając, chociaż nie czujemy się szczęśliwi. Tak naprawdę jednak w każdym ta historia może wywołać inne refleksje, może też nie zrobić większego wrażenia jeśli ktoś w prozie Murakamiego się nie odnajduje. „Po zmierzchu” w moim odczuciu nie dorównuje „Kafce nad morzem”, (którą swoją drogą z biegiem czasu coraz mocniej doceniam), ale spotkanie z Murakamim za każdym razem jest dla mnie fascynującym doświadczeniem (co niezupełnie udaje mi się ująć słowami), dającym pole do domysłów, przemyśleń i zatopienia się w (nie)zwykłej codzienności.

Garść cytatów:

Ludzie mający dokąd iść i niemający się gdzie podziać. Zmierzający do jakiegoś celu i idący bez celu. Pragnący powstrzymać czas lub go przyspieszyć.” (s. 8/9)

Nie wolno się godzić na półśrodki. Są na świecie rzeczy, które da się zrobić tylko samemu, i inne, które da się zrobić tylko we dwójkę. Ważne jest, żeby je właściwie połączyć.” (s. 168)


--------

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy