Jim Butcher - Śmiertelna groźba

Jim Butcher, Śmiertelna groźba [Grave Peril], tłum. Piotr W. Cholewa, MAG, 2012, 488 stron.
Cykl: Akta Dresdena, tom 3.

To moje trzecie spotkanie z ogłaszającym się w książce telefonicznej chicagowskim magiem i już od pierwszej strony trafiłam w sam środek akcji. Jak można się spodziewać – nie jest to chwila dla Dresdena komfortowa. W pewnym szpitalu zagrożone jest życie noworodków i mag staje do walki ze złem. Problem w tym, że cała ta sytuacja to tylko mały wycinek z tego, co aktualnie dzieje się w Chicago – duchy zachowują się w sposób zupełnie niezrozumiały, a jedyną osobą, która może powstrzymać lawinę tragicznych wydarzeń jest oczywiście Harry. Do tego w jego domu pojawia się dziewczyna prosząca o pomoc i sugerująca, że może nie dożyć do rana, wampiry zapraszają go na bal, a matka chrzestna chce spełnienia złożonej przed laty obietnicy i nie ma zamiaru przebierać w środkach. Cóż, na nudę z pewnością narzekać nie można.

Aż mam ochotę napisać: Harry, Harry, Harry… w co ty się znowu wpakowałeś… Główny bohater powieści Jima Butchera nigdy nie miał lekko, co dało się spokojnie zauważyć, śledząc jego poprzednie przygody we „Froncie burzowym” i „Pełni księżyca”, ale tym razem autor wielokrotnie pcha go na skraj wytrzymałości i aż trudno uwierzyć ile jeszcze Dresden będzie w stanie znieść. Takie rzucanie (dosłownie i w przenośni) bohaterem o ściany może być odrobinę niebezpieczne, bo pojawia się w czytelniku takim jak ja obawa przekroczenia pewnej granicy, za którą kolejne wydarzenia będą traciły na autentyczności. U Butchera na szczęście to się nie stało (chociaż momentami było blisko), a kolejne zderzenia z siłami zła wynikają logicznie z przebiegu akcji i z czasami niezbyt mądrych decyzji Harry’ego. To dobra okazja do pokazania siły w nim drzemiącej, ale i jednocześnie tej bardzo ludzkiej natury, która przejawia się nie tylko w nie zawsze trafnych decyzjach, ale i bezsilności, strachu, bólu, które mu niejednokrotnie towarzyszą. Harry nie jest magiem z rodzaju tych, którzy zawsze wyciągają przysłowiowego królika z kapelusza, potrafią się odnaleźć w każdej sytuacji i są dwa kroki przed wrogiem. Jest za to nierozważny, chwilami naiwny i zbyt rycerski, ale serce ma po właściwej stronie i to koniec końców liczy się najbardziej.

Czytaj dalej

Agatha Christie - Tajemniczy przeciwnik


Agatha Christie, Tajemniczy przeciwnik [The Secret Adversary], tłum. Jan Zakrzewski, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2014, 304 strony.

To, co w pierwszej kolejności towarzyszy mi po lekturze „Tajemniczego przeciwnika” to poczucie, że jako pisarka Agatha Christie prezentuje w swoich powieściach wiele twarzy i w zależności od historii i bohaterów, potrafi poprowadzić akcję na różne sposoby. Gdy miałam do czynienia z tytułami, w których prym wiódł Herkules Poirot (chociażby „Morderstwo w Orient Expressie” czy „A.B.C”) kolejne wydarzenia toczyły się w rytmie prowadzonego przez wąsatego Belga śledztwa i były podszyte spokojem i rozwagą, które ten raz po raz prezentuje. W przypadku „Tajemniczego przeciwnika”, gdzie za rozwiązywanie zagadki zabrali się Tommy i Tuppence, całość miała dużo bardziej sensacyjny charakter, a akcja toczyła się w szybszym tempie. Wprawdzie zbyt wiele jeszcze tytułów przede mną, bym mogła z całą pewnością wskazywać na jakąś stałą zależność, ale ciekawie jest obserwować, że Agatha Christie tak sprawnie manewruje sposobem przedstawienia konkretnych historii i w każdym z nich całkiem dobrze się odnajduje.

Tommy i Tuppence nie mają specjalnego pomysłu na to, co robić ze swoim życiem, a dotychczasowe próby chwycenia go za rogi trudno nazwać udanymi. Przy herbacie postanawiają więc, że staną się Młodymi Łowcami Przygód i w ten sposób nie tylko poczują dreszcz adrenaliny, ale i uda mi się dobrze zarobić. Nie spodziewają się, że tak szybko wejdą w sam środek tajemniczej sprawy, które pokaże im jak niebezpieczne jest angażowanie się w rozwiązywanie zagadek i stawanie twarzą w twarz z ludźmi mającymi niewiele skrupułów.

Anglia jest aktualnie w trudnym położeniu, w powietrzu wisi groźba strajków i rewolucji, a o losie państwa może zadecydować jeden dokument. Kilka lat wcześniej na tonącym statku trafił on w ręce zupełnie niezwiązanej z całą sprawą Amerykanki – Jane Finn. Kobieta zniknęła i nie bardzo wiadomo co się z nią stało, ale wiele osób zrobi wszystko, żeby ją odnaleźć i zmusić do mówienia. Tommy i Tuppence zupełnie dla siebie niespodziewanie, stają się nadzieją brytyjskiego rządu, ale ich działania mają charakter nieoficjalny. W pewnym sensie nadaje to smaku całej współpracy, ale w praktyce oznacza tyle, że w razie kłopotów muszą sobie radzić sami.

W fabule pojawiają się elementy związane z polityką, ale tych, którzy się takowych obawiają, uspokajam, że nie przytłaczają one całej historii i nie mają dominującego charakteru. Będzie się za to naprawdę sporo działo, a zwrotów akcji na pewno nie zabraknie. Okaże się, że głównym przeciwnikiem może stać się ktoś zupełnie niepozorny, niezauważalny wręcz – tajemniczy Pan Brown to bohater, który intryguje jako prowodyr całego zamieszania, ale i jako osoba zupełnie nieuchwytna.

Tommy potrafi świetnie radzić sobie z faktami i wyciągać z nich wnioski, a Tuppence nie brakuje sprytu i nieszablonowego podejścia, ale czy to wystarczy, by odnaleźć Jane Finn i przy okazji nie dać się zabić? Ta dwójka zyskała moją sympatię niemal od początku i z przyjemnością śledziłam ich poczynania. Przypominali mi Wiewiórkę i Wielkiego Dzieciaka z powieści „Kwiaciarka” Ksawerego de Montepina przez podobne, stanowiące wobec siebie kontrast, charaktery i młody wiek. Różnica jest taka, że bohaterowie powieści francuskiego pisarza mają na pewno trochę więcej za uszami niż Młodzi Łowcy Przygód.

Ciekawe jest też pokazanie różnic między Amerykanami a Anglikami. Tych pierwszych w „Tajemniczym przeciwniku” w największym stopniu reprezentuje Julius – multimilioner i kuzyn Jane, który mocno angażuje się w całą sprawę. Otwarty, energiczny, bezpośredni. W opozycji do niego mamy bardziej zdystansowanego, ale wzbudzającego duży respekt prawnika – sir Jamesa, który również stara się pomóc Młodym Łowcom Przygód.



Agatha Christie jak zwykle próbuje wyprowadzić czytelnika w pole, ale krąg podejrzanych jest tym razem dosyć wąski, a przynajmniej mój detektywistyczny nos podpowiadał mi, że pod uwagę trzeba brać nie więcej niż 2-3 osoby. Obawiam się by nie zdradzić zbyt wiele, ale zakończenie nie było ogromnym zaskoczeniem. Tym razem nie dałam się zwieść pozorom, chociaż co ciekawe okazało się, że nie wszystkie poszlaki w trakcie czytania zauważyłam. Podziwiam, że autorka potrafi tak zgrabnie ukrywać wskazówki, a później oczywiście sensownie uzasadniać ich znaczenie.

Tajemniczy przeciwnik” to kawałek wciągającej historii, w której akcja toczy się niezwykle szybko i nie pozwala się czytelnikowi nudzić. Trochę szkoda, że rozwiązanie zagadki nie było bardziej nieprzewidywalne, ale tym razem, przynajmniej częściowo, zrekompensowali mi to bohaterowie. Mam nadzieję, że będę miała jeszcze okazję spotkać się z Tommym i Tuppence i przeżyjemy razem niejedną ekscytującą przygodę.

Garść cytatów:

Rewolucji nie można robić bez uczciwych ludzi. Ale bardzo szybko należy się ich pozbyć”. (s. 81)

--------

Czytaj dalej

Sophia Tobin - Żona złotnika


Sophia Tobin, Żona złotnika [The Silversmith's Wife], tłum. Julita Mastelarz, PWN, 2014, 432 strony.

Sophia Tobin stworzyła książkę, która niezwykle skutecznie przeniosła mnie do XVIII-wiecznego Londynu. Nietrudno było mi usłyszeć stukot końskich kopyt na bruku oraz poczuć niezwykły klimat miasta - pod tym względem autorka spisała się niemal tak dobrze jak Terry Pratchett w przypadku „Spryciarza z Londynu”. Kilka innych elementów wywołało we mnie trochę mniejszy zachwyt, ale nie waham się stwierdzić, że „Żona złotnika” to bardzo udany debiut, a w autorce drzemie duży potencjał - mam nadzieję, że odpowiednio wykorzystany w kolejnych powieściach.  

W Londynie dochodzi do brutalnego morderstwa – znany złotnik Pierre Renard zostaje znaleziony z poderżniętym gardłem. Nikt nic nie widział i nikt nic nie słyszał, a pod osłoną nocy wiele rzeczy łatwiej jest ukryć. Jego nagła śmierć to szok, chociaż trzeba sobie powiedzieć, że nie jest jednym z tych facetów, którzy wzbudzają powszechną sympatię. Jego sklep na Bond Street cieszył się sporą popularnością, ale nie można tego samego powiedzieć o nim samym. Autorka pozwala nam poznać go lepiej dzięki krótkim wpisom z prowadzonego przez niego dziennika i właściwie nie dziwię się, że nie posiadał zbyt wielu przyjaciół. Egoista, zapatrzony w czubek swojego nosa i przekonany o własnej wielkości – taki był Pierre Renard. Trudno go polubić, chociaż co ciekawie jego postać nie jest zupełnie jednoznaczna i być może drzemią w nim jakieś uczucia poza miłością własną.

Czytaj dalej

Nicholas Sparks - Wybór

Nicholas Sparks, Wybór [The choice], tłum. Elżbieta Zychowicz, Albatros, 2008, 336 stron.

Zanim zaczęłam lekturę „Wyboru”, gdzieś z tyłu głowy pojawiały mi się urywki opinii, które na temat prozy Nicholasa Sparksa słyszałam. Z jednej strony zachwyty nad lekkim piórem i umiejętnością poprowadzenia historii, z drugiej przekonanie, że dużo większe wrażenie robią filmy tworzone na podstawie książek autora, niż one same. Byłam bardzo ciekawa jakie wrażenie pisarz zrobi na mnie, a chociaż próbowałam się nie nastawiać na wielkie emocje, to jednak miałam nadzieję, że książka zdoła mnie na tyle poruszyć, żebym bez chwili wahania mogła sięgać po kolejne tytuły.

Sąsiedzka znajomość Travisa i Gabby to szybka (ekspresowa bym nawet powiedziała) historia wzlotów i upadków. Jest złość i wyrzuty, przeprosiny, rosnące zainteresowanie i nagle okazuje się, że coś ewidentnie wisi w powietrzu. Problem w tym, że kobieta ma chłopaka, którego kocha (a przynajmniej tak usilnie twierdzi) i z którym zamierza spędzić resztę życia, a z kolei Travis raczej nie jest zainteresowany jedynie przyjaźnią. Coraz trudniej będzie zachować dystans, szczególnie gdy mieszka się tak blisko siebie i nadarza się wiele okazji do wspólnego spędzania czasu.

Banalnie, bardzo banalnie, co pewnie nie uszło Waszej uwagi. Czasami potrafię jednak przymknąć na to oko, jeżeli akurat takiej lekkiej, niewymagającej lektury potrzebuję i gdy braki fabularne rekompensują inne elementy. Od początku czytało mi się „Wybór” wyjątkowo dobrze i płynnie, więc postanowiłam się nie zrażać i poczekać na rozwój wydarzeń. Od razu muszę zaznaczyć (ech, zupełnie nie buduję napięcia, wiem), że zaskoczeń do samego końca nie było - wprawdzie jeden wątek mógłby uchodzić za taki, który miał czytelnika wprawić w osłupienie, ale po pierwsze nie był znowu aż tak nieprzewidywalny, po drugie na takie rozwiązanie naprowadza jedno malutkie zdanie w tylnej części okładki. Możecie być jednak pewni, że historia nie ograniczy się jedynie do zrelacjonowania sąsiedzkiej znajomości Gabby i Travisa.

Nie tak dawno, przy okazji pierwszego spotkania z Richardem Paulem Evansem, postawiłam mu podobny zarzut – że w stworzonej historii nie ma żadnego powiewu świeżości. Okazuje się jednak, że mimo wszystko „Wybór” jakoś bardziej przypadł mi do gustu niż „Papierowe marzenia”. W obu przypadkach nie było zachwytu i ogromnych emocji, ale chyba po prostu styl Nicholasa Sparksa bardziej do mnie przemówił. A może to kwestia odpowiedniego nastroju na taką powieść?

Nie zapamiętam na długo bohaterów, których stworzył autor, ale w chwili czytania sprawdzili się w swojej roli – byli trochę typowi, ale jakoś zgrabnie w całą historie wpasowani – na tyle, że nie zgrzytałam zębami (no dobrze, może raz się zdarzyło) na sposób ich wykreowania. Czasami trudno było mi zrozumieć Gabby (nie pojmuje zachowania w stylu – kocham swojego chłopaka, ale wbrew wszystkiemu zbliżam się do innego), z drugiej jednak strony nie oznacza to, że jej postępowanie nie było autentycznie przedstawione. Całkiem dobrze sobie Nicholas Sparks poradził z przedstawieniem wewnętrznie rozdartej kobiety, która nie do końca jest szczęśliwa, a gdy na horyzoncie pojawia się szansa na zmianę, miota się nie wiedząc jak postąpić. Travis natomiast ma dosyć uporządkowane (ale nie nudne, lubi czuć dreszcz adrenaliny) życie – jest weterynarzem, ma świetnych przyjaciół i jedyne czego w tym obrazku brakuje to, jak się pewnie domyślacie, ukochana kobieta.

Mam poczucie, że jestem dla Nicholasa Sparksa w jakimś sensie stosunkowo wyrozumiała, pewnie dlatego, że koniec końców mimo wszystkich tych mniej udanych elementów, miło spędziłam czas, przyjmując całą historię zawartą w „Wyborze” taką, jaka jest. Po trudnej i rozrywającej serce „ZorkowniAnny Kalugi, potrzebowałam czegoś przewidywalnego i zwyczajnie lekkiego w odbiorze. Autor trafił w moment i nawet jeżeli nie uważam, żeby ta powieść była wyjątkowa i niosła ze sobą ogromne pokłady emocji, to przyjemnie mi się ją czytało. Zobaczymy jak będzie następnym razem – wtedy pewnie podejdę do prozy Sparksa bardziej krytycznie. A może dam się jednak zachwycić - nigdy nic nie wiadomo, prawda?

Garść cytatów:

Tak to jest z dziećmi rodziców szczęśliwych w małżeństwie. Dorasta się w przekonaniu, że bajki się ziszczają”. (s. 52)


 --------

Czytaj dalej

Agnieszka Kaluga - Zorkownia

Agnieszka Kaluga, Zorkownia, Znak, 2014.

Nie potrafię tak pięknie, prosto i z ogromnym wyczuciem jak Agnieszka Kaluga zamykać w słowach emocji, szczególnie, gdy coś wywołuje ich we mnie tak wiele, że trudno nawet w myślach je uporządkować, a co dopiero podzielić się nimi z innymi. „Zorkownia” wielokrotnie rozrywała mi serce na kawałeczki i trudno się po tym wszystkim pozbierać i cokolwiek napisać. A przecież siedziałam sobie wygodnie, teoretycznie oddzielona od konkretnych sytuacji i osób. Mogłam się zdystansować, odłożyć książkę, zająć się czymś innym i uznać, że to mnie nie dotyczy, że nie muszę się z tym mierzyć. Mogłam, ale nie chciałam, bo to poznawanie poszczególnych historii to poza całą paleta uczuć – nauka o życiu, ludziach i sposobność do spojrzenia na niektóre rzeczy inaczej.

Zorkownia jest częścią blogosfery już od kilku lat, ale ja zajrzałam do niej za pośrednictwem książki, wówczas dopiero odkrywając, że jest ona zbiorem wpisów, które w sieci zamieszczała (i robi to nadal) Agnieszka Kaluga. Autorka pisze o swoich doświadczeniach z wolontariatu w hospicjum, gdzie pomaga innym mierzyć się z codziennością, w której obecność drugiego człowieka, ciepły dotyk, zwyczajny uśmiech i zrozumienie, niekoniecznie wyrażane słowami, są wartościami najcenniejszymi. I chwilami ona sama nie wie kto jest tam dla kogo, bo dostaje tak wiele serdeczności i troski, że przestaje się liczyć to, jak trudno czasem po prostu być.

Wiele jest w hospicjum bólu i cierpienia, a śmierć ma tam stałą kartę wstępu. Jednego dnia są rozmowy albo chociaż mrugnięcia okiem, drugiego już tylko pustka i poczucie straty. W „Zorkowni” nie ma jednak złości na los, na życie, a jedyne co ją wywołuje to ludzka nieczułość, zaślepienie i zamknięcie na drugiego człowieka. Tak jest pewnie wygodniej, to nie wymaga wysiłku, zaangażowania. A Agnieszka Kaluga pomaga, słucha i jest, chociaż w takich okolicznościach staje się to wyzwaniem, czasami ponad siły. Raz po raz otwiera się na innych, a gdy następuje moment odejścia musi sobie z tym radzić. Nie ocenia,  pokazując jednocześnie jak mogą mylić pozory; opowiada o konkretnych osobach, dzieli się historiami, chociaż często słów brakuje; cieszy się z drobnych rzeczy i dzieli się uśmiechem; nie daje sobie prawa do ferowania wyroków, bo codziennie odkrywa, że w życiu niczego nie można być pewnym.

Zorkownia” porusza tak mocno, że czasami jedno krótkie zdanie wywołuje lawinę uczuć. Przygniata i nie przygniata jednocześnie, bo znajdziemy w niej tyle ciepła i ludzkiej życzliwości, że zaczyna i nas przepełniać ta chęć i potrzeba dostrzegania więcej, robienia więcej.

Garść cytatów:

Nic do stracenia, gdy wszystko do stracenia”. (23 lutego 2010)

Jeśli się wysilisz, znajdziesz rozwiązanie. Potrzeba tylko cierpliwości do wielu nieudanych prób”. (20 listopada 2012)




--------

Czytaj dalej

Ray Bradbury - 451 stopni Fahrenheita

Ray Bradbury, 451 stopni Fahrenheita [Fahrenheit 451], tłum. Iwona Michałowska, Solaris, 2008, 220 stron.

Ponad sześćdziesiąt lat temu amerykański pisarz Ray Bradbury w książce "451 stopni Fahrenheita" zaprezentował wizję świata, która dziś wydaje się jeszcze bardziej prawdopodobna. Przerażać może oczywiście pomysł palenia książek i zakaz ich czytania (zgroza!), ale to co w tej historii przytłacza najbardziej, to ludzka bezmyślność i poddanie się codzienności, w której zwyczajna rozmowa wydaje się dziwna i niepotrzebna.

W takiej rzeczywistości żyje Guy Montag, nie stojąc jednak gdzieś z boku, lecz aktywnie uczestnicząc w dziele zniszczenia swobodnej myśli i bardziej dosłownie – literackiej spuścizny. Mężczyzna jest strażakiem, ale gdy w remizie wybrzmiewa alarm, nie oznacza to bynajmniej, że pojawił się pożar, który trzeba ugasić. To sygnał, że ktoś sprzeciwił się zakazowi posiadania książek i trzeba użyć ognia, by te zmieniły się w popiół. Poczucie siły i dobrze spełnianego obowiązku, gdy tak naprawdę nie zna się innego świata, powinno wystarczyć, ale pojawia się moment, gdy Guy zdaje sobie sprawę, że od dawna nie jest szczęśliwy. Mieszkająca w sąsiedztwie 17-letnia Clarisse zasiewa w nim kilka wątpliwości, a stąd już tylko krok do kwestionowania tego, co do tej pory było oczywiste.

Bezmyślne wpatrzenie w ekran, w którym lecą programy o wszystkim i o niczym (z naciskiem na to drugie), stające się substytutem życia, sięganie po narkotyki, samobójstwa, zero krytycznego spojrzenia na cokolwiek, zero bliskości między ludźmi i sensownych rozmów. Wizja, która przeraża i co gorsza nie wydaje się wcale abstrakcyjna. Guy nie pamięta kiedy poznał swoją żonę, ona w głowie ma niewiele poza papką serwowaną na ekranach zajmujących niemal całą przestrzeń salonu i słowami sączącymi się do jej ucha przez specjalne urządzenie. Gdzieś nad głowami przelatują samoloty i może zacznie się za chwilę wojna, ale nikt się tym nie przejmuje, ludzi niemal nic nie jest już w stanie wyrwać z marazmu. Są jeszcze na szczęście wariaci, tacy jak Clarissa, którzy czerpią przyjemność z rozmowy czy sprawdzania jak smakuje deszcz.

Jest też oczywiście Guy, ale w końcu dopiero co sam czuł przyjemność z palenia książek i chociaż zaczyna patrzeć inaczej na wiele spraw, to zachowuje się trochę jak mały, zagubiony chłopiec. Miota się okropnie i z jednej strony to jego zachowanie może odrobinę irytować, ale mi mimo wszystko wydawało się bardzo autentyczne. Działanie pod wpływem emocji, często nieprzemyślane i co tu dużo mówić niezbyt mądre, usprawiedliwiają lata poddawania się swoistej indoktrynacji.

451 stopni Fahrenheita” to fabularnie tak naprawdę nieskomplikowana historia, bez nadmiaru postaci i z jednym kluczowym wątkiem, skupiającym się na działaniach głównego bohatera. Wartka akcja nie pozwala się oderwać od lektury, a świat przedstawiony zmusza do refleksji nad kondycją społeczeństwa, nad codziennością i nad sobą. Czy wizja przedstawiona przez autora naprawdę jest aż tak odległa od tego, co można zaobserwować dzisiaj? Mam czasami wrażenie, że jesteśmy ledwie kilka kroków od takiej codzienności.

Powieść Raya Bradbury’ego zrobiła na mnie duże wrażenie i jest jedną z tych historii, które w prostej formie kryją cała gamę znaczeń. Autor rzuca czytelnikowi wyzwanie, ostrzega i prowokuje do przemyśleń. Jednocześnie gdy Clarissa pyta Guya o to, czy jest szczęśliwy, pyta również nas. To dobra chwila, by sobie na to pytanie odpowiedzieć.

 Garść cytatów:

Spal ich na popiół, a potem spal popiół. To nasze oficjalne motto”. (s. 15)

To pozytywny aspekt umierania: gdy nie ma się nic do stracenia, można sobie pozwolić na każde ryzyko”. (s. 111)


--------

Czytaj dalej

Plany czytelnicze 4/2015

Czytelniczo będzie się w najbliższym działo u mnie tak:


1. Agatha Christie - Tajemniczy przeciwnik. Pewnie zdążyliście już zauważyć, że Królowa Kryminałów gości u mnie często - w swoim dorobku ma wiele powieści, więc w planach czytelniczych znajdzie się jeszcze nie raz.

2. Ray Bradbury - 451 stopni Fahrenheita. Ona temu winna, ona temu winna, a kto? Miros de carti, która swego czasu  napisała bardzo zachęcająco o tej książce.

3. Sophia Tobin - Żona złotnika. Sięgnięcie po ten tytuł to wynik kilku pozytywnych recenzji w połączeniu z nadzieją na ciekawy klimat Londynu.

4. Anna Kaluga - Zorkownia. Chciałam przeczytać już dawno, a ostatnio próbuję  mierzyć się z tytułami z listy "Chcę przeczytać".

5. Nicholas Sparks -Wybór. Nie czytałam jeszcze żadnej książki tego autora, a jestem ciekawa czy jego proza do mnie przemówi.

6. Stephen King - Historia Lisey. Ostatnio czytana książka amerykańskiego pisarza (Dolores Claiborne) zrobiła na mnie duże wrażenie, zobaczymy jak będzie w tym przypadku.

7. Sarah Jio - Kameliowy ogród. Kwiaty, miłość, niebezpieczeństwo - mam nadzieję, że będzie ciekawie i niezbyt banalnie. To będzie moje pierwsze spotkanie z autorką.

8. Jim Butcher - Śmiertelna groźba. Jakoś zatęskniłam za Harrym Dresdenem, więc postanowiłam umówić się na spotkanie ;).

Czytaj dalej

Robert Galbraith - Jedwabnik

Robert Galbraith, Jedwabnik [The Silkworm], tłum. Anna Gralak, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2014, 476 stron.

Cormoran Strike od czasu sprawy supermodelki Luli Landry, którą miałam okazję poznać w „Wołaniu kukułki”, pod kilkoma względami podniósł się z zawodowego (i częściowo osobistego) dołka. Rozgłos, który przy okazji zyskał, sprawił, że od kilku miesięcy nie może narzekać na brak nowych spraw, a fakt, że nie sypia już w swoim biurze, tylko w wynajmowanym nad nim mieszkaniu, można uznać za przejaw wychodzenia na prostą. Wprawdzie zlecenia od aktualnych klientów nie są może specjalnie ekscytujące, ale dostarczają zastrzyków gotówki, których co by nie mówić, detektyw z pewnością potrzebuje.

Gdy w jego biurze pojawia się kobieta chcąca, aby Strike odszukał jej męża, ten ma wszelkie podstawy, by zlecenia nie przyjąć. Leonora Quine nie wygląda na klientkę, która będzie w stanie mu zapłacić, a na dodatek twierdzi, że właściwie to wie prawie na pewno gdzie jest Owen, bo zdarzało mu się już znikać wcześniej. Cormoran sprawy się jednak podejmuje, a gdy w tle pojawia się motyw nowej powieści, w której Quine w niewybredny sposób szydzi z wielu osób, okazuje się, że wiele osób zyskałoby na pozbyciu się mężczyzny z pola widzenia. Najlepiej gdyby zniknął na zawsze…

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy