Małgorzata Warda - Nikt nie widział, nikt nie słyszał...

Małgorzata Warda, Nikt nie widział, nikt nie słyszał..., Świat Książki, 2015, 397 stron.

Po raz drugi spotkałam się z prozą Małgorzaty Wardy, a z racji tego, że pierwsza czytana książka - "Dziewczynka, która widziała zbyt wiele" – zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie, spodziewałam się podobnych emocji przy „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…”. Niestety, tym razem trudno było mi się wgryźć w historię na tyle, żebym nie mogła się od niej oderwać. Tematyka, którą poruszyła autorka zdecydowanie daje jednak do myślenia, a całość jest napisana w stosunkowo przemyślany sposób i to sprawia, że nie jestem w jej ocenie aż tak surowa.

Tytuł i okładka pozwalają na różne domysły co do opowieści zawartej w „Nikt nie widział, nikt nie słyszał...”, ale pewność pojawia się dopiero, gdy pisarka wspomina o Nataschy Kampusch. I zastanawiam się czy fakt, że czytałam „3096” nie sprawił czasem, że w zderzeniu z autentyczną historią Austriaczki porwanej i przetrzymywanej przez osiem lat, ta stworzona przez Małgorzatę Wardę poruszyła mnie jednak znacznie mniej. Z drugiej strony polska pisarka skupia się bardziej na tym, co przeżywa rodzina zaginionego dziecka i pod tym względem na pewno doceniam jej starania.

Sara ma siedem lat, gdy znika bez śladu. O ile na początku łatwiej jest chwycić się nadziei na odnalezienie dziewczynki, o tyle, gdy mija dwadzieścia lat trudno ufać, że ukochana córka i siostra jeszcze się odnajdzie. Głośna niegdyś sprawa, którą żyła Gdynia zostaje przykryta raz za razem innymi, bardziej aktualnymi tragediami i tylko pustki w sercach bliski Sary czas wypełnić nie jest w stanie.

Największy problem miałam z bohaterkami, które na kartach książki się pojawiają. Pierwsze skrzypce odgrywają Lena i Agnieszka, a chociaż żyją w innych krajach, zajmują się zupełnie innymi rzeczami, to jakoś nieustannie ich losy mi się mieszały. Mam poczucie, że ogóle kreacja bohaterów (również Moniki, która po latach uciekła z miejsca swojego przetrzymywania czy ojca Leny i Sary) mogłaby być bardziej dopracowana, a same postaci bardziej wyraziste. Nie przywiązałam się właściwie do nikogo i pewnie dlatego nie śledziłam losów poszczególnych osób z zapartym tchem. Pod koniec trochę się to zmieniło in plus, ale w ogólnym rozrachunku w „Dziewczynce, która widziała zbyt wiele” było pod tym względem znacznie lepiej.

Przyznaję, że mam z tą powieścią problem. Może oczekiwałam zbyt wiele lub nie była to odpowiednia chwila, żeby naprawdę porządnie zaangażować się w opisywane wydarzenia. Jednocześnie uważam, że tematyka, którą poruszyła autorka zasługuje zdecydowanie na uwagę i „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…” nie jest wyborem złym, by się z nią bliżej zapoznać. To sprawnie napisana powieść, w której do ostatnich stron nie ma pewności jak zakończy się cała historia, a chociaż ja liczyłam na znacznie więcej, to i tak myślę, że jeszcze nie raz się z książkowo z Małgorzatą Wardą spotkam.

Garść cytatów:

Monika nie zwariowała, nie poddała się i na koniec opuściła piwnicę. 
Nie opuściłaś jej – szepce drąży głosik. – Tak ci się tylko wydaje”. (s. 325/326)



--------

Czytaj dalej

Życie kołem (fortuny) się toczy [Stephen King - Martwa strefa]

Stephen King, Martwa strefa [Dead zone], tlum. Krzysztof Sokołowski, Prószyński i S-ka, 2004, 526 stron.

Takiego Stephena Kinga lubię – skupionego na psychologicznej stronie bohaterów, wnikającego głęboko w ich umysły i dającego czytelnikowi okazję do odkrywania kolejnych prawd o człowieku jako takim. „Martwa strefa” pod tym względem przypomina po trosze „Misery”, „Lśnienie”, „Dolores Claiborne” i „Historię Lisey”, mimo że fabularnie nie jest podobna do żadnego z wspomnianych tytułów. I chociaż pojawiały się w tej historii elementy, które można było poprowadzić nieco inaczej, to nie zmienia to faktu, że czułam się w czasie czytania jakbym przeniosła się w lata siedemdziesiąte XX wieku i poznawała losy osób, które przestały być tylko nazwiskami zapisanymi na kartach książki – Stephen King z powodzeniem je ożywił.

Johny Smith właściwie zapomniał o wydarzeniu, które miało miejsce, gdy był jeszcze dzieckiem. Upadek na lodzie, uderzenie w głowę oraz późniejsze przeczucia zepchnął gdzieś do podświadomości i zostało tylko dziwne wrażenie, że coś ważnego może mu umyka. Minęły lata, a on jako młody mężczyzna, spełniający się w roli nauczyciela, myśli raczej o randce z Sarą – koleżanką z pracy, którą od jakiegoś czasu darzy coraz silniejszym uczuciem. Wspólny wieczór na jarmarku może nie zapadłby mu tak mocno w pamięć, gdyby nie duża wygrana w kole fortuny (Johny po prostu wiedział na jakie liczby stawiać), zatrucie Sary hot-dogiem i fakt, że musiało minąć prawie pięć lat, by zobaczyli się znowu. Mężczyzna wracając do domu uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu, zapadł w śpiączkę i właściwie prawie nikt nie sądził, że jeszcze się obudzi. Gdy to wreszcie nastąpiło, jego dar (a właściwie przekleństwo) widzenia losów innych ludzi zaczął mieć znacznie większą siłę niż dawniej.

Obawiałam się, że fabuła mająca w sobie elementy paranormalne niekoniecznie do mnie przemówi, bo zdecydowanie lepiej odnajduje się w historiach bardziej przyziemnych. Na szczęście „Martwa strefa” jest tak mocno osadzona w rzeczywistości, jak tylko się da, a niecodzienne umiejętności głównego bohatera jakoś zupełnie w tym nie przeszkadzają. Stephen King posiada zresztą ogromnie cenną umiejętność kreowania każdego, nawet pozornie niewiele znaczącego, wydarzenia w taki sposób, że mam wrażenie bycia w tym miejscu i czasie, które opisuje. Widzę opisywane przez autora miejsca i niemal namacalnie czuję czy to szalejący akurat wiatr, czy nierówności podłoża. Niby błahe rzeczy, ale dzięki takim szczegółom buduje się klimat i wciąga czytelnika w historię, której ma on stać się częścią. Co ważne, Stephen King robi to wszystko na tyle sensownie, że nigdy nie pojawiło się we mnie poczucie, że ten czy inny opis można by z powodzeniem wyrzucić – tu wszystko jest na swoim miejscu i ma znaczenie.

Akcja w „Martwej strefie” nie biegnie jednotorowo – z jednej strony mamy bowiem Johny’ego i jego zmagania, by wrócić do zdrowia i zmierzyć się z faktem, że przez kilka lat jego śpiączki naprawdę sporo się zmieniło, a z drugiej działającego w Castle Rock mordercę okrzykniętego Dusicielem czy rozpychającego się łokciami na scenie politycznej Grega Stillsona. Oczywiście nietrudno się domyślić, że te początkowo odrębne wątki prędzej czy później jakoś wpłyną na głównego bohatera, ale nie przeszkadza to zupełnie z napięciem śledzić kolejne wydarzenia.

Przyznam, że w przypadku zabójstw spodziewałam się (swoją drogą jak bardzo trzeba uważać na słowa, by nie zdradzić zbyt wiele, znacie to?) nieco innego nawet nie tyle rozwiązania, co momentu, kiedy ono nastąpi. Natomiast polityczna otoczka – akcja dzieje się bowiem w konkretnych czasach, a nie swoistej próżni – nie każdemu może się wydawać interesująca, ale tak naprawdę nabiera ona znaczenia dopiero w dosyć odległej części powieści. Być może pełniejsza znajomość amerykańskich realiów tamtych lat pozwoliłaby lepiej odczytywać niektóre nawiązania, ale Stephen King przedstawia wszystko na tyle zrozumiale, że nie czułam się jakoś oderwana od prezentowanej rzeczywistości. Poza tym to nie polityka odgrywa tu pierwsze skrzypce, ale jak to często u amerykańskiego pisarza bywa - ludzkie słabości. Autor pokazuje, że każdy ma w sobie coś zarówno z Doktora Jekylla jak i Mr. Hyde’a. A gdy ta ciemna strona osobowości bierze górę, wówczas okazuje się jak wiele okrucieństwa może tkwić w człowieku.

Najlepiej siłą rzeczy poznajemy Johny’ego, ale tak naprawdę Stephen King nikogo nie traktuje po macoszemu. Sara musi pogodzić się z tym, że jej życie potoczyło się zupełnie inaczej niż wyobrażała to sobie w dniu jarmarku przed laty; Vera od czasu wypadku samochodowego syna jeszcze mocniej zwróciła się ku religii, niebezpiecznie zbliżając się z każdym dniem ku fanatyzmowi; Herb – ojciec Johny’ego od razu wzbudza sympatię, bo cokolwiek, by się nie działo jest pełen wsparcia i zrozumienia. Oczywiście czasami trudno zachować spokój, ale jego zachowanie wydaje się tym bardziej autentyczne, gdy nie zawsze trzyma nerwy czy myśli w ryzach.

Martwa strefa” powinna spodobać się tym, którzy (czy to u Stephena Kinga, czy ogólnie) cenią porządnie skonstruowane portrety psychologiczne, historie osadzone w konkretnej, sprawnie uchwyconej, rzeczywistości i nie przeszkadza im, że nie każdy rozdział obfituje w nagłe zwroty akcji (chociaż i tak dzieje się całkiem sporo). W powieści można się poza tym spodziewać kilku istotnych moralnych dylematów i pytań na które brakuje prostej i jednoznacznej odpowiedzi. Może niekoniecznie wybrałabym ten tytuł na pierwsze spotkanie z autorem (tu bezpieczniejsze wydaje się jednak „Lśnienie” czy „Misery”), ale znając już trochę Stephena Kinga muszę stwierdzić, że to było bardzo udane spotkanie.

Garść cytatów:

To mechanik mózgu. Pociął go skalpelem na kawałki i nie znalazł duszy. A więc uznał, że duszy nie ma”. (s. 174)

Gdybyś mógł wskoczyć w machinę czasu i przenieść się w 1932 rok, czy zabiłbyś Hitlera?(s. 433)


--------

Czytaj dalej

Jak nie napadać na bank [Alex Kava - Fałszywy krok]

Alex Kava, Fałszywy krok [One False Move], tłum. Krzysztof Puławski, Harlequin, 2010, 316 stron.

Jared Barnett wychodzi z więzienia. Mordercę i gwałciciela zza krat wyciągnął pozbawiony jakichkolwiek skrupułów adwokat Max Kramer, którego obchodzi jedynie zyskanie rozgłosu, a kwestie moralności ma w głębokim poważaniu. Jared nie zamierza spoczywać na laurach i od razu planuje skok, w który wciąga swoją siostrę Melanie i jej siedemnastoletniego syna Charliego. Napad na bank kończy się strzelaniną, w której ginie kilka osób.

Napad, ucieczka, pościg – brzmi stosunkowo banalnie, prawda? Fabuła w „Fałszywym kroku” nie jest tym, co w jakikolwiek sposób mnie zaskoczyło, a w gruncie rzeczy cały zamysł wydawał mi się zbyt prosty i szablonowy. Spodziewałam się czegoś więcej, bo nawet gdy punkt wyjścia nie poraża oryginalnością, to dalej można akcję poprowadzić tak, że śledzimy ją pełni napięcia. Tego zresztą po historii określanej jako thriller oczekiwałam. Więcej tu jednak z powieści sensacyjnej, chociaż okraszonej – co zresztą w jakimś stopniu tę książkę ratowało – dosyć ciekawym rysem (a może bardziej zarysem) psychologicznym bohaterów.

Zazwyczaj najbardziej intrygują mnie czarne charaktery, ale w tym przypadku to nie Jared mnie ciekawił, tylko Melanie, którą wprawdzie trudno uznać za wzór uczciwości, ale też nie sposób tak jednoznacznie umieścić po stronie tych złych. Kobieta czuje, że ma wobec brata dług wdzięczności, a wspólne trauma z dzieciństwa związała ją z nim na tyle, że nie jest w stanie się mu przeciwstawić. Sama wychowywała syna i całkiem nieźle, jak na stosowane metody (zręczne palce plus trochę szczęścia), sobie radziła. Gdy pojawia się Jared wszystko się jednak komplikuje, tym bardziej, że Charlie zapatrzony jest w wuja i to, co ten robi, wydaje mu się zawsze rozwiązaniem słusznym. Autorka stosunkowo sugestywnie pokazała wątpliwości, które targają Melanie, a chociaż jej wybory nie było mi łatwo do końca zrozumieć, to jednak zaczęłam się zastanawiać jak różne wydarzenia z przeszłości mogą rzutować na całe życie i wypaczać spojrzenie na niektóre sprawy.

W całej historii sporą rolę odgrywa też prokuratorka Grace, która kilka lat temu, z pełnym przekonaniem o winie, doprowadziła do skazania Jareda. Teraz musi się mierzyć z faktem, że mężczyzna przebywa na wolności i zdecydowanie dobrze pamięta, kto przyczynił się do posłania go za kratki. Mamy też Andrew – teoretycznie spełnionego pisarza, który akurat cierpi na niemoc twórczą. To facet, który ma poczucie, że nie zasługuje na sukces, a nawet jeżeli w danym momencie jego życia jest dobrze, to prędzej czy później i tak wszystko się zawali. Alex Kava w jego przypadku również postawiła na motyw wpływu przeszłości na dalsze życie. 

Fałszywy krok” czyta się w zawrotnym tempie – krótkie rozdziały i szybka akcja sprawiają, że rzeczywiście można poczuć się jak w czasie pościgu. Czasami pojawia moment oddechu i wtedy mamy okazje przyjrzeć się bliżej bohaterom, ciągle mając jednak świadomość, że zmierzamy do nieuchronnego końca. Zakończenie było takie, jakiego się spodziewałam, więc i tu niespodzianek zabrakło.

To było moje pierwsze spotkanie z autorką i fabularnie czuję się rozczarowana, ale styl pisania przypadł mi do gustu, więc przy kolejnych tytułach liczę na więcej. Połączenie swobodnej narracji, bohaterów z potencjałem i niebanalnych wydarzeń to dobry punkt wyjścia dla książki i gdyby wszystkie te elementy znalazły się w „Fałszywym kroku” wówczas mogłaby to być świetna powieść. Zabrakło tego ostatniego i niestety pokładanych w niej oczekiwań do końca nie spełniła.

Garść cytatów:

Uważaj, czego pragniesz. (…) Bo nawet jeśli to zdobędziesz, i tak okaże się, że chciałeś czegoś innego”. (s. 52)


--------

Czytaj dalej

Wyzwanie rzucone Królowej Kryminałów [Agatha Christie – Tajemnica gwiazdkowego puddingu]

Agatha Christie, Tajemnica gwiazdkowego puddingu, [The Adventure of  the Christmas Pudding], tłum. Krystyna Bockenheim, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2014, 265 stron.

Przez chwilę wydawało mi się, że mogę mocno utrudnić zadanie Królowej Kryminałów, sięgając po tytuł kojarzący się z zimową porą, w czasie letnich upałów. Chciałam sprawdzić czy pisarce uda się na tyle mocno zająć moją uwagę i zbudować odpowiedni klimat powieści, żebym zapomniała, że wokół mnie aura daleka jest od bożonarodzeniowej. Moje niecne zamiary szybko Agatha Christie stłumiła, bo okazało się (a wcześniej jakoś nie zwróciłam na to uwagi), że „Tajemnica gwiazdkowego puddingu” to zbiór opowiadań, z których jedynie tytułowe ma typowo mroźny charakter.

Pięć spraw pojawiających się na kartach książki prowadzi znany mi już całkiem dobrze Herkules Poirot, ale jedna przypadła w udziale Pannie Marple, którą miałam okazję spotkać po raz pierwszy. Od razu rzucił mi się w oczy jej spokój i to jak sprawnie potrafiła dostrzec rozwiązanie zagadki morderstwa, mimo że fakty wydawały wskazywać na zupełnie inny przebieg wypadków. Zbyt krótko miałam jednak okazję przebywać w jej towarzystwie, by poznać ją bliżej, ale już teraz cieszę się, że będę miała ku temu jeszcze niejedną okazję.

Herkules Poirot to natomiast detektyw stosunkowo wybredny – nie podejmuje się rozwiązywania każdej sprawy, na jaką może trafić, lecz wybiera takie, które go w jakiś sposób intrygują. Wystarczy malutki element niepasujący do reszty, by obudzić w wąsatym Belgu analityczny umysł i nastawić jego myśli na dobrze znane tory docierania do prawdy. Nieistotne, że w całym szeregu wydarzeń tylko on dostrzega, że coś tu nie pasuje – gdy Poirot zaczyna działać, można być pewnym, że pewne nie jest już absolutnie nic. Szczególnie tożsamość mordercy i to nawet, gdy wszystkie dowody wskazują na konkretną osobę. Takie zagadki lubię szczególnie, bo trzeba się dopatrywać naprawdę drobnych szczegółów, by odkryć co naprawdę się wydarzyło.

Dzięki opowiadaniom przeniesiemy się na angielską prowincję, by tam spędzić tradycyjne Boże Narodzenie i odkryć tajemnicę nietypowego zastosowania gwiazdkowego puddingu; znajdziemy ciało w hiszpańskiej skrzyni i zaczniemy się zastanawiać czy jest zagadka, której nie da się rozwiązać; krok po kroku poprowadzimy śledztwo w sprawie zabicia mężczyzny ciężkim narzędziem, by przekonać się na ile oczywisty jest sprawca; zastanowimy się nad powtarzalnością ludzkich zachowań i czy przypadkowa śmierć nie kryje w sobie czegoś więcej; z powątpiewam, podobnie jak Poirot, spojrzymy na sen o samobójstwie, który stał się rzeczywistością; przekonamy się ile szaleństwa, a ile zimnej kalkulacji może być w człowieku.

Podobnie jak w przypadku wcześniejszych zbiorów opowiadań Agathy Christie, które czytałam („Wczesne sprawy Poirota”, „Dwanaście prac Herkulesa”) tak i tym razem były zagadki bardziej i mniej zajmujące. „Zagadka hiszpańskiej skrzyni” wydawała mi się wyjątkowo trudna do rozgryzienia, a znowuż „Popychadło” aż za proste do rozwiązania; „Tajemnica gwiazdkowego puddingu” wywołała we mnie uczucie deja vu i nie zaskoczyła jakoś specjalnie, a „Dwadzieścia cztery kosy” poza docieraniem do prawdy, zmusiły też do refleksji; ”Sen” pokazał, że gdy do akcji wkracza wąsaty Belg nie ma mowy o zbrodni doskonałej, a „Szaleństwo Greenshawa” zapamiętam jako pierwsze zatknięcie z Panną Marple i historię, o kobiecie zamordowanej strzałem z łuku.

O ile niektóre z zagadek odrobinę mnie zawiodły, o tyle Herkules Poirot zdecydowanie tego nie zrobił. Detektyw pokazuje, że fakty są istotne i oczywiście wszystko musi dać się logicznie wytłumaczyć, ale klucz zawsze tkwi w człowieku i motywach, które nim kierują. Cenię jego brak zgody na łatwe wyjaśnienia, jeżeli pojawia się chociażby minimalna wątpliwość co do przebiegu wydarzeń. Detektyw polega na swoim umyśle i bardzo przydatnej zdolności do wyciągania od innych informacji. Zna się na ludziach i to pozwala mu zajrzeć pod zakładane przez nich maski.

Opowiadania w przypadku Agathy Christie robią na mnie jakoś mniejsze wrażenie niż jej powieści, ale i tak z przyjemnością sprawdzam przed jakimi wyzwaniami stawia swoich bohaterów i mnie jako czytelnika. Doceniam sprawne sportretowanie niemal wszystkich pojawiających się postaci (w końcu każdy może być winny!), a chociaż nie zapadają mi w pamięć ich nazwiska, to w momencie poznawania danej historii poszczególne osoby ożywają w mojej wyobraźni. „Tajemnica gwiazdkowego puddingu” zaspokoiła mój głód na spotkanie z Herkulesem Poirotem, podsyciła apetyt na lepsze poznanie Panny Marple i tylko same historie spowodowały pewien niedosyt.

Garść cytatów:

Słaby człowiek przyparty do muru staje się bardziej niebezpieczny od kogoś silnego”. (s. 158)


--------

Czytaj dalej

Rozmowy o książkach przy budyniu z sherry [Ashton Lee - Wiśniowy Klub Książki]

Ashton Lee, Wiśniowy Klub Książki [The Cherry Cola Book Club], tłum. Anna Rogulska, Między Słowami, 2013, 352 strony.

Wiśniowy Klub Książki” z założenia miał być dla mnie niezobowiązującą wakacyjną lekturą, więc nie miałam co do tego tytułu wielkich oczekiwań. Liczyłam, że będzie to przyjemna historia z pozytywnym przesłaniem i w gruncie rzeczy niby taka była, ale mam po jej poznaniu jednak pewien niedosyt. Zarys fabuły plus urokliwa okładka pozwalały mi liczyć na tytuł trochę w stylu „Piątkowego Klubu Robótek Ręcznych” Kate Jacobs - może niezachwycający oryginalnością, ale który po dłuższym czasie można wspominać jako miły przerywnik między innymi tytułami. U Ashtona Lee zabrakło niestety sensowniejszego poprowadzenia fabuły (a muszę zaznaczyć, że nie mam tu na myśli sensacyjnych zwrotów akcji, bo na takie w ogóle się nie nastawiałam - chodzi o ciekawsze poprowadzenie niektórych wątków) i wykonania powodującego mniej zgrzytów.

Biblioteka w niewielkim miasteczku Cherico raczej nie mogła liczyć na tłumy czytelników z pasją pożerających kolejne tomy, ale zarządzająca nią przez ostatnich sześć lat Maura Beth Mayhew przywiązała się do swojej pracy. Placówka nigdy nie miała dużego budżetu, a tu nagle przedstawiciele rady miasta ostrzegają, że ma zostać całkowicie zamknięta, a fundusze, które do tej pory otrzymywała, zostaną zainwestowane w inny sposób. Maura Beth nie ma zamiaru jednak się poddać i do życia powołuje Wiśniowy Klub Książki – projekt, który ma przyciągnąć do biblioteki więcej osób i pokazać, że jest to miejsce posiadające perspektywy, jakich nikt się po nim nie spodziewał.

Czytaj dalej

Perpetuum morbile [Sebastian Fitzek - Kolekcjoner oczu]

Sebastian Fitzek, Kolekcjoner oczu [Der Augensammler], tłum. Barbara Tarnas, G+J, 2011, 438 stron.

Koniec okazuje się początkiem, ale nie zawsze takim, jakiego byśmy oczekiwali. Gdy Alexander Zorbach w ramach swojej pracy negocjatora zabija kobietę, by ratować dziecko, wie, że przekroczył granicę, za którą wszystko się zmieni. Mija kilka lat, a on ciągle ma w pamięci tamte wydarzenia, stanowiące zresztą nie jedyną rysę na jego życiu. Nadal ma kontakt z przestępcami, ale pracuje już nie w szeregach policji, lecz w charakterze dziennikarza. Sypie mu się życie osobiste, ale jeszcze jakoś trzyma się w ryzach. Do czasu.

W mieście (Fitzek nie skupia się na mocnym osadzeniu historii w konkretnej miejscowości, mimo że jej nazwa pada. Odnosi się więc wrażenie jakby mogło się to wydarzyć niemal wszędzie) swoją szaleńczą grę prowadzi kolekcjoner oczu. Atakuje już po raz kolejny, a jego sposób działania to starannie zaplanowana rozgrywka, w której teoretycznie druga strona ma szansę zwyciężyć. Schemat działania jest zawsze taki sam - seryjny morderca najpierw skręca kark matce, a następnie porywa dziecko. Jedyny ślad jaki po sobie zostawia, poza unoszącym się w powietrzu zapachem śmierci, to stoper nieubłaganie odliczający czas. 45 godzin – tyle dzieli ojca od utraty syna lub/i córki – po tym czasie kolekcjoner dopełnia zbrodni, dodatkowo pozbawiając ofiarę lewego oka. Zorbach, wykonując jedynie swoją pracę, staje się nagle głównym podejrzanym. Ktoś ewidentnie chciał uczynić go jednym z pionków w grze, stawiając jednocześnie na jego drodze Alinę – niewidomą fizjoterapeutkę, która twierdzi, że ma pewien dar i jest pewna, że w jej gabinecie był kolekcjoner oczu.

Sebastian Fitzek niezwykle sprytnie potęguje w czytelniku wrażenie, że cała ta historia nieuchronnie zmierza do końca, pozwalając mu śledzić upływ czasu do godziny zero. Ciekawym zabiegiem jest też odwrócona numeracja stron – tak jakbyśmy rzeczywiście zaczynali od końca i zmierzali do miejsca, w którym wszystko się zaczęło – w umyśle kolekcjonera oczu. Autor zdecydowanie potrafi budować napięcie, chociaż im bardziej rozwija się akcja, tym mocniej rozciąga się czas, jaki pozostał do końca (a może po prostu zaczyna dziać się tyle, że ostatnie godziny pozornie się wydłużają, dając nadzieję/złudzenie, że coś jeszcze da się zrobić). Obawiałam się, że w typowy sposób (bardzo filmowy) wszystko rozstrzygnie się w ostatniej sekundzie, ale Fitzek na szczęście pokazał, że potrafi unikać schematów.

Tytuł automatycznie skojarzył mi się z powieścią Jeffery’ego Deavera „Kolekcjoner kości”, ale poza umykającym mordercą, który pozbawia ofiary jakiejś części ciała i dwójką bohaterów na pierwszym planie, trudno dopatrywać się wielu naprawdę silnych podobieństw. Może poza tym, że w obu przypadkach mamy do czynienia ze świetnym thrillerem, w który zdecydowanie łatwo można wsiąknąć. Aż do ostatniej strony.

Wśród wielu elementów, które w „Kolekcjonerze oczu” przypadły mi do gustu, jest jeden, wobec którego miałam większe oczekiwania. Drobiazgowy portret psychologiczny mordercy w przypadku takich powieści, to coś, czego szukam i co zdecydowanie doceniam. Sebastian Fitzek nie pozbawił mnie wprawdzie możliwości poznania motywów kolekcjonera oczu, a nawet pośredniego spotkania z nim, ale wydaje mi się, że w takiej postaci tkwił większy potencjał, który nie w pełni został wykorzystany. Niemiecki pisarz skupił się za to zdecydowanie na Zorbachu (jemu jako jedynemu bezpośrednio udziela głosu, pozwalając lepiej zrozumieć targające nim emocje), który okazał się bohaterem całkiem ciekawym, ale jednak nie intrygował tak bardzo jak zabójca.

Główny bohater mógł w toku całej historii wybrać prostszą drogę – oddać się w ręce policji i liczyć na triumf prawdy i sprawiedliwości. Oczywiście mogłoby się okazać, że kłamstwo ma lepsze argumenty i dysponuje faktami (wprawdzie odpowiednio dopasowanymi do wersji wydarzeń, ale kto by je tam kwestionował), a nie jedynie słowem podejrzanego i niewidomej fizjoterapeutki. Zaczyna się więc walka o udowodnienie swojej niewinności, chociaż na pierwszy plan tak naprawdę wysuwa się wyścig z czasem i próba przeszkodzenia mordercy w odebraniu życia (i oka) kolejnemu dziecku.

Sebastian Fitzek to autor od dłuższego czasu znajdujący się na celowniku moich czytelniczych planów i co do którego, to przyznaję otwarcie, miałam spore oczekiwania. I mimo że jego powieść nie wbiła mnie totalnie w fotel to i tak mam poczucie, że miałam do czynienia z kawałkiem ciekawie skonstruowanej, pełnej napięcia i zajmującej historii. Udało mi się domyślić kto jest kolekcjonerem oczu, ale zakończenie zaskoczyło mnie pod innymi względami, więc nie czułam się rozczarowana. Przekonałam się również, że motywy dokonywania zabójstw to ciągle otwarty i nie do końca zbadany element ludzkiej psychiki. Autor wyszedł tu poza pewne, znane mi do tej pory, ramy, a przy tym stworzył we mnie poczucie, że rzeczywiście ktoś taki jak kolekcjoner oczu mógłby właśnie gdzieś zaczynać swoje odliczanie.

Garść cytatów:

Zdarzają się historie, które są jak spirale śmierci i wbijają się zardzewiałym końcem coraz głębiej i głębiej w świadomość tego, kto musi ich wysłuchać. Nazywam je perpetuum morbile. Historie, które nigdy się nie zaczęły i nigdy się nie kończą, ponieważ traktują o wiecznym umieraniu”. (s. 437) 


--------

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy