Nie ufaj nikomu [Dennis Lehane - Pułapka zza grobu]

Dennis Lehane, Pułapka zza grobu [Sacred], tłum. Ewa Gorządek, Prószyński i S-ka, 2011, 328 stron.

Po lekturze trzeciego tomu serii z Patrickiem Kenzie i Angie Gennaro muszę stwierdzić, że nadal większe wrażenie robią na mnie powieści Dennisa Lehane’a spoza cyklu, takie jak chociażby „Rzeka tajemnic”, „Miasto niepokoju” czy „Wyspa skazańców”. Nie oznacza to jednak wcale, że czuję się zawiedziona „Pułapką zza grobu”, bo w rzeczywistości każde kolejne spotkanie z dwójką detektywów z Bostonu jest bardziej wciągające. Mam poczucie, że autor stara się jak najmocniej zakręcić czytelnikiem w taki sposób, aby w pewnym momencie przestał on zupełnie orientować się kto jest dobry, a kto zły. Całkiem sprawnie mu to wychodzi.

Trevor Stone posiada mnóstwo pieniędzy i niebagatelne wpływy, ale ani jedno, ani drugie nie jest wstanie w żaden sposób ochronić przed cierpieniem i trawiącą go chorobą. Czająca się tuż za rogiem śmierć sprawia, że nie przebiera w środkach, a gdy wynajęty detektyw, który miał odnaleźć jego córkę Desiree znika bez śladu, Trevor robi wszystko, by poszukiwaniami zajęli się detektywi znani w mieście z nieustępliwości i dążenia do celu bez względu na okoliczności – Patrick i Angie. Sprawa okaże się oczywiście więcej niż skomplikowana, a śmierć spojrzy głęboko w oczy nie tylko zleceniodawcy.

Czytaj dalej

Jim Butcher - Rycerz Lata

Jim Butcher, Rycerz Lata [Summer Knight], tłum. Piotr W. Cholewa, MAG, 2013, 468 stron.
Cykl: Akta Dresdena, tom 4.

Sięgnięcie po kolejną powieść Jima Butchera jest dla mnie jak spotkanie z dobrym znajomym. Wprawdzie pozbawione jakichś wielkich uniesień i ekstremalnych emocji, ale zawsze zwyczajnie przyjemne i dostarczające dawkę rozrywki. „Rycerz Lata” – czwarty tom serii Akta Dresdena – pozwolił mi wrócić do Chicago i po raz kolejny przekonać się, że zło nigdy nie zasypia, a Harry Dresden ma pecha do pakowania się zawsze w największe kłopoty.

Wszystko zaczęło się od spadających z nieba ropuch. Zjawisko raczej niecodzienne, ale zanim Harry będzie miał okazję dłużej się nad tym zastanowić, po raz kolejny w ostatnim czasie spróbuje uniknąć zamachu na swoje życie. Zbyt wielu przyjaciół to on nigdy nie miał, ale za to ze zdobywaniem mściwych wrogów radzi sobie nad wyraz świetnie. Jedyny mag ogłaszający się w książce telefonicznej nie ma łatwego życia, ale to raczej żadna nowość. Zamiast profesjonalnego, silnego i groźnego czarodzieja, mamy raczej kupkę nieszczęścia, coraz bardziej staczającą się w dół. Pojawia się jednak zlecenie, które zmusi Harry’ego, by przynajmniej trochę się pozbierał – Królowa Zimowego dworu elfów prosi go (chociaż to raczej mocny eufemizm), by odkrył kto zabił Rycerza Lata. Na dodatek Biała Rada uważa Harry'ego za problem i szuka wszelkich możliwych sposób, by się go pozbyć. Cóż, to tylko kolejny dzień z życia Dresdena.

Czytaj dalej

Stephen King - Dziewczyna, która kochała Toma Gordona

Stephen King, Dziewczyna, która kochała Toma Gordona [The girl who loved Tom Gordon], tłum. Krzysztof Sokołowski, Albatros, 2013, 302 strony.

Masz dziewięć lat i okazję, by spędzić trochę czasu w lesie, na wycieczce ze swoją mamą i starszym bratem. Problem w tym, że bliscy skupiają się na kłótniach i właściwie zupełnie zapominają o Twoim istnieniu. Oddalasz się tylko na moment, ale szybko okazuje się, że ścieżka znika z pola widzenia w gąszczu drzew. Minie sporo czasu zanim rodzina zauważy Twoje zniknięcie, a Ty wówczas zupełnie się już zgubisz. Z gasnącą nadzieją na szybki powrót do domu. Coraz bardziej przerażona i zdająca sobie sprawę, że las zdecydowanie nie jest miejscem przyjaznym dla małych dziewczynek, szczególnie gdy okaże się, że nie jesteś tak zupełnie sama…

W takiej sytuacji znalazła się Trisha i obserwowanie jak się z nią mierzy, pozwala zobaczyć w niej mnóstwo dojrzałości i odwagi. Przychodzą chwilę załamania i bezsilności, ale w ekstremalnych, jak na swoje możliwości warunkach, dziewczynka radzi sobie zaskakująco dobrze. Pocieszenie stanowią dla niej audycje ze spotkań drużyny Red Sox i możliwość wyobrażenia sobie swojego ukochanego zawodnika – Toma Gordona. Z czasem zresztą wydaje jej się, że widzi go naprawdę…

Dziewczyna, która kochała Toma Gordona” w moim odczuciu nie może się równać z takimi tytułami jak „Misery” czy „Lśnienie”, ale też nie rozczarowała mnie tak bardzo jak na przykład „Rok wilkołaka”. Nie jest najlepszym popisem umiejętności Stephena Kinga i doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale ma w sobie kilka elementów, które mimo wszystko doceniam. Jednocześnie wydaje mi się, że ten tytuł raczej nie sprawdzi się na pierwsze spotkanie z autorem – nie ma w sobie fabuły, która by totalnie porwała czytelnika od pierwszej do ostatniej strony i fakt ten może łatwo przysłonić te atuty, które dostrzegam, znając już (i bardzo lubiąc, to przyznaję) pióro Kinga.


Przez całą książkę towarzyszymy Trishy i pewnie dlatego łatwo było mi się do niej przywiązać i trzymać kciuki, by się nie poddawała. Nie były to może jakieś porywające emocje i wielkie napięcie, ale dziewczynka nie była mi obojętna, a po głowie ciągle chodziło mi pytanie jak Stephen King poprowadzi tę historię. Do ostatnich stron nie czułam pewności jak to wszystko się zakończy, chociaż to pewnie wynik tego, że wiem jak amerykański pisarz potrafi zaskoczyć.

Stephen King świetnie radzi sobie z portretowaniem swoich bohaterów, a nie zawsze są to tylko ludzie (wystarczy wspomnieć o psie Cujo), więc nie dziwi mnie, że w „Dziewczynie, która kochała Toma Gordona” za jedną z postaci z powodzeniem uznać można las. Wprawdzie nie ma on formy spersonifikowanej, ale nie raz w trakcie czytania odnosi się wrażenie, że żyje. Raz jest przyjacielski, pozwalając na zebranie zapasów umożliwiających przetrwanie i dając schronienie, a innym razem pod nogi podstawia kłody i atakuje ze wszystkich stron.

Mimo autów, które w tej historii dostrzegam, przyznaję, że czegoś w niej brakuje. Z jednej strony wydaje mi się, że to wina fabuły, ale z drugiej podziwiam, że Stephen King za każdym razem zaskakuje mnie pomysłem na kolejną opowieść (i co ciekawe nigdy, nawet po dłuższym czasie, nie mam problemów z zapamiętaniem o czym była któraś z czytanych książek). Mam poczucie, że „Dziewczyna, która kochała Toma Gordona” jest bardziej rozbudowanym opowiadaniem niż pełnowymiarową powieścią i może to sprawia, że nie porywa tak, jak inne tytuły autora. Jest klimat, ukazanie emocji i myśli targających bohaterką, ale gdyby całość miała więcej wątków pobocznych – pewnie by na tym zyskała. Jest tylko jedno małe „ale” – to ograniczenie przestrzeni i bohaterów ma swoje uzasadnienie w chęci pokazania Trishy w sytuacji, gdy nie mam kontaktu z nikim i jest sama.

Jak widać na wszystko można spojrzeć z dwóch stron i mimo że ostatecznie ta książka nie znajdzie się w gronie moich ulubionych, to na pewno ją zapamiętam i będę całkiem miło wspominała. Każde spotkanie z prozą Stephena Kinga to odkrywanie kolejnego kawałka jego wyobraźni. Swoją drogą mam wrażenie, że ograniczeń w niej niewiele.

Garść cytatów:

Świat to potwór zębaty, gotów gryźć, gdy tylko zechce”. (s. 9)

Jest taka chwila, w której, zdani samy na siebie, ludzie przestają żyć, a starają się zaledwie przeżyć”. (s. 143)

Czytaj dalej

W poszukiwaniu klucza do rozwiązania zagadki [Zygmunt Miłoszewski - Uwikłanie]

Zygmunt Miłoszewski, Uwikłanie, W.A.B., 2013, 302 strony.

Centrum Warszawy powinno tętnić życiem, ale w pewnych pokościelnych zabudowaniach krew w żyłach mrozi brutalne morderstwo. Mężczyzna zostaje znaleziony z szpikulcem wbitym w oko, a grono podejrzanych wydaje się dosyć wąskie. Wskazówką jest terapia ustawień, w trakcie której była ofiara, polegająca w dużym uproszczeniu na ustawianiu w przestrzeni (w praktyce w jakimś pomieszczeniu) swoich bliskich, w rolę których wcielają się osoby z grupy. Uczestniczyli w niej Euzebiusz, Hanna i Barbara, a jej przebieg nadzorował psychoterapeuta Cezary Rudzki i każdy z nich, teoretycznie, miał okazję do zabicia Henryka Telaka. Oczywiście pewnym nie można być jednak niczego, a Zygmunt Miłoszewski mocno się postara, by namieszać czytelnikowi w głowie.



Czytaj dalej

Diane Chamberlain - Prawo matki


Diane Chamberlain, Prawo matki, tłum. Maciejka Mazan, Prószyński i S-ka, 2011, 423 strony.

Dużo sobie obiecywałam po pierwszym spotkaniu z Diane Chamberlain, mając przeczucie (zakorzenione w głowie w trakcie czytanych recenzji jej książek), że czeka mnie powieść obyczajowa z gatunku tych, poruszających trudne do oceny tematy. Liczyłam, że tak jak u Jodi Picoult pełna będę refleksji i rozdarcia co jest słuszne, a co nie. I częściowo moje oczekiwania „Prawo matki” spełniło, chociaż nie mogę powiedzieć, żebym czuła się tak mocno poruszona jak przy okazji lektury na przykład „Kruchej jak lód” czy „W naszym domu”.

Laurer wydaje się, że świetnie zna swojego syna. Dla niej Andy nadal jest raczej dzieckiem niż nastoletnim chłopcem, a fakt, że w przeszłości naraziła go na ogromne niebezpieczeństwo i przez własną nieodpowiedzialność już zawsze będzie się wyróżniał wśród innych, sprawia, że próbuje go chronić na wszelkie możliwe sposoby. W trakcie zabawy, w której Andy bierze udział, wybucha pożar i chłopiec, zachowując trzeźwy umysł, ratuje większość osób, nagle zostając bohaterem. Do czasu aż pada na niego podejrzenie o podpalenie…

Czytaj dalej

Nowy adres bloga. K-czyta.pl

Blog przez kilka dni był niedostępny, ale na szczęście wszystko już działa ;)
Nawet nie wiecie jak przez ten - niby krótki - czas brakowało mi tego miejsca.

Na pierwszy ogień wśród zmian, które planuję, trafił adres bloga.
Od dziś miło mi będzie gościć Was na K-czyta.pl


A już niedługo kolejne zmiany :)

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy