Mira Bartók – Cudouszek. Łapacz Pieśni

02.01.2019


Mira Bartók, Cudouszek. Łapacz Pieśni [The Wonderling. Songcatcher], tłum. Maria Borzobohata-Sawicka, Czarna Owca, 2018, 452 strony.

Uwielbiam książki, które potrafią obudzić we mnie taką nieskrępowaną dziecięcą radość, pozwalają wkroczyć do zupełnie nieznanego świata pełnego niezwykłych bohaterów i sprawiają, że bardzo chcę wiedzieć, co znajdę na kolejnych stronach, ale jednocześnie wcale nie mam ochoty docierać do tej ostatniej. Tak podziałał na mnie „Cudouszek” Miry Bartók – urocza powieść ogrzewająca serducho, ale i mająca nieco mroczniejszą stronę.

Tytułowego bohatera – trochę przypominającego dziecko, a trochę liska - poznajemy jako Trzynastkę. Nie zna swojego prawdziwego imienia, nie wie skąd pochodzi i właściwie poza wspomnieniem pewnej melodii nie pamięta nic ze swojego dzieciństwa. Jest drobny, nieśmiały i ma tylko jedno uszko, co przysparza mu sporo problemów, bo inni często traktują go z góry i poniżają. Zresztą – mieszkając w Domu dla Krnąbrnych i Niewydarzonych Stworzeń Panny Carbunkle, czyli po prostu sierocińcu, nie można się spodziewać na co dzień właściwie niczego dobrego. To miejsce ponure i pozbawione radości, otoczone Murem, którego nikt z wychowanków nie odważyłby się przekroczyć. A jednak Trzynastka doświadcza tu czegoś, co zupełnie odmieni jego życie – przyjaźni. Pojawi się też szansa, by dowiedzieć się czegoś o sobie i poznać zupełnie inny – barwny i pełen pięknych dźwięków - świat.

Mira Bartók stworzyła rzeczywistość, w której granica między ludźmi, a zwierzętami nie jest jasno wytyczona. Naziemce, czyli stworzenia, które mają w sobie coś z człowieka i coś ze zwierząt, nie są niczym niezwykłym, chociaż ludzie najczęściej patrzą na nie z góry, niejednokrotnie z odrazą. W tej podróży, która zaczyna się pod czujnym okiem Panny Carbunkle, a dalej będzie wiodła w miejsca zupełnie nieznane głównemu bohaterowi, spotka się on zarówno z gestami przepełnionymi dobrem i sympatią jak i z nienawiścią, którą trudno będzie takiemu niewinnemu stworzeniu pojąć.



Nie było mnie, kiedy zaczytywałam się w „Cudouszku” – przenosiłam się do zupełnie innego świata, dawałam się porwać kolejnym wydarzeniom (a zdecydowanie ich w tej książce nie brakuje) i przeżywałam to, co spotykało Artura (takie imię Trzynastce wymyśliła jego przyjaciółka Iskierka). Dawałam się też momentami oczarować, a innym razem – kiedy robiło się mrocznie i nieprzyjemnie - wzdrygałam się, widząc ile emocji towarzyszy bohaterom.

Pozwoliłam dojść do głosu dziecku, które we mnie drzemie i trochę wyłączyłam ten analityczny pierwiastek siebie, często rozkładający różne elementy powieści na części. Może od czasu do czasu próbował on wtrącić swoje trzy grosze, ale nie mam zamiaru się nim przejmować, bo poznawanie tej historii i jej bohaterów dało mi mnóstwo radości. „Cudouszek” to mądra, pouczająca, piękna (ale i momentami nieco mroczna) opowieść o sile przyjaźni, muzyce i o nadziei, której nigdy nie należy tracić. To także przypomnienie, że „(…) nawet największy człowiek był kiedyś bardzo, bardzo malutki(s. 67).


  Garść cytatów:

Nie pamiętał, by kiedykolwiek ktoś otulił go kołdrą przed snem, nie wiedział czy kiedykolwiek był kochany”. (s. 5)

Było to niebezpieczne, bo marzyć oznaczało mieć nadzieję. A nadzieja była tak samo bezużyteczna jak wihajstry w kształcie żuków, które montowali na co dzień”. (s. 79)

Ostatecznie wszystko się zawsze układa”. (s. 142)

Komu potrzebny zamek, kiedy wszyscy za bardzo się ciebie boją, by odejść”. (s. 386)

Powiedziała, że czasem ludzie wpuszczają do swoich domów nienawiść, kiedy nie mają tego, czego chcą, lub kiedy ktoś ich skrzywdzi”. (s. 434)

~~*~~
Za książkę dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

Zobacz również

5 komentarze

Zapraszam do dyskusji i dziękuję za każde pozostawione słowo :)

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy