Annabel Pitcher - Moja siostra mieszka na kominku


Autorka: Annabel Pitcher
Tytuł: Moja siostra mieszka na kominku
Tytuł oryginału: My Sister Lives on the Mantelpiece
Tłumaczenie: Donata Olejnik
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 286

Długo chodził mi po głowie ten tytuł, a myślom o nim cały czas towarzyszyło przeświadczenie, że to będzie poruszająca lektura. I rzeczywiście taka była, chociaż w stosunkowo mniej oczywisty sposób, bo emocje niejednokrotnie kryły się pod warstwą pozornie zwykłych wydarzeń i gestów. W tej prostocie kryła się jednak tak wielka paleta wrażeń i refleksji, że książkę przeczytałam jednym tchem.

Piegowaty rudzielec Jamie ma dziesięć lat i jest zwyczajnym chłopcem. Przeprowadził się właśnie do Lake District, z nadzieją, że wreszcie coś, w codzienności naznaczonej smutkiem, się zmieni. Problem w tym, że jego rodzina od pięciu lat i śmierci w zamachu bombowym na Trafalgar Square jego siostry Rose - trwa na skraju przepaści. Mama związała się z mężczyzną z grupy wsparcia i została w Londynie, tato w alkoholu topi żal po stracie córki, Jas próbuje zajmować się młodszym bratem najlepiej jak potrafi, ale przecież sama ma dopiero piętnaście lat, a Rose – ona niezmiennie mieszka na kominku, a dokładniej rzecz ujmując stoi tam urna z jej prochami, niczym symbol niepogodzenia się ze stratą.

W tym wszystkim Jamie nie potrafi się odnaleźć – nie tęskni za siostrą, bo słabo ją pamięta i nie rozumie dlaczego nie jest wystarczająco ważny, by mama wróciła, a tato zobaczył, że nadal ma rodzinę, o którą powinien dbać. W nowej szkole nie jest łatwo mu się zaaklimatyzować, ale jest ktoś, kto wyciągnie do niego rękę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby Sunya nie była muzułmanką. Chłopiec wie, że nie powinien się z nią przyjaźnić ze względu na swojego tatę - to on od pięciu lat powtarza mu, że wszyscy muzułmanie są źli i z pewnością w zaciszu domowym konstruują bomby, by pozbawiać innych życia.

W powieści Annabel Pitcher nie znajdziecie pędzącej w zawrotnym tempie akcji, niezwykłych wydarzeń na każdej stronie i wzniosłych wyznań. Będzie za to codzienność widziana oczami małego chłopca, w której nie zawsze śmierć Rose jest na pierwszym planie. Nawet wtedy jednak, urna stojąca na kominku będzie determinowała życie jego rodziny, przepełnione ciągłym żalem i nieustannie powtarzanym „gdyby”.

Nienazwane emocje raz po raz uderzają czytelnika, chociaż chwilami może się wydawać, że nie dzieje się nic, co mogłoby je powodować. Odnajdujemy je jednak w Jas, która straciła siostrę bliźniaczkę i tęskni za nią, a jednocześnie niczego bardziej nie pragnie niż żyć, kochać i czuć; w ojcu Rose, dzień po dniu coraz bardziej pogrążającym się w rozpaczy oraz gniewie i nie potrafiącym widzieć już nic poza urną stojącą na kominku; mamie, chociaż nieobecnej, to jednak pokazującej zupełnie inny sposób na (nie)radzenie sobie z utratą dziecka przez ucieczkę od własnej rodziny i szukanie ukojenia gdzieś indziej; i wreszcie w Jamiem – chłopcu, który chce żyć jak inne dzieci, bez poczucia winy, że nie płakał po siostrze. Tragedia, która wydarzyła się pięć lat temu trwa nadal.

W „Moja siostra mieszka na kominku” patrzymy na świat oczami dziecka, a Annabel Pitcher niemal tak sprawnie jak Jonathan Safran Foer w „Strasznie głośno, niesamowicie blisko” oddaje głos małemu chłopcu. Wprawdzie powieść brytyjskiej autorki nie jest może aż tak dobra, jak ta amerykańskiego autora, ale i tak zrobiła na mnie duże wrażenie. To taka proza przy której w jednej chwili można ze spokojem obserwować kolejne, pozornie zwyczajne wydarzenia, by w  drugiej zdawać sobie sprawę, że coś ściska nas w gardle i rozrywa serce. Wystarczy wyobrazić sobie co czuje mały chłopiec, który przez długi czas nie ściąga koszulki, bo dostał ją od mamy i liczy, że ta niedługo wróci czy wtedy, gdy ojciec nie dzieli z nim małych radości i dziecięcych tragedii, bo jego codzienność zdominowała ta jedna – utrata córki.

Garść cytatów:

Moja siostra Rose mieszka na kominku. A konkretnie, to jej fragmenty.” (s. 9)

Gdy wyjechaliśmy z Londynu, tata spędził chyba godzinę, próbując wepchnąć szafę ubraniową przez drzwi sypialni. (…) Słowa takie jak Mama i Romans czy Tata i Picie były zupełnie jak ta szafa – zbyt wielkie, żeby mogły mi przejść przez usta.” (s. 98)

I tak to właśnie wygląda w kwestii chrześcijan i muzułmanów – jedni i drudzy mają Boga, jedni i drudzy mają swoją księgę. Tylko inaczej je nazywają.” (s. 134)


Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy