Freya Sampson - Wścibscy sąsiedzi
25.04.2026Freya Sampson, Wścibscy sąsiedzi [Nosy Neighbors], tłum. Piotr Cieślak, Czarna Owca, 2026, 416 stron.
Miałam co do książki „Wścibscy sąsiedzi” dobre przeczucia, ale chyba nie spodziewałam się, że nie tylko mnie wciągnie i zauroczy, ale także - a to nie zdarza się szczególnie często - wzruszy. To nie był jakiś spektakularny, wyciskający łzy z oczu moment, ale raczej efekt zaangażowania w losy bohaterów, których zmagania, najczęściej z własnymi demonami, jakoś mnie poruszyły.
Shelley House to budynek z historią i dla jego mieszkańców jest czymś znacznie więcej niż tylko adresem zamieszkania. Kiedy więc pojawia się informacja o planowanej przez właściciela rozbiórce niektórzy mają nadzieję, że przy odpowiednim zaangażowaniu uda się zapobiec eksmisji lokatorów. Dopiero jednak napaść na jednego z nich staje się punktem zwrotnym, który otwiera drzwi i serca do tej pory zamknięte.
Dorothy Darling być może ma już swoje lata, ale wzrok, słuch i dziennik ze szczegółowymi zapiskami pozwala jej wiedzieć o wszystkim, co dzieje się w Shelley House. Dla jednych to upierdliwa staruszka, która non stop o wszystko się czepia, ale ona sama, ze swoim doświadczeniem zyskanym dzięki lekturze powieści Agathy Christie czuje, że może rozwiązać każdą kryminalna zagadkę. Kat wróciła po latach do miasteczka, ale wciąż obawia się, że różowe włosy i zmiana imienia nie pomogą jej w pozostaniu anonimową, a wstyd za to, co przed laty zrobiła wciąż pozostaje w niej żywy. Nie ma zamiaru się z nikim spoufalać i angażować w jakiekolwiek akcje, ale konieczność zaopiekowania się psem Reggiem zatrzymuje ją w budynku na dłużej, niż planowała.
Dzięki pojawiającym się tu bohaterom miałam wrażenie jakby ta historia żyła, jakby gdzieś, w jakiejś kamienicy mogła się toczyć taka walka, a ja mogłam w niej uczestniczyć. Tym, co ujmuje tu szczególnie nie jest jednak ani zagadka kryminalna (ta jest raczej na bocznym planie), ani nawet protesty przed eksmisją, ale to, jak cała ta sytuacja zmienia poszczególnych mieszkańców. Jak wychodzą ze swoich mieszkań, ale też z wyobrażeń o innych i sobie samych, jak zaczynają budować więzi. I to wszystko ma momentami zabawny charakter (świetne dialogi!), ale bywa też poważniej i wtedy można wyciągnąć kilka istotnych prawd o życiu i ludziach. Jak winimy samych siebie za różne wydarzenia i to kładzie się cieniem na naszej codzienności na długie lata; jak łatwo jest powierzchownie kogoś ocenić, a trudniej spróbować zrozumieć; jak w złości rzucamy słowami ciosy tak celne, że już w chwili ich wypowiadania wiemy, jak bolesne to będzie dla drugiej strony.
Freya Sampson stworzyła powieść, którą trudno jest jednoznacznie sklasyfikować. Niby cosy crime, ale trochę jednak literatura obyczajowa, niby lekka i zabawna, ale momentami też dotykająca spraw naprawdę ważnych. Ta mieszanka sprawdza się tu idealnie i naprawdę trudno było mi się z tą historią rozstać.
PS W nieco podobnym klimacie polecam też książkę „Kapielisko” Libby Page, którą nadal wspominam jako historię dodającą otuchy.





1 komentarze
Bardzo trafnie ujęłaś to, jak pod warstwą pozorów kryją się złożone historie i jak istotne jest wybaczenie samemu sobie. Skoro ta książka ma podobny klimat do Kąpieliska, które polecasz na końcu, to z przyjemnością po nią sięgnę.
OdpowiedzUsuńZapraszam do dyskusji i dziękuję za każde pozostawione słowo :)