Suzanne Collins - Wschód słońca w dniu dożynek

11.04.2026



Suzanne Collins, Wschód słońca w dniu dożynek [Sunrise on the Reaping], tłum. Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz, Must Read, 2025, 404 strony.

Główna trylogia „Igrzysk śmierci” już zawsze będzie mi się kojarzyła z takim rodzajem totalnego zaczytania, jaki uwielbiam. Wszystko dookoła przestało istnieć, a ja po dotarciu do ostatniej strony pierwszego tomu po prostu musiałam wiedzieć co dalej. W zetknięciu z  „Balladą ptaków i węży” siła tych wrażeń nie była już może tak duża, ale książka dała mi świetną możliwość powrotu do świata stworzonego przez Suzanne Collins. Tym razem także miałam ku temu okazję, bo dzięki kolejnemu prequelowi - „Wschód słońca w dniu dożynek” trafiłam do Panem w momencie, gdy odbyć miały się pięćdziesiąte igrzyska na drugie Ćwierćwiecze Poskromienia.

Haymitch Abernathy to postać, która odgrywa w głównej trylogii istotną rolę, więc poświęcenie mu osobnej powieści było naprawdę zacnym pomysłem. Co sprawiło, że stał się tym, kim się stał? Poznajemy go, gdy w wieku szesnastu lat ma być jednym z trybutów Dwunastego Dystryktu i walczyć z innymi dzieciakami o życie na arenie. W igrzyskach zwycięża bowiem tylko jedna osoba, a Kapitol, który w ten sposób trzyma dystrykty w garści, relacjonuje to wydarzenie w telewizji niczym rozrywkowy show.



Wschód słońca w dniu dożynek” był jak powrót do świata, który dosyć dobrze znam, ale który nadal potrafi mnie momentami zaskoczyć. Wprawdzie dalsze losy głównego bohatera nie były dla mnie tajemnicą, więc można się domyślić jak niektóre wątki się zakończą, ale to wcale nie przeszkadzało mi w śledzeniu z ciekawością kolejnych wydarzeń. To trochę tak, jakby uzupełnić opowieść o brakujące wcześniej elementy, dzięki czemu obraz staje się pełniejszy. Poza tym wychwytywanie powiązań z późniejszymi historiami zdecydowanie sprawiało mi frajdę.

Przyznaję, że były momenty, w których miałam wrażenie, że tej części czegoś trudno uchwytnego brakuje by się tak bezwarunkowo zachwycić, szczególnie w samych igrzyskach, jakby wszystko toczyło się za szybko, zbyt powierzchownie, ale - nie mam zamiaru tego ukrywać - mam do tego cyklu słabość i ta okazja powrotu do Panem cieszyła mnie sama w sobie. Haymitch staje w obliczu sytuacji, w której nie ma dobrych wyborów, a raczej nie ma takich, które nie pociągałyby za sobą określonych konsekwencji i to w tym tomie zdecydowanie widać. 



Mam kilka takich serii, których czytanie zapewnia mi zaskakująco łatwe oderwanie się od wszystkiego i płynięcie wraz z historią. Ta stworzona przez Suzanne Collins jest jedną z nich i czułam radość, że znowu mam okazję na kilka godzin stać się częścią uniwersum Igrzysk śmierci.


 Garść cytatów:

- To równie pewne jak to, że jutro wzejdzie słońce.
- Zaraz, nie ma dowodu, że tak się stanie. Nie możesz zakładać, że coś się wydarzy jutro, bo wydarzyło się w przeszłości. To błąd logiczny. (...) I częściowo stąd biorą się nasze problemy. Z myślenia, ze pewne rzeczy są nieuniknione. Z niewiary w możliwość zmiany”. (s. 20/21)

(...) na początku się przeraziła. Potem przypomniała sobie, jak czytała o tym, że czasem jedyne, co można kontrolować, to podejście do sytuacji”. (s. 133)


    
            

Zobacz również

1 komentarze

  1. Widać, że masz duży sentyment do tego uniwersum. Czasami takie powroty do znanych światów są najlepsze, nawet jeśli akcja momentami pędzi zbyt szybko. Bardzo ciekawy wpis.

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do dyskusji i dziękuję za każde pozostawione słowo :)

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy