Carissa Orlando - We wrześniu ściany krwawią
3.10.2026Jest wrzesień, wieczorem przeczytałam kilkadziesiąt stron powieści Carissy Orlando i w ciemności i ciszy nocy nagle rozległ się pisk. Na pewno to nic takiego, na pewno to jedynie ptak gdzieś na dworze, który nie wie, że właśnie wywołał w kimś nieprzyjemne napięcie. Taki efekt miało poznawanie przed snem historii pewnego domu, w którym każdego roku, we wrześniu właśnie, krwawią ściany, a duchy, stają się szczególnie uciążliwe. Najważniejsze jednak, by za nic w świecie nie schodzić do piwnicy i trzymać się zasad, a wtedy wszystko da się znieść.
Miałam wrażenie, że byłam jak Margaret - ona w pewnym sensie przyzwyczaiła się do wszystkiego, co straszne w wiktoriańskim domu, który kupiła z mężem, a ja wraz z kolejnymi stronami też przestałam się już obawiać i czułam raczej zaintrygowanie niż strach. U głównej bohaterki to dostosowanie się do sytuacji, która dla większości ludzi byłaby nie do zaakceptowania było bardzo ciekawe i na początku budziło we mnie wiele pytań. Potem jednak, im więcej wiedziałam, tym lepiej mi się to układało w głowie w obraz kobiety, która za wszelką cenę trzyma się wymarzonego domu, tak jak człowiek czasami trzyma się czegoś lub kogoś, nawet jeśli to go krzywdzi. I być może jest w tym pewna satysfakcja poukładania sobie wszystkiego, kontrolowania sytuacji, ale gdzieś tam wybrzmiewa jednak niepewność czy rzeczywiście warto?
„We wrześniu ściany krwawią” nie zatrzymało mnie wizją nawiedzonego domu (chociaż tytułowy obraz jest mocno sugestywny), bo o takich można przeczytać w wielu książkach. Carissa Orlando dała mi coś więcej - postaci, których zachowanie zastanawia i za którym - niejednokrotnie - kryje się więcej. Margaret, która znalazła rozwiązanie jak radzić sobie z domem i psotnikami i czuje dumę z tego, jaka jest elastyczna, Katherine nieustannie wkurzona na świat i nieradząca sobie z emocjami i wreszcie Hal, który pewnego dnia zniknął, bo nie chciał już mieszkać w tym domu. Każde z nich ma warstwy, które odkrywa się strona po stronie i ja robiłam to z niesłabnącym zainteresowaniem.
Co ciekawe nie miałam konkretnych oczekiwań wobec zakończenia, chociaż oczywiście zastanawiałam się jak autorka to rozegra. Przyjęłam rozwiązanie ze spokojem, pokiwałam głową i zamknęłam książkę z poczuciem, że to była bardzo dobra powieść, a fakt, że czytałam ją specjalnie we wrześniu dodał temu dodatkowego klimatu.
Garść cytatów:
„Niektórych tajemnic nie trzeba wyjaśniać, wystarczy je znosić”. (s. 25)
„Rzecz w tym, że każda sytuacja, bez względu na to jak nietypowa, ma swoje zasady. To mogą być dziwne zasady, trudne do pojęcia, ale kiedy ktoś się ich nauczy, może ich przestrzegać. I wszystko się układa”. (s. 98)
„Przez lata przywykłam do samotnych wycieczek po piekle. Zapraszanie kogoś do towarzystwa wydawało się nierozsądne”. (s. 173)
„Kochałam ten dom. A kiedy coś kochasz, nie rezygnujesz z tego”. (s. 199)







2 komentarze
Świetna i niezwykle trafna recenzja. Też uwielbiam, gdy motyw nawiedzonego domu okazuje się czymś znacznie głębszym, metaforą ludzkich zachowań, skomplikowanych relacji i potrzeby kontroli. To trzymanie się czegoś za wszelką cenę, o którym piszesz, brzmi niesamowicie przejmująco. Dobrze wiedzieć, że bohaterowie mają tyle warstw i autorka nie poszła na łatwiznę. A czytanie tego akurat we wrześniu i przy nocnych odgłosach musiało budować niezły klimat. Książka trafia na moją listę do przeczytania.
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawa recenzja :)
OdpowiedzUsuńZapraszam do dyskusji i dziękuję za każde pozostawione słowo :)