Mariana Enriquez - Zjazdy są najgorsze

9.01.2026



Mariana Enriquez, Zjazdy są najgorsze [Bajar es lo peor], tłum. Katarzyna Okrasko, Echa, 2025, 256 stron.

Do dziś wspominam jak duże wrażenie zrobił na mnie czytany prawie dziewięć lat temu (szaleństwo, że minęło już tyle czasu!) zbiór opowiadań Mariany Enriquez „To, co utraciłyśmy w ogniu”. To była taka gryząca, niepokojąca lektura, którą trudno wyrzucić z myśli. Przymierzałam się już od jakiegoś czasu, żeby sięgnąć po coś jeszcze argentyńskiej pisarki, ale wiecie jak to z planami bywa - często odkładamy je w nieskończoność. Wreszcie jednak ten moment nastąpił, a w ręce wpadła mi jej debiutancka powieść „Zjazdy są najgorsze”- u nas wydana po raz pierwszy, trzydzieści lat po pierwszym argentyńskim wydaniu.

Nocne Buenos Aires nie otula nikogo przyjemnym mrokiem, nie obiecuje romantycznych przeżyć. Jest nieczułe, brudne i głodne tych, którzy w autodestrukcji wspięli się na wyżyny. Facundo to chłopak, którym zachwyca się niemal każdy, kto go widzi i to nie tylko ze względu na wygląd, ale też niesamowitą aurę. A on wrażenie, które robi na innych wykorzystuje trudniąc się prostytucją. Koszmary przeżywa nie na jawie, a we śnie. Narval żyje od działki do działki, walcząc z makabrycznymi, obrzydliwymi halucynacjami, bez których jednocześnie coraz bardziej nie potrafi się obejść. Carolinę ciągnie do używek, a także do Facunda i Narvala, chociaż koszt emocjonalny, który ponosi przez znajomość z nimi jest coraz większy.



Doceniam to, że autorka - jak sama wspomina - nie chciała po latach redagować swojego debiutu, mimo że dostrzega w nim niedociągnięcia. Podoba mi się podejście, że wtedy, w trakcie pisania, widziała i odczuwała poszczególne elementy tej powieści w taki konkretnie sposób i zmiana sprawiłaby, że to już nie byłaby ta sama książka. To jednocześnie wiąże się z tym, że rzeczywiście widać różnicę, chociażby warsztatową, w stosunku do zbioru opowiadań, o którym wspominałam na początku.

To zdecydowanie nie jest historia, która romantyzuje relacje i gładko prześlizguje się przez temat narkotyków, seksu i nocnego życia. Jest dosadna, naturalistyczna, niepokojąca i w pewnym sensie brudna. Momentami autentycznie można się skrzywić czytając niektóre opisy, więc zdecydowanie nie jest to lektura dla delikatnego czytelnika. Fakt, że Mariana Enriquez w taki bezpośredni sposób traktuje różne elementy stanowi atut tej powieści. Równocześnie jest w tym wszystkim taki klimat nierzeczywistości wywoływanej i hajem bohaterów i mroczną energią miasta, że czyta się to trochę jak opowieść która mogła i nie mogła się wydarzyć naprawdę.



Mimo wyraźnych atutów dla mnie ta powieść niezupełnie broni się fabularnie, bo o ile przez jakiś czas śledziłam kolejne kroki bohaterów z zainteresowaniem, to z czasem miałam wrażenie jakby kręcili się w kółko, jakby raz po raz wracali do punktu wyjścia. I może trochę tak jest, może ma to sens w przypadku postaci, które nieustannie wybierają autodestrukcyjne zachowania, które trwają w zaklętym kole narkotycznego transu aż do kolejnego zjazdu. Ani Facundo, ani Narval, ani Carolina nie są szczęśliwi. Mierzą się ze swoimi demonami, ale wyzwolenie od nich zdaje się być poza zasięgiem. Tak czy inaczej u mnie początkowa fascynacja zmieniła się z czasem w zmęczenie tą historią.

„Zjazdy są najgorsze” to mocno niepokojąca książka i na tyle obrazowa, że niektóre fragmenty pewnie zostaną mi w pamięci, ale jednocześnie sporo jej brakowało, by jako całość zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie. Tym bardziej, gdy wiem, że Mariana Enriquez potrafi pisać lepiej. Ciekawe doświadczenie, ale raczej nie na pierwsze spotkanie z autorką.

     

Zobacz również

1 komentarze

  1. Fajnie, że wspomniałaś o tym braku redakcji po latach. To rzadkie podejście u autorów, nawet jeśli przez to książka warsztatowo wypada słabiej niż jej późniejsze rzeczy. Bardzo rzetelna opinia.

    OdpowiedzUsuń

Zapraszam do dyskusji i dziękuję za każde pozostawione słowo :)

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy