Merryn Allingham - Morderstwo na wzgórzu
23.01.2026Merryn Allingham, Morderstwo na wzgórzu [Murder at Abbeymead Farm], tłum. Ewa Ratajczyk, 2025, MANDO, 320 stron.
Flora Steele, tom 6.
Być może kolejny tom kryminalnej serii stworzonej przez Merryn Allingham jest pod wieloma względami podobny do poprzednich, być może Flora Steele i Jack Carrington znowu natykają się na ciało i pchają w sam środek niebezpiecznej sprawy (i wciąż nie ma w niej tego kota, który zawsze pojawia się na okładkach). Ta schematyczność blednie jednak w obliczu faktu, że czułam czystą przyjemność z lektury i radość, że są takie książki, przy których ten mój wewnętrzny analityczny krytyk się wyłącza i po prostu dobrze bawi.
Percy Milburn miał marzenie i konkretny plan na jego realizację, ale okazuje się, że komuś ewidentnie pomysł stworzenia w Abbeymead hostelu nie przypadł do gustu. I to tak bardzo, że mężczyzna zostaje znaleziony martwy i to w okolicznościach, które z miejsca budzą wiele pytań. Sprawą oczywiście zajmuje się policja, ale przecież wiadomo, że nikt tak dobrze nie rozprawia się z kryminalnymi zagadkami jak miejscowa właścicielka księgarni i jej przyjaciel pisarz.
„Morderstwo na wzgórzu” pod jednym względem różni się od poprzednich tomów - wreszcie widzimy Florę, która mimo ogromnej pewności siebie, mierzy się sytuacjami, które mocno ją dotykają i sprawiają, że chwilami nie jest już taka twarda i niepokonana. Ktoś uderza w to, co kocha, a z tym trudno się tak po prostu pogodzić. Dochodzi do tego jeszcze temat zaręczyn jej przyjaciółki, a także relacji z Jackiem, gdzie na wierzch wychodzą jej lęki. Okazuje się, że nie wszystko da się poukładać tak łatwo i według z góry wymyślonego klucza jak książki na regałach. Jack natomiast jest taki jak zawsze - cierpliwy, sympatyczny, opiekuńczy, ale też momentami nieporadny i niepewny. Na przestrzeni tych kilku tomów zdążyłam się zżyć z tą dwójką i za każdym razem spędzanie z nimi czasu jest miłe w taki niewymuszony sposób.
Merryn Allingham tworzy taki klimat powieści, w jakim ja się doskonale odnajduję. Lata 50., małe miasteczko, w którym każdy zna każdego i sprawa morderstwa niepasująca do sielskiego obrazka. Poziom skomplikowania zagadki akurat taki, by mieć do rozważenia po drodze co najmniej kilka możliwych rozwiązań. Do tego towarzystwo w trakcie śledztwa Flory i Jacka, którzy w typowy dla siebie sposób angażują się w odkrywanie prawdy. Zupełnie mi się ta formuła nie nudzi, a to pewnie dlatego, że totalnie się przy czytaniu relaksuje i nawet gdy - jak w tym przypadku „Morderstwa na wzgórzu” - rozwiązanie nie okazuje się wielkim zaskoczeniem, nie ubolewam nad tym jakoś mocno.
Dla mnie ta seria to rozrywkowy pewniak, który jest takim głębokim, spokojnym oddechem w codziennym zabieganiu. A fakt, że przede mną jeszcze co najmniej kilka takich spotkań (zdaje się, że Merryn Allingham napisała już jedenaście tomów) bardzo, bardzo mnie cieszy.












0 komentarze
Zapraszam do dyskusji i dziękuję za każde pozostawione słowo :)