Stephen King - Christine
13.03.2026Stephen King w jakiś dziwny sposób potrafi utrzymać moją uwagę nawet wtedy, gdy wydaje mi się, że akurat ta powieść nie będzie szczególnie porywająca. Z obawą podchodziłam do „Christine”, bo myśl, że samochód ma być jedną z głównych postaci jakoś nie budziła mojego entuzjazmu. Postanowienie przeczytania wszystkich książek jednego z ulubionych autorów było jednak silnym motywatorem, by dać tej historii szansę.
Nastoletni Arnie Cunningham zakochał się od pierwszego wejrzenia. I nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jego serce zabiło mocniej, kiedy przypadkiem zobaczył solidnie zdezelowane auto, a dokładniej plymoutha fury z 1958 roku. Wydaje się, że chłopak totalnie stracił rozsądek i głuchy na rady przyjaciela postanawia ów samochód - Christine - kupić i odnowić. Ktoś mógłby powiedzieć - ot, niegroźna fascynacja, ktoś inny - szaleńcza obsesja. Pewne jest jedno - życie Arniego już nigdy nie będzie takie samo.
Pewnie nie zabrzmi to zachęcająco, ale faktem jest, że akcja „Christine” rozkręca się tak naprawdę dopiero w połowie książki i raczej nie poleciłabym jej na pierwsze spotkanie z autorem. Jeśli jednak ktoś tak doskonale jak ja odnajduje się w gawędziarskim stylu Stephena Kinga i czerpie przyjemność ze sposobu, w jaki snuje on swoje historie, to całkiem możliwe, że i w powieści o niebezpiecznym samochodzie znajdzie coś dla siebie. Ja znalazłam, chociaż nie były to wcale pełne napięcia chwile i niemożność odłożenia książki. W gruncie rzeczy czytałam ją dosyć długo, niespiesznie i raczej ze spokojem, a tym, co mnie przy niej trzymało był niepodrabialny klimat powieści i wrażenie, że przenoszę się w czasie do lat osiemdziesiątych.
Strona po stronie wsiąkałam w tę historię, która pod maską ma nie tylko to, co widać na pierwszy rzut oka. Bo Christine, jej przeszłość i zło z nią związane to jedno, ale ile niełatwych emocji, poczucia wyobcowania i bycia niewystarczającym towarzyszyło Arniemu znacznie wcześniej? Jakim zapalnikiem musiało być posiadanie czegoś swojego i poczucie, że to daje mu siłę, by wreszcie postawić na swoim? Nawet jeśli cena za to okazuje się bardzo wysoka. Dla mnie to, w jaki sposób autor portretuje bohaterów zasługuje na szczególną uwagę, bo czułam jakbym ich naprawdę dobrze poznała.
Niewielu jest takich pisarzy, u których totalnie nie przeszkadza mi naprawdę długie rozkręcanie się akcji i nie czuję się znudzona, gdy pozornie niewiele się dzieje. W tym przypadku przewracałam kolejne strony z zainteresowaniem i z poczuciem, że pomyliłam się, wątpiąc czy opowieść o budzącym postrach samochodzie może mi się spodobać. „Christine” nie trafi zapewne u mnie do czołówki ulubionych książek Stephena Kinga, bo było już sporo tytułów, które mocniej mną wstrząsnęły, ale zadziwiająco dobrze odnalazłam się w historii, której zamysł wydawał mi się na początku z lekka absurdalny.

Garść cytatów:
„Chyba właśnie po tym można poznać ludzi naprawdę samotnych. Zawsze wiedzą co robić w deszczowe dni. Zawsze można do nich zadzwonić. Zawsze są w domu. Pieprzone «zawsze»”. (s. 10)
„- Czy przyszło ci kiedyś do głowy - rzekł niespodziewanie - że rodzice są tylko przerośniętymi dziećmi, dopóki dzięki kopniakom własnych dzieci nie wylądują w dorosłości, najczęściej wbrew swojej woli?” (s. 34)
„Będąc dziećmi uczymy się żyć, a będąc dorosłymi, uczymy się umierać”. (s. 53)
„Nie ma przeklętych samochodów, tak samo jak nie ma przeklętych ludzi. To tylko wymysły z filmów grozy, zabawne w kinie, lecz nie mają nic wspólnego z rzeczywistością”. (s. 111)
„(...) nie rozumieli, że po przejściu przez piekło jest się zahartowanym przez płonący tam ogień, że jeśli trzeba było pokonać tak wielkie przeciwności, by postawić na swoim, to w człowieku rodziło się pragnienie, aby już wszystko działo się według jego woli”. (s. 226)




0 komentarze
Zapraszam do dyskusji i dziękuję za każde pozostawione słowo :)