Stephen King - Christine



Stephen King, Christine, tłum. Agnieszka Lipska, Prószyński i S-ka, 2014, 528 stron.

Stephen King w jakiś dziwny sposób potrafi utrzymać moją uwagę nawet wtedy, gdy wydaje mi się, że akurat ta powieść nie będzie szczególnie porywająca. Z obawą podchodziłam do „Christine”, bo myśl, że samochód ma być jedną z głównych postaci jakoś nie budziła mojego entuzjazmu. Postanowienie przeczytania wszystkich książek jednego z ulubionych autorów było jednak silnym motywatorem, by dać tej historii szansę. 

Czytaj dalej

Stephen King – Smętarz dla zwierzaków



Stephen King, Smętarz dla zwierzaków [Pet Sematary], tłum. Paulina Braiter, Prószyński i S-ka, 2019, 416 stron.

„Smętarz dla zwierzaków” to jedna z tych książek, które – takie odnosiłam wrażenie – czytali już wszyscy fani Stephena Kinga poza mną. Nie wiedziałam czego się po niej spodziewać, ale w głowie utarło mi się przekonanie, że ta powieść wymieniana jest często wśród tych szczególnie dobrych w dorobku autora. Pewnie dlatego automatycznie próbowałam – nieco na przekór – nie nastawiać się na nic wielkiego, by uniknąć rozczarowania. Autentycznie widzę teraz siebie jak kilka razy już, już po nią sięgałam, ale odkładałam lekturę na później i jak – gdy już się na nią zdecydowałam – ostrożnie otwierałam książkę w obawie czy uda mi się w niej szybko zaczytać. Wiem, za dużo zupełnie niepotrzebnej analizy, bo bardzo szybko okazało się, że „Smętarz dla zwierzaków” czyta mi się wyjątkowo dobrze i świetnie odnajduje się w jego klimacie.

Czytaj dalej

Dennis Lehane – Brudny szmal



Dennis Lehane, Brudny szmal [The Drop], tłum. Maciejka Mazan, Prószyński i S-ka, 2014, 196 stron.

Zapomniałam już jak bardzo lubię książki Dennisa Lehane’a, ale właściwie trudno się dziwić skoro od naszego ostatniego spotkania minęło ponad pięć lat, a od lektury ulubionych powieści („Rzeka tajemnic”, „Miasto niepokoju”, „Wyspa skazańców”, „Gdzie jesteś, Amando?”) jeszcze więcej. Wystarczyła jednak chwila z „Brudnym szmalem”, kilkanaście stron zaledwie, żebym poczuła taką cudownie znajomą radość czytania.

Czytaj dalej

Stephen King - Miasteczko Salem



Stephen King, Miasteczko Salem [Salem's Lot], tłum. Arkadiusz Nakoniecznik, Prószyński i S-ka, 2012, 528 stron.

Od początku wiadomo, że Salem, a właściwie Jerusalem, w pewnym momencie opustoszało, ale tak naprawdę nikt nie mówi o tym, co tam się w rzeczywistości wydarzyło. Nie oznacza to wcale, że nikt tego nie wie, ale strach potrafi skutecznie zatykać usta. Można sobie na potrzeby tego, czy innego artykułu łatwo wytłumaczyć zniknięcia niektórych mieszkańców, można też - dawniej tam mieszkając - udawać, że nic się nie wydarzyło, ale są osoby, które nie potrafią zapomnieć, które wciąż się boją, a we śnie dopadają ich swoimi mackami przerażające wspomnienia...

Czytaj dalej

Stephen King – Billy Summers


Stephen King, Billy Summers, tłum.Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka, 2011, 606 stron.

Zaczynam się przyzwyczajać do tego, że te nowsze powieści Stephena Kinga są inne, mają w sobie w jakimś sensie mniejszy ciężar opowiadanej historii i czas przestać szukać w nich na siłę takiej atmosfery, jaką czuję w tych stworzonych lata temu. I nie ma nic złego w tym, że coś się zmieniło - to znaczy można się w tym odnajdywać lub nie, ale dochodzę do wniosku, że nieustanne porównania odległych od siebie okresów twórczości, co zdarzało mi się robić, mogły mi trochę odbierać przyjemność z lektury. A przecież tak naprawdę od początku mojej przygody ze Stephenem Kingiem były tytuły, które podobały mi się bardzo i takie, które mnie nie przekonały. Nie zmieniło się jedno – to jeden z moich ulubionych autorów i cieszę się na każde kolejne literackie spotkanie.

Czytaj dalej

Jeffery Deaver – Tańczący Trumniarz


Jeffery Deaver, Tańczący Trumniarz [The Coffin Dancer], tłum. Łukasz Praski, Prószyński i S-ka, 2018, 400 stron.
Lincoln Rhyme, tom 2.

Właściwie nie wiem dlaczego musiały minąć ponad cztery lata zanim sięgnęłam po kolejną książkę Jeffery’ego Deavera. Tym bardziej, że pierwszy tom serii – „Kolekcjoner Kości” – bardzo mi się podobał i byłam wtedy pełna entuzjazmu wobec powieści amerykańskiego pisarza. Tak czy inaczej wreszcie miałam okazję spotkać się z nim ponownie i sprawdzić czy dam się porwać stworzonej przez niego historii.

Na tle trumny z zakapturzoną śmiercią tańczy ludzka postać – taki tatuaż ma na ramieniu nieuchwytny zabójca, który nie zostawia po sobie właściwie żadnych śladów – oczywiście poza zwłokami na miejscach zbrodni. Policja przypuszcza, że ponownie zaatakował, a jego ofiarą padł jeden z właścicieli firmy lotniczej. Życie jeszcze dwóch osób jest zagrożone, więc śledczy muszą zrobić wszystko, by je ochronić i znaleźć zabójcę.

Czytaj dalej

Dennis Lehane – Mila księżycowego światła


Dennis Lehane, Mila księżycowego światła [Moonlight Mile], tłum. Teresa Komłosz, Prószyński i S-ka, 2011, 280 stron.

Mila księżycowego światła” to ostatnia cześć serii i nie ukrywam, że przykro jest mi rozstawać się z Patrickiem i Angie. Za nami kilka wciągających i pełnych emocji spraw, garść ran i trochę poniesionych strat. A jednak mimo wszystko czuję, że to dobra chwila, by postawić kropkę i cieszę się, że Dennis Lehane nie ciągnął na siłę historii tej dwójki bohaterów. Mógłby – to pewne. Przy jego wyobraźni i pisarskich umiejętnościach pewnie nie sprawiłoby mu to żadnego problemu, ale życie pary detektywów się zmieniło i wrzucanie ich nadal w ten sam wir wydarzeń chyba wydawałoby mi się już mniej wiarygodne i wymuszone. Odrobinę odczuwa się to już zresztą w tym ostatnim tomie.

Czytaj dalej

Dennis Lehane – Modlitwy o deszcz


Dennis Lehane, Modlitwy o deszcz [Prayers for rain], tłum. Jan Kabat, Prószyński i S-ka, 2012, 485 stron.
Cykl: Patrick Kenzie / Angela Gennaro, tom 5.

Wiedziałam, że po „Gdzie jesteś, Amando” - czwartym tomie serii o duecie bostońskich detektywów – trudno będzie autorowi zachwycić mnie tak samo w kolejnej części. I rzeczywiście – książka „Modlitwy o deszcz” nie dostarczyła mi aż tyle napięcia i emocji, ale i tak Dennis Lehane jak zawsze okazał się gwarancją wciągającej lektury.

Czytaj dalej

Dennis Lehane – Gdzie jesteś, Amando?


Dennis Lehane, Gdzie jesteś, Amando? [Gone, Baby, Gone], tłum. Zofia Uhrynowska-Hanasz, Prószyński i S-ka, 2012, 542 strony.
Cykl: Patrick Kenzie/Angela Gennaro, tom 4.

Trudno mi uwierzyć, że od mojego ostatniego spotkania z książką Dennisa Lehane’a minęło już kilka miesięcy, bo gdy sięgnęłam po „Gdzie jesteś, Amando?” i zaczęłam czytać o kolejnej sprawie, której podjęli się Patrick Kenzie i Angie Gennaro, to miałam wrażenie jakbyśmy wcale nie rozstali się na tak długo. Cieszę się, że dwójka głównych bohaterów nadal jest mi bliska i tak dobrze czuję się w ich towarzystwie, tym bardziej, że czwarta część cyklu okazała się szalenie wciągająca i nie waham się tego napisać – najlepsza z dotychczasowych historii o bostońskich detektywach.

Czteroletnia Amanda znika ze swojego pokoju. Cóż, nie bez znaczenia jest fakt, że jej matka zostawiła ją w domu samą i nawet nie zamknęła drzwi na klucz, ale cała sprawa tak czy inaczej wydaje się dziwna. Na nogi postawione zostało całe miasto, na każdym kroku z plakatów patrzy mała dziewczynka, przesłuchiwani są wszyscy mogący mieć jakiekolwiek informacje, ale intensywne poszukiwania nie przynoszą właściwie żadnych efektów. Do Patricka i Angie zgłasza się ciotka i wujek zaginionej, a chociaż szanse na jej znalezienie maleją z każdą minutą, to detektywi przyjmują zlecenie.  

Czytaj dalej

Stephen King – Carrie


Stephen King, Carrie, tłum. Danuta Górska, Prószyński i S-ka, 2013, 205 stron.

Stephen King już w swojej debiutanckiej książce wiedział jak skupić uwagę czytelnika i stworzyć historię, która obroni się fabularnie i wzbudzi sporo refleksji. Z ogromnym przejęciem przewracałam kolejne strony i w niemal nieustannym napięciu czekałam na to, co będzie dalej. Żałuję tylko, że „Carrie” nie jest tak rozbudowana, jak wiele późniejszych powieści amerykańskiego autora (chociażby „Worek kości” czy „Mroczna połowa”), bo wówczas pewnie nie byłoby we mnie tego  maleńkiego poczucia niedosytu.

Szesnastoletnia Carrie White ma sporo powodów, by nienawidzić swojego życia. W domu musi mierzyć się z fanatycznie religijną matką, która za grzeszne uważa niemal wszystko, a nieposłuszeństwo kara zamykaniem w komórce, krzykami i przemocą, co usprawiedliwiają odpowiednie wersety Biblii; w szkole jest nieustannie wyśmiewana i poniżana, a nawet Ci, którzy przez chwilę okazują jej szczyptę współczucia, w rzeczywistości patrzą na nią z odrazą. Kolejne upokorzenie sprawia, że odkrywa w sobie zdolności telekinetyczne tłumione od dzieciństwa, a zbliżający się szkolny bal staje się okazją, by wreszcie coś w swoim życiu zmienić. Problem jednak w tym, że nic nie ułoży się tak, jak sobie zaplanowała.

Czytaj dalej

Wróble znów fruwają [Stephen King - Mroczna połowa]

Stephen King, Mroczna połowa [The Dark Half], tłum. Paweł Korombel, Prószynski i S-ka, 2005, 503 strony.

Stephen King miał Richarda Bachmana, a Thad Beaumont George’a Starka. Pseudonim literacki stał się dla tego drugiego (a może dla obu, kto wie) sposobem na przełamanie pisarskiej niemocy, furtką do tworzenia tak, jak nigdy wcześniej i odkrywania zupełnie innej, bardziej mrocznej strony swojej osobowości. Książki wydawane pod zmienionym nazwiskiem zapewniły mu finansowy sukces i wielu fanów. Nadszedł jednak moment, gdy Thad postanowił rozstać się ze swoim twórczym alter ego i odkrywając przed światem swoją tajemnicę, symbolicznie dokonał pogrzebania George’a Starka. Problem w tym, że ktoś nie ma zamiaru się z tą śmiercią pogodzić i bardzo wyraźnie daje temu wyraz, dokonując makabrycznych morderstw.

Wiele wskazywało na to, że „Mroczna połowa” dosyć mocno przypominać będzie „Martwą strefę”. W obu przypadkach wszystko zaczęło się tak naprawdę wiele lat wcześniej, chociaż o wydarzeniach z przeszłości główni bohaterowie jakoś zapomnieli i nie wydawały się one aż tak znaczące. Pojawił się jednak przełom, który kazał im spojrzeć na wszystko inaczej, a przede wszystkim uważniej przyjrzeć się samemu sobie. Chociaż „Martwa strefa” bardzo przypadła mi do gustu, to cieszę się, że jednak powieść, o której piszę dziś, nie okazała się jej lustrzanym odbiciem. Podobne zabiegi stosowane przez tego samego autora w różnych książkach – o ile są dobre – zupełnie mi nie przeszkadzają, ale już podążanie utartym szlakiem nie jest tym, co mnie cieszy.

Czytaj dalej

Nie ufaj nikomu [Dennis Lehane - Pułapka zza grobu]

Dennis Lehane, Pułapka zza grobu [Sacred], tłum. Ewa Gorządek, Prószyński i S-ka, 2011, 328 stron.
Cykl: Patrick Kenzie / Angela Gennaro, tom 3.

Po lekturze trzeciego tomu serii z Patrickiem Kenzie i Angie Gennaro muszę stwierdzić, że nadal większe wrażenie robią na mnie powieści Dennisa Lehane’a spoza cyklu, takie jak chociażby „Rzeka tajemnic”, „Miasto niepokoju” czy „Wyspa skazańców”. Nie oznacza to jednak wcale, że czuję się zawiedziona „Pułapką zza grobu”, bo w rzeczywistości każde kolejne spotkanie z dwójką detektywów z Bostonu jest bardziej wciągające. Mam poczucie, że autor stara się jak najmocniej zakręcić czytelnikiem w taki sposób, aby w pewnym momencie przestał on zupełnie orientować się kto jest dobry, a kto zły. Całkiem sprawnie mu to wychodzi.

Trevor Stone posiada mnóstwo pieniędzy i niebagatelne wpływy, ale ani jedno, ani drugie nie jest wstanie w żaden sposób ochronić przed cierpieniem i trawiącą go chorobą. Czająca się tuż za rogiem śmierć sprawia, że nie przebiera w środkach, a gdy wynajęty detektyw, który miał odnaleźć jego córkę Desiree znika bez śladu, Trevor robi wszystko, by poszukiwaniami zajęli się detektywi znani w mieście z nieustępliwości i dążenia do celu bez względu na okoliczności – Patrick i Angie. Sprawa okaże się oczywiście więcej niż skomplikowana, a śmierć spojrzy głęboko w oczy nie tylko zleceniodawcy.


Czytaj dalej

Diane Chamberlain - Prawo matki


Diane Chamberlain, Prawo matki, tłum. Maciejka Mazan, Prószyński i S-ka, 2011, 423 strony.

Dużo sobie obiecywałam po pierwszym spotkaniu z Diane Chamberlain, mając przeczucie (zakorzenione w głowie w trakcie czytanych recenzji jej książek), że czeka mnie powieść obyczajowa z gatunku tych, poruszających trudne do oceny tematy. Liczyłam, że tak jak u Jodi Picoult pełna będę refleksji i rozdarcia co jest słuszne, a co nie. I częściowo moje oczekiwania „Prawo matki” spełniło, chociaż nie mogę powiedzieć, żebym czuła się tak mocno poruszona jak przy okazji lektury na przykład „Kruchej jak lód” czy „W naszym domu”.

Laurer wydaje się, że świetnie zna swojego syna. Dla niej Andy nadal jest raczej dzieckiem niż nastoletnim chłopcem, a fakt, że w przeszłości naraziła go na ogromne niebezpieczeństwo i przez własną nieodpowiedzialność już zawsze będzie się wyróżniał wśród innych, sprawia, że próbuje go chronić na wszelkie możliwe sposoby. W trakcie zabawy, w której Andy bierze udział, wybucha pożar i chłopiec, zachowując trzeźwy umysł, ratuje większość osób, nagle zostając bohaterem. Do czasu aż pada na niego podejrzenie o podpalenie…

Czytaj dalej

Życie kołem (fortuny) się toczy [Stephen King - Martwa strefa]

Stephen King, Martwa strefa [Dead zone], tlum. Krzysztof Sokołowski, Prószyński i S-ka, 2004, 526 stron.

Takiego Stephena Kinga lubię – skupionego na psychologicznej stronie bohaterów, wnikającego głęboko w ich umysły i dającego czytelnikowi okazję do odkrywania kolejnych prawd o człowieku jako takim. „Martwa strefa” pod tym względem przypomina po trosze „Misery”, „Lśnienie”, „Dolores Claiborne” i „Historię Lisey”, mimo że fabularnie nie jest podobna do żadnego z wspomnianych tytułów. I chociaż pojawiały się w tej historii elementy, które można było poprowadzić nieco inaczej, to nie zmienia to faktu, że czułam się w czasie czytania jakbym przeniosła się w lata siedemdziesiąte XX wieku i poznawała losy osób, które przestały być tylko nazwiskami zapisanymi na kartach książki – Stephen King z powodzeniem je ożywił.

Johny Smith właściwie zapomniał o wydarzeniu, które miało miejsce, gdy był jeszcze dzieckiem. Upadek na lodzie, uderzenie w głowę oraz późniejsze przeczucia zepchnął gdzieś do podświadomości i zostało tylko dziwne wrażenie, że coś ważnego może mu umyka. Minęły lata, a on jako młody mężczyzna, spełniający się w roli nauczyciela, myśli raczej o randce z Sarą – koleżanką z pracy, którą od jakiegoś czasu darzy coraz silniejszym uczuciem. Wspólny wieczór na jarmarku może nie zapadłby mu tak mocno w pamięć, gdyby nie duża wygrana w kole fortuny (Johny po prostu wiedział na jakie liczby stawiać), zatrucie Sary hot-dogiem i fakt, że musiało minąć prawie pięć lat, by zobaczyli się znowu. Mężczyzna wracając do domu uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu, zapadł w śpiączkę i właściwie prawie nikt nie sądził, że jeszcze się obudzi. Gdy to wreszcie nastąpiło, jego dar (a właściwie przekleństwo) widzenia losów innych ludzi zaczął mieć znacznie większą siłę niż dawniej.

Obawiałam się, że fabuła mająca w sobie elementy paranormalne niekoniecznie do mnie przemówi, bo zdecydowanie lepiej odnajduje się w historiach bardziej przyziemnych. Na szczęście „Martwa strefa” jest tak mocno osadzona w rzeczywistości, jak tylko się da, a niecodzienne umiejętności głównego bohatera jakoś zupełnie w tym nie przeszkadzają. Stephen King posiada zresztą ogromnie cenną umiejętność kreowania każdego, nawet pozornie niewiele znaczącego, wydarzenia w taki sposób, że mam wrażenie bycia w tym miejscu i czasie, które opisuje. Widzę opisywane przez autora miejsca i niemal namacalnie czuję czy to szalejący akurat wiatr, czy nierówności podłoża. Niby błahe rzeczy, ale dzięki takim szczegółom buduje się klimat i wciąga czytelnika w historię, której ma on stać się częścią. Co ważne, Stephen King robi to wszystko na tyle sensownie, że nigdy nie pojawiło się we mnie poczucie, że ten czy inny opis można by z powodzeniem wyrzucić – tu wszystko jest na swoim miejscu i ma znaczenie.

Akcja w „Martwej strefie” nie biegnie jednotorowo – z jednej strony mamy bowiem Johny’ego i jego zmagania, by wrócić do zdrowia i zmierzyć się z faktem, że przez kilka lat jego śpiączki naprawdę sporo się zmieniło, a z drugiej działającego w Castle Rock mordercę okrzykniętego Dusicielem czy rozpychającego się łokciami na scenie politycznej Grega Stillsona. Oczywiście nietrudno się domyślić, że te początkowo odrębne wątki prędzej czy później jakoś wpłyną na głównego bohatera, ale nie przeszkadza to zupełnie z napięciem śledzić kolejne wydarzenia.

Przyznam, że w przypadku zabójstw spodziewałam się (swoją drogą jak bardzo trzeba uważać na słowa, by nie zdradzić zbyt wiele, znacie to?) nieco innego nawet nie tyle rozwiązania, co momentu, kiedy ono nastąpi. Natomiast polityczna otoczka – akcja dzieje się bowiem w konkretnych czasach, a nie swoistej próżni – nie każdemu może się wydawać interesująca, ale tak naprawdę nabiera ona znaczenia dopiero w dosyć odległej części powieści. Być może pełniejsza znajomość amerykańskich realiów tamtych lat pozwoliłaby lepiej odczytywać niektóre nawiązania, ale Stephen King przedstawia wszystko na tyle zrozumiale, że nie czułam się jakoś oderwana od prezentowanej rzeczywistości. Poza tym to nie polityka odgrywa tu pierwsze skrzypce, ale jak to często u amerykańskiego pisarza bywa - ludzkie słabości. Autor pokazuje, że każdy ma w sobie coś zarówno z Doktora Jekylla jak i Mr. Hyde’a. A gdy ta ciemna strona osobowości bierze górę, wówczas okazuje się jak wiele okrucieństwa może tkwić w człowieku.

Najlepiej siłą rzeczy poznajemy Johny’ego, ale tak naprawdę Stephen King nikogo nie traktuje po macoszemu. Sara musi pogodzić się z tym, że jej życie potoczyło się zupełnie inaczej niż wyobrażała to sobie w dniu jarmarku przed laty; Vera od czasu wypadku samochodowego syna jeszcze mocniej zwróciła się ku religii, niebezpiecznie zbliżając się z każdym dniem ku fanatyzmowi; Herb – ojciec Johny’ego od razu wzbudza sympatię, bo cokolwiek, by się nie działo jest pełen wsparcia i zrozumienia. Oczywiście czasami trudno zachować spokój, ale jego zachowanie wydaje się tym bardziej autentyczne, gdy nie zawsze trzyma nerwy czy myśli w ryzach.

Martwa strefa” powinna spodobać się tym, którzy (czy to u Stephena Kinga, czy ogólnie) cenią porządnie skonstruowane portrety psychologiczne, historie osadzone w konkretnej, sprawnie uchwyconej, rzeczywistości i nie przeszkadza im, że nie każdy rozdział obfituje w nagłe zwroty akcji (chociaż i tak dzieje się całkiem sporo). W powieści można się poza tym spodziewać kilku istotnych moralnych dylematów i pytań na które brakuje prostej i jednoznacznej odpowiedzi. Może niekoniecznie wybrałabym ten tytuł na pierwsze spotkanie z autorem (tu bezpieczniejsze wydaje się jednak „Lśnienie” czy „Misery”), ale znając już trochę Stephena Kinga muszę stwierdzić, że to było bardzo udane spotkanie.

Garść cytatów:

To mechanik mózgu. Pociął go skalpelem na kawałki i nie znalazł duszy. A więc uznał, że duszy nie ma”. (s. 174)

Gdybyś mógł wskoczyć w machinę czasu i przenieść się w 1932 rok, czy zabiłbyś Hitlera?(s. 433)


--------

Czytaj dalej

Terry Pratchett - Kolor magii

Terry Pratchett, Kolor magii [The colour of magic], tłum. Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, 1994, 206 stron.

Nadal pamiętam poznawanie XIX-wiecznego miasta ze „Spryciarzem z Londynu” Terry’ego Pratchetta i to, jak ujął mnie stworzony przez autora klimat, zaskakująca fabuła i nietuzinkowi bohaterowie. Długo przyszło mi czekać na kolejne spotkanie (trochę pomogła rezerwacja „Koloru magii” w bibliotece, ale kolejka czytelników zdawała się nie mieć końca), tym razem w Świecie Dysku, a chociaż nie mogę napisać, że podobało mi się równie mocno jak pierwsze, to czuję się niczym podróżnik, który dopiero odkrywa nowy ląd i trzeba mu więcej czasu, by się do końca zaaklimatyzować.

Wyobraźnia Terry’ego Pratchetta mnie zadziwia. Stworzenie Świata Dysku, który nawet teraz, po lekturze pierwszej części cyklu, jakoś trudno mi opisać, to istny majstersztyk. Całość jest tak dopracowana i oryginalna, że łatwo byłoby uwierzyć, że w głowie autora taki świat rzeczywiście zaistniał. I nie przeszkadza w tym fakt, że ma być to płaska przestrzeń, podtrzymywana przez słonie stojące na ogromnym żółwiu, który dryfuje w międzygwiezdnej otchłani – autor tworzy taką otoczkę wokół wykreowanego świata, że wszystkiego jego elementy wydają się być zdecydowanie uzasadnione. Nie ukrywam jednak, że początkowo nie czułam się w nim specjalnie swobodnie – nie mogłam się połapać co na czym stoi, gdzie istnieje i dlaczego Świat Dysku jest taki, jaki jest. Kotłowało mi się po głowie mnóstwo pytań i miałam wrażenie, że gubię się w tych wszystkich szczegółach, z taką pieczołowitością stworzonych przez autora. W miarę czytania było pod tym względem lepiej, ale wrażenie, że odkryłam dopiero mały ułamek tego, co Świat Dysku ma do zaoferowania, ciągle mi towarzyszy.

Fabularnie było mi trochę łatwiej się odnaleźć, chociaż z imionami niektórych postaci i nazwami miejsc do tej pory mam problem. Mamy w każdym razie Rincewidna, które niby jest magiem, ale delikatnie mówiąc niezbyt zdolnym. Zna jedno zaklęcie, tylko nie wie do czego służy, ale utkwiło w nim tak mocno, że nie sposób się go pozbyć. Główny bohater jest mimo tej swojej nieporadności (trochę jak Harry Dresden u Jima Butchera) bardzo wyrazisty i jakoś od początku wzbudził moją sympatię. Tak się dziwnie złoży, że akurat jemu przypadnie w udziale oprowadzanie po mieście Dwukwiata – przybysza z Kontynentu Przeciwwagi pełnego złota, który postanowił wybrać się w wycieczkę życia i zobaczyć zupełnie inną codzienność – z bójkami, bohaterami i smokami. Dodajmy do tego chodzący kufer, pożar i Śmierć ewidentnie ostrzącą kosę na Rincewinda i będziemy mieli niezły rozgardiasz. Tu wydarzyć może się absolutnie wszystko.

Wgryzienie się w akcję zajęło mi chwilę i później, mimo poprowadzenia jej w naprawdę nietuzinkowy sposób, zdarzały się momenty mniej zajmujące. W ogólnym rozrachunku byłam jednak ciekawa jak to wszystko potoczy się dalej i w co jeszcze wpakują się Rincewind i Dwukwiat. Szczególnie, że ich poczynania okraszone zostały porządną dawką humoru, którego Pratchettowi zdecydowanie odmówić nie można.

Kolor magii” ma w sobie elementy, w których widzę duży potencjał, ale i takie, które nieco utrudniły mi pokochanie Świata Dysku od pierwszego wejrzenia. Pewnie to, że niezbyt często sięgam po fantastykę też ma spore znaczenie i ktoś, kto ma z nią do czynienia częściej, poczuje się mniej zagubiony. Dlatego też „Spryciarz z Londynu” – zupełnie niemagiczny i mocno przyziemny – przemówił do mnie zdecydowanie bardziej. W Świecie Dysku jestem nowa, ale liczę na to, że wraz z kolejnymi częściami cyklu znajdę tam swoje miejsce.

Garść cytatów:

Poddany imperatora wpadł na pomysł, by odwiedzić nasze miasto. (…) Mógł spotkać najwspanialszego z bohaterów, najsprytniejszego złodzieja albo wielkiego mędrca…Spotkał ciebie”. (s. 33)

-Nigdy nie skończyłem studiów. Znam tylko jedno zaklęcie.
-To wystarczy.
-Wątpię – odparł zniechęcony Rincewind.
-A co ono robi?
-Nie mam pojęcia”. (s. 50)


 --------


Czytaj dalej

Stephen King - Historia Lisey


Stephen King, Historia Lisey [Lisey's story], tłum. Maciejka Mazan, Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka, 2006, 408 stron.

Każda kolejna powieść Stephena Kinga po którą sięgam sprawia, że widzę go trochę inaczej i pełniej – jakby zagłębianie się w jego prozę pozwalało dopasowywać kolejne elementy układanki. Nawet jednak, gdy zaczyna mi się wydawać, że wiem w jakim kierunku idzie jego twórczość i wyłapuje typowe dla niego elementy, to sięgam po taki tytuł jak „Historia Lisey” i daje się zaskoczyć. Pojawia się w tej książce to rozsmakowanie w psychologicznej stronie bohaterów, które tak u Stephena Kinga cenię, ale jednocześnie nie jest to historia podobna do żadnej z tych, które czytałam wcześniej, a sposób jej opowiadania jest jednocześnie szalenie ciekawy i trudny w odbiorze.

Czytaj dalej

Dennis Lehane - Ciemności, weź mnie za rękę

Dennis Lehane, Ciemności, weź mnie za rękę [Darkness, take my hand], tłum. Andrzej Leszczyński, Prószyński i S-ka, 2011, 406 stron.
Cykl: Patrick Kenzie/Angela Gennaro, tom 2.

W Bostonie Dennisa Lehane’a zło nie zasypia nawet na chwilę i tylko zmienia twarz, by pod maską pozorów i skrywanej nienawiści zaczaić się na swoje ofiary. Tym razem jest wyjątkowo brutalne i kolejne osoby tracą życie w makabryczny sposób –  pierwsza z nich zostaje ukrzyżowana. Wcześniej Patrick Kenzie i Angie Gennaro podejmują się pewnej sprawy – na zlecenie doktor psychiatrii Diandry Warren obserwują jej syna o którego bezpieczeństwo kobieta się obawia. Wizyta młodej dziewczyny i anonimowa przesyłka ze zdjęciem zdają się wskazywać na zamieszanie w całą sprawę ludzi z bostońskiej mafii, którzy nigdy nie przebierają w środkach.

Sporo się w życiu Patricka zmieniło i wszystko wskazuje na to, że wreszcie naprawdę otworzył się na kogoś i ma szansę zbudowania trwałego związku. Grace i jej mała córeczka Mae stają się dla niego niezwykle ważne, a chociaż nie pozbył się (i pewnie nigdy do końca mu się to nie uda) demonów przeszłości to pojawia się nadzieja na szczęście. To dosyć niespodziewany wątek, którego nic nie zapowiadało w „Wypijmy, nim zacznie się wojna”, ale przyznam, że dzięki temu Patricka poznajemy jeszcze z innej niż do tej pory strony. Angie natomiast po rozstaniu z Philem ma swoje wzloty i upadki, ale to silna babka, więc zawsze jakoś sobie radzi. Nowa sprawa i odkrywanie tajemnic sięgających wiele lat wstecz, będą wymagały od pary detektywów pełnego zaangażowania, po raz kolejny pokazując, że ich praca ma zdecydowanie więcej cieni niż blasków.

Czytaj dalej

Jeffery Deaver - Kolekcjoner Kości


Jeffery Deaver, Kolekcjoner Kości [The Bone Collector], tłum. Konrad Krajewski, Prószyński i S-ka, 2013, 376 stron.

Anonimowy telefon kieruje funkcjonariuszkę policji patrolowej Amelię Sachs w stronę torów kolejowych. Tam w czeka ją widok co najmniej makabryczny – wystająca na powierzchnie ręka, a na palcu, obdartym aż do kości, brylantowy pierścionek. Szybko okazuje się, że zakopany mężczyzna to jedna z dwóch porwanych osób, które wsiadły na lotnisku do taksówki i nie pojawiły się w hotelu. Istnieje nadzieja, że kobieta może jeszcze żyć, tym bardziej, że morderca zostawił kilka wskazówek, dzięki którym jest szansa na jej uratowanie.

Policja zwraca się o pomoc do Lincolna Rhyme’a, który na technikach prowadzenia śledztwa zna się jak nikt inny. Problem tkwi nie w tym, że mężczyzna jest niemal całkowicie sparaliżowany (może ruszać tylko jednym palcem, mięśniami szyi, twarzy i ramion), bo umysł ma zupełnie sprawny, ale tak się akurat składa, że Rhyme jest na etapie planowania swojej śmierci. Trzeba dodać, że są to przygotowania niezwykle zaawansowane i raczej nie ma czasu na zabawę w kryminalistyka. Tak się jednak szczęśliwie składa, że umysł zabójcy i umyślnie zostawiane wskazówki wzbudzają w nim ciekawość. A stąd już tylko krok (a ściślej rzecz ujmując ruch palca) do zaangażowania w całą sprawę.

Nie mogłam nic poradzić na to, że Lincoln Rhyme miał dla mnie postać Denzela Washingtona, a Amelia Sachs Angeliny Jolie. Gdy oglądałam na ekranie „Kolekcjonera kości” nie miałam jeszcze w planach lektury książek J. Deavera (prawdę mówiąc nie zdawałam sobie nawet wówczas sprawy, że film jest ekranizacją powieści), ale w gruncie rzeczy zarówno Jolie jak i Washingtona lubię, więc to mi zupełnie nie przeszkadzało. Bardziej niepokojącą kwestią mogłaby być świadomość jak rozwija się cała fabuła i kto jest mordercą, ale tu z pomocą przyszła (nareszcie się do czegoś przydała) moja zawodna pamięć i długi czas jaki minął od seansu – dzięki temu mogłam się zatopić w lekturze, zastanawiając się kim jest grasujący po Nowym Jorku zabójca.

Autor nie daje czytelnikowi tak naprawdę ani chwili wytchnienia – cała akcja toczy się na tyle szybko, że nietrudno byłoby w tym skupieniu na kolejnych wydarzeniach zapomnieć o porządnej kreacji bohaterów. Na szczęście Jeffery Deaver nie dał się skusić na potraktowanie tej kwestii po macoszemu i rozdając role w świetnie skonstruowanej fabule, zadbał także o satysfakcjonujący rys psychologiczny głównych postaci i zapamiętywalność (przynajmniej w większości przypadków) tych znajdujących się na drugim planie.

Bezsilny i zmęczony. Taki jest Rhyme, chociaż na jego charakterystykę to zdecydowanie zbyt mało. Te dwa uczucia towarzyszą mu jednak na co dzień od chwili, gdy został sparaliżowany, dlatego śmierć wydaje się całkiem logicznym rozwiązaniem. Strach przed nasilającymi się atakami, które mogą jeszcze pogorszyć jego stan i sprawić, że nie będzie miał już kontroli nad niczym, sprawia, że trudno mu wyobrazić sobie inne wyjście. Niejako w opozycji do tego poczucia beznadziei poznajemy Rhyme’a od innej strony – jako genialnego kryminalistyka, który jest w stanie w jednej chwili odwrócić bieg śledztwa. To ono zmusza go do wysiłku, czasami ponad siły, ale też staje się celem, dla którego warto samobójcze plany odłożyć na trochę później.

Amelia Sachs to twarda babka, co może niekoniecznie widać na pierwszy rzut oka. Trudno jednak dziwić się jej, że w zetknięciu z tak makabrycznymi zbrodniami, które wstrząsają Nowym Jorkiem, radzi sobie różnie. To jej zdecydowanie dodaje autentyczności, a jednocześnie stanowi szansę na pokazanie jak w ekstremalnych sytuacjach człowiek potrafi nie tylko szybko się uczyć, ale i sprawnie dostosowywać do warunków, na które nie ma wpływu.

Lincoln Rhyme ma (nie)ograniczone pole manewru jako główny filar śledztwa. Niezależnie od trudności jakie przysparza mu jego ciało, potrafi tak sprawnie wyciągać wnioski i dopasowywać kolejne elementy układanki, że z pewnością zasługuje na podziw. Amelia Sachs, zupełnie do tej roli nieprzygotowana, stanowi niejako jego przedłużenie, zabezpieczając miejsce zbrodni i docierając tam, gdzie mężczyzna dotrzeć nie może. Ich współpraca jest tym, co od pierwszej chwili szczególnie przypadło mi do gustu. Nie dlatego, że tak świetnie się układa – wręcz przeciwnie – Amelia mocno się przeciwko całej sprawie buntuje, głównie dlatego, że została w nią wbrew swojej woli wmanewrowana. Deaver daje czytelnikowi okazję obserwowania dwóch niełatwych charakterów, które się ze sobą ścierają i nie od razu dochodzą do porozumienia. Jest dzięki temu zdecydowanie ciekawiej.

W książkach takich jak „Kolekcjoner kości” szczególnie cenne jest wniknięcie w psychikę mordercy. Niespecjalnie przekonuje mnie sprawca, który przez całą powieść kryje się całkowicie w cieniu, by na sam koniec wyskoczyć z zza któregoś rogu i ujawnić swoją tożsamość. Odpowiednio skonstruowany portret zabójcy buduje klimat całej historii, jest ogniwem, które spaja całość. Gdy niemal czujemy jego oddech na karku to oznacza, że autor naprawdę świetnie się spisał. Deaver zadbał o to, żeby czytelnik miał okazję poznać bliżej Kolekcjonera Kości – jesteśmy świadkami jego zbrodni, które wiele mówią o jego szaleństwie i inteligencji jednocześnie. To on dyktuje warunki na jakich rozgrywają się kolejne wydarzenia – ma władzę i doskonale o tym wie.

Śledztwo rozgrywa się na przestrzeni zaledwie kilku dni i jest na tyle intensywne, że czytelnik nie ma okazji się nudzić. Przy takim tempie wydarzeń, gdy liczy się każda minuta, bo od tego może zależeć ludzkie życie, mimo wszystko znajdzie się czas na poznanie wielu kryminalistycznych technik. Chociaż za najbardziej fascynujący i tak uznałam geniusz Rhyme'a, to elementy związane z pracą nad dowodami również wypadają ciekawie i co istotne – przekonująco. Widać, że autor (z wykształcenia dziennikarz i prawnik), solidnie przygotował się do ich opisów, zachowując przy tym równowagę i tym samym nie przytłaczając zbytnio czytelnika niewiele mówiącymi specjalistycznymi określeniami. To umiejętność, którą zdecydowanie doceniam.

Dużo czasu minęło odkąd w głowie zaświtała mi myśl, że warto by było z prozą J. Deavera się zapoznać. Żałuję, że tyle trwało zanim wreszcie po nią sięgnęłam, ale jednocześnie cieszę się, że w końcu ten moment nastąpił. „Kolekcjoner Kości” to kawałek naprawdę zajmującego historii, z gatunku tych, o których myśli się nawet w chwilach gdy książka odłożona na bok czeka aż ponownie po nią sięgniemy. Thriller z krwi i kości. O tak, z kości szczególnie.

Garść cytatów:

Patrzymy na innych tak, jak patrzymy na siebie.” (s. 56)

Kości nie kłamią. Są nieśmiertelne.” (s. 208)

Ludzie są zabobonnymi istotami, Sachs. Sądzimy, że nadając czemuś inną nazwę, zmieniamy to.(s. 277)

Czytaj dalej

Stephen King - Lśnienie


Autor: Stephen King
Tytuł: Lśnienie
Tytuł oryginału:  The Shining
Tłumaczenie:  Zofia Zinserling
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 520

Mógłbyś powiedzieć, że jesteś pisarzem, ale sam wiesz, że to za duże słowo jak na trochę sprzedanych opowiadań i ciągle nieskończoną sztukę. Decydujesz się na podjęcie pracy w hotelu zamykanym na zimowy sezon, mimo że jego dyrektor ewidentnie patrzy na ciebie z góry, a sama perspektywa odcięcia od świata przez zwały śniegu nie jest zbyt kusząca. Poza tym fakt, że mężczyzna, który poprzednio pełnił funkcję dozorcy z zimną krwią zamordował swoją żonę i córki, a następnie popełnił samobójstwo, jakoś nie nastraja optymistycznie. Dodatkowo Panorama nie cieszy się dobrą sławą – wielokrotnie zmieniająca właścicieli, w przeszłości była świadkiem rozpasania na balach, ale dramatów, w których śmierć odgrywała główną rolę.

Nazywasz się Jack Torrance i nie masz wyboru. Za pobicie ucznia zostałeś zwolniony z posady nauczyciela, a agresja i porywczość raczej nie prezentują się dobrze w podaniach o pracę. Przyjaciel załatwił Ci zajęcie i powinieneś być mu wdzięczny, tym bardziej, że zmiana otoczenia może pomóc w poukładaniu rodzinnych spraw. Cóż, jako mąż i ojciec też nie radzisz sobie najlepiej – poważne problemy z alkoholem (wprawdzie chwilowo zażegnane, ale jednak) i napady złości, na tyle poważne, że połamałeś swojemu synowi rękę, pozbawiają Cię szans na tytuł rodzica roku. Może więc wspólny kilkumiesięczny pobyt w hotelu sprawi, że weźmiesz odpowiedzialność za swoje życie i wreszcie ustawisz je na właściwe tory. Oczywiście jeżeli nie wydarzy się nic nieoczekiwanego…

Jak to u Stephena Kinga bywa, zanim skupimy się na głównej akcji, najpierw zostaniemy uraczeni porządną (ale nie przesadną) dawką obyczajowej otoczki, dzięki której powołani przez niego do życia bohaterowie, przestaną być tylko jednowymiarowym tworem. Bez problemu wczujemy się w ich sytuację, nawet jeżeli ich doświadczenia w rzeczywistości nie są nam specjalnie bliskie. Dobrze poznamy każdą z postaci: Jacka, który nie radzi sobie z gniewem i pociągiem do alkoholu, ale zdaje sobie sprawę z własnych niedoskonałości i na swój sposób kocha rodzinę; Wendy – żony rozdartej pomiędzy trudną miłością do męża, troską o bezpieczeństwo syna, a własnymi potrzebami i poczuciem, że staje się podobna do matki, która nigdy nie szczędziła jej krytyki; Danny’ego – pięcioletniego chłopca, widzącego znacznie więcej niż przeciętny człowiek, słyszącego myśli innych i potrafiącego przewidzieć co może się wydarzyć, a przy tym mocno zagubionego wobec wizji, których doświadcza. To z tą trójką spędzimy najwięcej czasu, ale może się okazać, że w Panoramie nie są jedynymi mieszkańcami, a pobyt w hotelu zamieni się w walkę o przetrwanie.

Nie będę ukrywała, że sporo sobie obiecywałam po „Lśnieniu”, widząc w tym tytule szansę na poznanie S. Kinga w jednej z najlepszych odsłon i zatopienia się w historii, która przynajmniej dorówna świetnej „Misery”. Tym, co łączy te dwie powieści jest klaustrofobiczny klimat, genialnie sportretowani bohaterowie i duża dawka napięcia, które towarzyszy czytelnikowi w trakcie lektury. Autor w obu przypadkach umieścił swoich bohaterów na niewielkiej przestrzeni, sprawiając, że z każdą chwilą wydaje się ona jeszcze mniejsza. Wyposażył ich w całą paletę cech charakteru, dorzucając do tego gesty i słowa i tworząc postaci realne i niejednoznaczne. Wnikamy w ich psychikę, obserwujemy toczące się w ich głowach bitwy i próbujemy przewidzieć jak postąpią. Nie zawsze się to udaje, ale to sprawia, że wydają się jeszcze bardziej ludzcy.

Zaczęłam czytać „Lśnienie” i chociaż nie od razu pojawia się groza, to nie mogłam się uwolnić od towarzyszącego mi w trakcie czytania (ale i w przerwach w lekturze) napięcia. Trwałam w zawieszeniu, oczekując na to, co się wydarzy i zdając sobie sprawę, że nie będzie to nic przyjemnego. King od początku zaszczepił we mnie przeświadczenie, że w hotelu można się spodziewać wszystkiego i nawet w chwilach złudnego spokoju trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Autor mądrze dawkuje napięcie, trzymając je na wysokim poziomie, ale nie odkrywając od razu wszystkich kart. Jack, Wendy i Danny nie poznają wszystkich tajemnic Panoramy pierwszego czy drugiego dnia pobytu. Znalazłam się razem z nimi na emocjonalnej huśtawce, w której dominuje niepewność i niepokój. Podchodzimy na przykład do budzących irracjonalny strach drzwi, ale nie otworzymy ich od razu, by zmierzyć się z tym, co tam czeka.  Będziemy czekali przez pewien czas, z ciarkami przechodzącymi po plecach, niemal pragnąc, żeby wreszcie groza przybrała jakiś konkretny kształt i udręka nieprzerwanego napięcia wreszcie się skończyła. Właśnie takich emocji od książek tego typu oczekuję i „Lśnienie” mnie zdecydowanie pod tym względem nie rozczarowało.

Cieszę, że to, co tak podobało mi się w „Misery”, czyli połączenie wciągającej i niepokojącej historii z genialnym wniknięciem w psychikę bohaterów, pojawiło się również w „Lśnieniu”. W tym drugim przypadku dawka napięcia jest nawet jeszcze większa, a poprowadzona w świetnym stylu opowieść wgryza się w umysł. Napisać, że Panorama to nawiedzony hotel, w którym dzieją się dziwne rzeczy to zdecydowanie za mało. To, co się w nim kryje nie ukazałoby swojej grozy bez połączenia z ludzkimi słabościami, a gdy znikną wszelkie hamulce w człowieku, koniec będzie bliski.

Garść cytatów:

Cofnęła się, bo palił ją wzrokiem, i spróbowała przywdziać uśmiech o jeden numer za mały. (s. 206)

Według mnie to bardziej przerażające, niż gdyby ktoś obcy skradał się po korytarzach. Od obcego można uciec. Nie można uciec od samego siebie.(s. 308)

I robiono tam rzeczy nigdy niewzmiankowane w prasie, bo pieniądze umieją mówić po swojemu.(s. 462)


Czytaj dalej

Dennis Lehane - Wypijmy, nim zacznie się wojna


Autor: Dennis Lehane
Tytuł: Wypijmy, nim zacznie się wojna
Tytuł oryginału: A drink before the war
Tłumaczenie: Marta Klimek-Lewandowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2010
Liczba stron: 256
Cykl: Patrick Kenzie / Angela Gennaro, tom 1.

Minęło już trochę czasu odkąd po raz ostatni miałam okazję spotkać się z piórem Dennisa Lehane’a, ale nadal bardzo dobrze pamiętam łatwość z jaką zatapiałam się w wykreowanych przez niego historiach. Do takich autorów aż chce się wracać i nie mogłam odmówić sobie przyjemności poznania kolejnej powieści amerykańskiego pisarza. Po „Rzece tajemnic”, „Wyspie skazańców”, „Mieście niepokoju” i „Nocnym życiu” przyszła pora na rozpoczęcie przygody z dwójką detektywów, którzy stali się bohaterami cyklu książek Dennisa Lehane’a.

Patrick Kenzie i Angie Gennaro  podejmowali się już różnych spraw w swojej karierze – teoretycznie niewiele jest ich w stanie zaskoczyć. Gdy otrzymują zadanie odnalezienia pewnej kobiety zajmującej się sprzątaniem, która zniknęła z ważnymi dokumentami, nie powinno to budzić w nich specjalnych zastrzeżeń. Tym bardziej, że ich praca ma zostać sowicie wynagrodzona. Być może fakt, że zlecenie to pojawiło się ze strony znanego senatora, który oczywiście nie ma zamiaru zdradzać co dokładnie kryło się w skradzionych papierach, powinien dać im do myślenia, ale właściwie czym tu się przejmować? Wraz z rozwojem sprawy, dwójka detektywów będzie jednak zmuszona zastanowić się w co tak naprawdę się wpakowali i jak z tego wszystkiego wybrnąć obronną ręką. A to może nie być wcale takie łatwe, szczególnie gdy w grę wchodzą interesy ludzi, którzy nie przebierają w środkach i zrobią wszystko, by osiągnąć swój cel.  

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy