Sophie Daull, Camille, moja ptaszyna [Camille, mon envolée], tłum. Ewa Kaniowska, Czarna Owca, 2017, 163 strony.
Są takie książki, o których trudno pisać. Pamiętam, że jakąś
wewnętrzną blokadę przed ubraniem w słowa wrażeń wywołały we mnie między innymi
„Chustka” Anny Sałygi, „Zorkownia” Agnieszki
Kalugi, „Kato-tata. Nie-pamiętnik” Halszki Opfer czy „3096” Natashy Kampush. Za
każdym razem, chociaż historie w nich zawarte były zupełnie inne, miałam
poczucie, że cokolwiek bym nie napisała, zabrzmi to banalnie w zderzeniu z ciążącą gdzieś w piersi
prawdą o ludzkim bólu i dramatach. Tak samo czuję w przypadku wspomnień Sophie
Daull wydanych w postaci książki „Camille, moja ptaszyna”. Camille nie żyje.
Zmarła nagle, po czterech dniach niespodziewanej choroby, w wieku szesnastu lat. Myślę, że jej matka – Sophie – chciałaby, żeby pisać o
tym wprost, tak jak wolała, by ludzie, którzy ją otaczali nie stosowali eufemizmów
wobec tego, co się zdarzyło.
- 25.05.2017
- 15 Komentarze



