Po lekturze „Rozmów bez retuszu” mogłabym powiedzieć, że jeszcze bardziej lubimy
się z Panem Arturem Barcisiem, ale nie jestem pewna czy ta sympatia nie byłaby
nieco jednostronna. Zaliczam się bowiem do tej grupy osób, którym jeszcze do
niedawna postać tego aktora nakładała się jakoś tak zgrabnie na komediową rolę
Tadeusza Norka. Widziałam w nim tego zabawnego, wiecznie głodnego kanalarza z „Miodowych lat”, ale byłam też pewna, że
jego dorobek aktorski to znacznie więcej, tylko jakoś zawsze brakowało mi czasu
by przyjrzeć mu się bliżej. Być może jednak fakt, że wreszcie postanowiłam
poszerzyć swoje spojrzenie na osobę Pana Barcisia odrobinę mnie usprawiedliwia.
Teraz wiem (wcześniej mogłam jedynie podejrzewać), że w Panu Arturze kryje się wiele
twarzy i ogromna pasja z jaką wykonuję swój zawód, a także prostolinijna
szczerość i ciepło.
Cała opowieść zaczyna się dosyć standardowo
od czasów dzieciństwa, wcale zresztą niełatwych, i wczesnego kształtowania się
planów o byciu aktorem. Scena od zawsze była światem, w którym Pan Barciś czuł
się na swoim miejscu, który dawał mu poczucie bycia zauważanym, a często i
podziwianym za swoje niebanalne umiejętności recytowania, śpiewania i gry
charakteryzującej się prawdą i osobistą, oryginalną interpretacją. Nie oznacza
to jednak, że zawodowe aktorstwo było wędrówką pozbawioną wyboistych ścieżek i
trudnych wyborów. Niejednokrotnie okazywało się, że realizacja planów nie
przebiegała tak jak powinna, a świat do którego tak dobrze Pan Barciś pasuje
potrafił zaskoczyć i dać porządnego kopniaka w tyłek (powinnam to pewnie
określić nieco ładniej, ale niech i ten tekst pozbawiony będzie zbędnego
retuszu).
- 22.09.2013
- 18 Komentarze



