Mark Helprin – Zimowa opowieść


Mark Helprin, Zimowa opowieść [Winter's Tale], tłum. Maciej Płaza, Joanna Dziubińska, Wydawnictwo Otwarte, 2014, 692 strony.

Ileż jest we mnie sprzeczności, gdy myślę o niedawno przeczytanej książce Marka Helprina i to wcale nie dlatego, że pojawiła się wiosna, a ja piszę o „Zimowej opowieści”. Przepięknie opowiedziana historia, która potrafiła mnie totalnie oczarować i zamknąć w swoim świecie, a jednocześnie sprawiła, że momentami czułam się nieco znużona i zastanawiałam się czy to wszystko nie jest przypadkiem przerostem formy nad treścią.

Peter Lake wciąż ucieka. Gang do którego kiedyś należał i stojący na jego czele Pearly Soames zrobią wszystko, by go dopaść i zdecydowanie nie mają zamiaru zostawić go przy życiu. W czasie jednego ze starć główny bohater trafia na niezwykłego białego konia i fakt, że ten właściwie potrafi unosić się nad ziemią, jest przedsmakiem całego ogromu niezwykłości, które jeszcze mają się w tej opowieści wydarzyć. Pojawi się niespodziewanie miłość do Beverly – chorej na gruźlicę córki właściciela posiadłości, którą Peter planował obrabować, ale ten wątek to tylko jeden z licznych akordów w pełnej dźwięków, barw i magii książce.

Czytaj dalej

Matthew Quick – Prawie jak gwiazda rocka


Matthew Quick, Prawie jak gwiazda rocka [Sorta Like a Rock Star], tłum. Maria Borzobohata-Sawicka, Otwarte, 2014, 380 stron.

Pamiętam, że przy ostatniej książce Matthew Quicka, którą miałam okazję czytać, czyli „Wybacz mi, Leonardzie” towarzyszyło mi uczucie, że wybrałam na nią trochę nieodpowiedni moment. Jak zawsze doceniłam prosty styl pisania i umiejętność kreowania ciekawych bohaterów, a i przesłanie po pewnych turbulencjach do mnie trafiło, ale pozostała mi po tamtej historii jakaś nuta przygnębienia. „Prawie jak gwiazda rocka” zastała mnie natomiast w takim momencie, że przeżywałam ją całą sobą i to niezależnie od tego, że w istocie jest nieskomplikowaną powieścią młodzieżową, która być może w innej chwili nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia.

Amber ma siedemnaście lat i głowę pełną pomysłów na to, jak zarażać innych swoim optymizmem. Z czwórką przyjaciół tworzy Federację Fantastycznych Fanatyków Franksa (to jeden z jej nauczycieli - prowadzi Klub Marketingowy) i stara się każdego z nich chronić przed docinkami dzieciaków w szkole; jeździ do jednego z kościołów, by uczyć Koreanki języka angielskiego, świetnie dogaduje się z tamtejszym księdzem, a poza tym jest fanką Jezusa i uważa, że ma on w sobie coś z gwiazdy rocka; w domu starców toczy bitwy Joan Sędziwą, za każdym razem doprowadzając do uśmiechu kobietę marudną, zrzędliwą i zwyczajnie złośliwą oraz dając nadzieję pozostałym mieszkańcom tego miejsca; poza tym spotyka się też z weteranem wojennym, z którym łączą ją w dużej mierze tworzone wierszyki w formie haiku. Uśmiechu, dobrego słowa i energii do działania zdecydowanie jej nie brakuje.

Czytaj dalej

Matthew Quick - Wybacz mi, Leonardzie


Matthew Quick, Wybacz mi, Leonardzie [Forgive Me, Leonard Peacock], tłum. Jacek Konieczny, Wydawnictwo Otwarte, 2014, 406 stron.

Leonard planuje zabić swojego kolegę ze szkoły, a następnie popełnić samobójstwo. Wszystko jest już przygotowane – pistolet w plecaku, a tuż obok zapakowane w różowy papier prezenty, które zamierza wręczyć konkretnym osobom przed ostatecznym rozrachunkiem z życiem. Dzień wybrany nie bez powodu – osiemnaste urodziny, o których nikt zdaje się nie pamiętać, chociaż to tylko jedna z rys na codzienności Leonarda.

W pierwszej chwili powieść Matthew Quicka skojarzyła mi się z książką Jodi Picoult „Dziewiętnaście minut”, w której siedemnastoletni Peter dokonał masakry w swoim liceum. U amerykańskiego pisarza klimat historii jest jednak zupełnie inny, a czytelnik towarzyszy głównemu bohaterowi przede wszystkim przed wydarzeniami, które ten ma w planach. Trzeba przyznać autorowi, że naprawdę sprawnie wszedł w rolę nastolatka, tworząc historię, która chociaż mi osobiście w pierwszej chwili wydawała się szalenie smutna, to w założeniu ma podnosić na duchu.

Czytaj dalej

Emily Giffin - Ten jedyny

Emily Giffin, Ten jedyny [The One&Only], tłum. Martyna Olczak, Otwarte, 2014, 523 strony.

Często przekonuję się, że wyobrażenie o danym tytule, które mi towarzyszy przed lekturą, ma pewien wpływ na jego późniejszy odbiór.  Nie miałam wcześniej okazji czytać żadnej powieści Emily Giffin, ale kilka czynników (np. dosyć krytyczne opinie, które wcześniej usłyszałam/przeczytałam od osób o gustach czytelniczych zbliżonych do mojego) złożyło się na to, że po „Tym jedynym” nie spodziewałam się wiele, nastawiając się prawdę mówiąc na mocno średnią lekturę. Na przekór wszystkiemu to wzmocniło też moją chęć przekonania się czy ta książka rzeczywiście jest aż tak słaba. Poza tym autorka jest dosyć znana i ma wielu swoich wiernych fanów – stąd wniosek, który pewnie można by dopasować do niemal każdej książki, że jednym się podoba, a innym wręcz przeciwnie. Byłam ciekawa do której grupy ja będę się zaliczała.

Umiera pani Carr – żona podziwianego i uwielbianego trenera futbolu, która od lat była zaangażowana w rozwój drużyny i wspierała męża w każdy możliwy sposób. Jej śmierć to nie tylko moment ciężki dla jej bliskich, ale i chwila refleksji nad życiem, które niekoniecznie wygląda tak, jak powinno. Shea wspiera przyjaciółkę, która straciła właśnie ukochaną mamę, ale jednocześnie zaczyna zastanawiać się nad tym, czy jest szczęśliwa. Ma faceta, ale nie jest on raczej tym wymarzonym; ma pracę, ale chociaż związana jest ze sportem, to niezupełnie pozwala jej czuć się spełnioną zawodowo. Krok po kroku zaczyna więc zmieniać kierunek, poszukując w życiu prawdziwej miłości i próbując swoją pasję do futbolu przekuć na zajęcie na pełny etat.

Kobieta po trzydziestce, która nagle postanawia wykonać zwrot o 180 stopni i wreszcie zacząć o siebie walczyć. Brzmi banalnie, prawda? Cóż, w powieści Emily Giffin nie znajdziecie nic odkrywczego. Chciałabym napisać, że jednak gdzieś w tym wszystkim są elementy wymykające się schematom i nawet chwilami miałam już nadzieję, że coś takiego się w tej książce pojawi, ale niestety się nie doczekałam. Wprawdzie wątek sportowy to też jakiś pomysł (a zajmuje tu naprawdę dużo miejsca), ale nie uznałabym go za specjalnie oryginalny. Po względem fabuły nie zaskoczyło mnie tu absolutnie nic. Od samego początku wiedziałam jak to wszystko się potoczy, chociaż odrobinę liczyłam na to, że autorka utrze mi jednak nosa i zastosuje jakiś ciekawy twist.

Nie od każdej powieści trzeba oczekiwać rzucającej na kolana przewrotności i wiem, że czasami dobrze jest, dla odprężenia, przeczytać coś, co zwyczajnie zapewni trochę niewymagającej rozrywki. Pod tym względem „Ten jedyny” na pewno się sprawdził – pióro pani Giffin spowodowało, że przez kolejne strony niemalże płynęłam, nie doświadczając wprawdzie wielkich uniesień, ale miło spędzając czas. Jest też trochę tak, że spodziewałam się, co tu dużo mówić, znacznie gorszej powieści, stąd pewnie w trakcie lektury jedno mnie jednak zaskoczyło – że wcale nie była ona tak zła. Na ekranie mogłaby z tego powstać typowa, ale miła w odbiorze komedia romantyczna.

Wprawdzie gdzieś w tle, a czasami i na pierwszym planie, pojawiają się tematy bardziej poważne, jak chociażby przemoc domowa, ale i tutaj nie należy oczekiwać głębokich refleksji i szerokiego podejścia do problemu. Trochę zbyt płytko jest pod tym względem, aby traktować to jako poważną próbę analizy i pozostawienia czytelnika z szeregiem ważnych przemyśleń. Oczywiście nie oznacza to, że „Ten jedyny” jest książką zupełnie o niczym – można z niej wyciągnąć lekcję na temat dążenia do bycia szczęśliwą, walki o miłość i przede wszystkim o siebie, ale wszystko to ma bardzo lekki charakter. Bez emocjonalnych wstrząsów i niezapomnianych wrażeń.

Bohaterowie, podobnie jak fabuła, nie zaskoczą czytelnika oryginalnością. Shea zyskała w gruncie rzeczy moją sympatię, ale nie jest postacią, którą zapamiętam na dłużej. Zachowanie Trenera trochę mnie dziwiło, a Ryan niestety okazał się chyba najbardziej typowy ze wszystkich. Można było pokusić się o bardziej niejednoznaczne charaktery, bo nawet jeżeli niektóre wątki uznać za podjęcie takiej próby, to nie wypadły one specjalnie przekonująco.

Mogłoby się wydawać, że „Ten jedyny” to raczej stosunkowo słaba powieść i rzeczywiście jeżeli szukacie czegoś przejmującego, powodującego przyspieszone bicie serca i zaskakującego niebanalnością, to nie radzę sięgać po ten tytuł. Jeżeli jednak najdzie Was ochota na coś przyjemnego, niewymagającego i napisanego z lekkością – powieść Emily Griffin się sprawdzi. To może być dobry odprężacz na leniwy dzień, ale nic poza tym. Gdyby autorka pociągnęła niektóre wątki, trochę więcej wyrazu nadała bohaterom i pokusiła się o mniej banalną fabułę – mogłaby z tego być świetna powieść. A tak – mamy miłe czytadło, od którego nie należy oczekiwać zbyt wiele.

Garść cytatów:

„Futbol był naszym probierzem. Był opoką. Czymś, czego można się było chwycić, podczas gdy jasna łuna dogasała nad Walker w Teksasie, naszą małą prywatną arkadią.” (s. 13)



Czytaj dalej

Tahereh Mafi - Dotyk Julii


Tahereh Mafi, Dotyk Julii [Shatter Me], tłum. Małgorzata Kafel, Otwarte, 2012, 336 stron.

Jeszcze zanim zaczęłam czytać „Dotyk Julii” podobał mi się główny punkt fabuły oparty na postaci dziewczyny, której dotyk zabija. Byłam ciekawa jak ten motyw zostanie poprowadzony przez autorkę i czy stworzony przez nią świat zdoła mnie wciągnąć. Tym bardziej, że raczej niezbyt często sięgam po historie osadzone w fikcyjnej wizji przyszłości – nawet nie dlatego, że takowych nie lubię, ale zwyczajnie zwykle bardziej trafia do mnie rzeczywistość, którą znam, a w której i tak ciągle odkrywam coś nowego. W każdym razie miałam nadzieję, że potencjał, który upatrywałam w „Dotyku Julii” został w pełni wykorzystany.

Julia przebywa w szpitalu psychiatrycznym, w którym została zamknięta ze względu na swój niezwykły dar lub raczej jak sama uważa (i nie jest w tym odosobniona) przekleństwo – dotyk jej ciała może zabić. Miejsce, w którym się znalazła trudno zresztą uznać za takie, które ma jej jakoś pomóc – to bardziej więzienie mające trzymać ją z daleka od innych. A jednak po wielu spędzonych samotnie dniach do jej pokoju trafia współwięzień – Adam. Czy dziewczyna będzie potrafiła się otworzyć na drugiego człowieka, mimo że do tej pory ze strony ludzi spotykało ją jedynie odrzucenie? I czy powinna komukolwiek ufać, skoro nie mogła zaufać nawet własnym rodzicom?

Czytaj dalej

Matthew Quick - Niezbędnik obserwatorów gwiazd


Autor: Matthew Quick
Tytuł: Niezbędnik obserwatorów gwiazd
Tytuł oryginału: Boy 21
Tłumaczenie: Joanna Dziubińska
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 320

W morzu wszechobecnego pustosłowia Finley stanowi swojego rodzaju ewenement – jeżeli nie wie co powiedzieć, po prostu milczy. Nie żongluje słowami jakby to był nic nie znaczące kolorowe piłeczki, a raczej waży każde z nich, w ciszy odnajdując się lepiej niż w mało wartościowych pogawędkach. Woli wyrażać siebie przez grę w koszykówkę, która jest nie tylko pasją, ale i sposobem na skupienie się na jakimś celu i dawanie z siebie tak wiele, jak tylko jest w stanie. Nie jest gwiazdą w swojej drużynie, ale jako rozgrywający czuje, że spełnia się w tej roli najlepiej jak potrafi. Jego zamiłowanie do sportu podziela jedna z niewielu osób w towarzystwie której jego częste milczenie nie stanowi problemu. Erin, bo o niej mowa, to dziewczyna z którą łączy Finleya długo już pielęgnowane uczucie. Czasami zamiast słów wystarczy bowiem wspólne patrzenie w gwiazdy z dachu domu i pewność, że bliska osoba jest obok.

Ostatnia klasa liceum i zbliżający się sezon koszykarski sprawiają, że zarówno Finley jak i Erin ciężko pracują, aby wypaść jak najlepiej. Bellmont nie jest wymarzonym miejscem zamieszkania, chociażby ze względu na wpływy irlandzkiej mafii i niewielkie perspektywy, a to już dobry powód, by szukać innego miejsca na ziemi. Taki plan mają Finley i Erin. Na drodze chłopaka staje jednak nagle ktoś nowy – Russell, a właściwie Numer 21, który będzie miał spory wpływ na życie głównego bohatera. Trener prosi bowiem Finleya, by pomógł nowemu koledze w pierwszych krokach w nowym miejscu. I nie byłoby może w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że rodzice Russa zostali zamordowani, on sam twierdzi, że pochodzi z kosmosu, a na dodatek jego zdolności koszykarskie godne są pozazdroszczenia. 

Czytaj dalej

Matthew Quick - Poradnik pozytywnego myślenia


Matthew Quick, Poradnik pozytywnego myślenia [Silver Linnings Playbook], tłum. Maria Borzobohata-Sawicka, Joanna Dziubińska, Otwarte, 2013, 376 stron.

Pat patrzy na świat oczami dziecka. I można by to uznać w pewnym stopniu za zaletę, gdyby nie fakt, że jest facetem po trzydziestce, który już dawno powinien zrozumieć, że czasami pozytywne myślenie to nie wszystko. Nawet jeżeli wmówimy sobie, że nasze życie to film, który po prostu musi mieć szczęśliwe zakończenie (oczywiście jeśli tylko wystarczająco będziemy się starać). Nawet jeżeli przestaniemy stawiać na swoim i staniemy się mili dla innych. Nawet gdy zrozumiemy swoje błędy i zrobimy wszystko co w naszej mocy, by przed końcowymi napisami ziściły się nasze pragnienia. To wszystko może się okazać bowiem dużo bardziej skomplikowane – ale takie przecież w rzeczywistości jest życie.

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy