Haruki Murakami – Wszystkie boże dzieci tańczą


Haruki Murakami, Wszystkie boże dzieci tańczą [Kami no kodomo-tachi wa mina odoru], tłum. Anna Zielińska Elliott, MUZA, 2014, 181 stron.

Haruki Murakami nie rozbija mnie swoimi słowami na milion kawałeczków, nie sprawia, że brak mi tchu i muszę walczyć z książkowym kacem. A jednak za każdym razem, gdy się z nim literacko spotykam, wywołuje we mnie wiele refleksji i zabiera w niby zwyczajny, a jednak nietuzinkowy świat. Nie kradnie mi serca, a mimo to zawsze znajdzie miejsce, w które je zadrapie i zmusi do zastanowienia się nie tyle nad stworzonymi bohaterami, co nad sobą samą. Nie jestem pewna czego dokładnie zabrakło we „Wszystkie boże dzieci tańczą”, ale spośród dotychczasowych tytułów, ten najkrócej zajmował moje myśli po lekturze.

Ludzie giną w wyniku strasznego trzęsienia ziemi, ale świat tak naprawdę wali się każdego  dnia – codziennie ktoś ma wrażenie, że coś go przygniata tak mocno, że trudno mu oddychać. Każdy z bohaterów zbioru sześciu opowiadań japońskiego pisarza z czymś się zmaga, czegoś szuka i gubi się, by czasem się odnaleźć, a czasem wręcz przeciwnie. Ich przeciętność stanowi w tym przypadku atut, bo wydają się wtedy bliżsi, nieoderwani od rzeczywistości, bardziej prawdziwi.

Czytaj dalej

Robin Cook - Gorączka

Robin Cook, Gorączka [Fever], tłum. Marek Mastalerz, Rebis, 1999, 336 stron.

Sporo czasu minęło od mojego ostatniego spotkania z Robinem Cookiem, a chociaż czytany wtedy „Marker” miał kilka słabszych punktów, to był jednak na tyle sprawnie i ciekawie napisaną powieścią, że do kolejnego tytułu amerykańskiego autora podeszłam z entuzjazmem. Niestety, „Gorączka” okazała się sporym rozczarowaniem i podejrzewam, że gdyby nie poznała wcześniej możliwości Cooka, teraz poważnie bym się zastanowiła nad sięganiem po kolejne jego książki.

Charles Martel znalazł się w momencie swojego życia, w którym znowu potrafi czuć się szczęśliwy. Od zachorowania żony na białaczkę i jej śmierci minął już pewien czas i mężczyzna zdołał krok po kroku poukładać sobie codzienność. Spotkał na swojej drodze bratnią duszę, ma troje dzieci, które go potrzebują oraz pracę, dającą mu poczucie, że robi coś ważnego – walczy z rakiem, próbując wynaleźć lekarstwo, mogące uchronić od śmierci wiele osób. Los wybitnie sobie z niego jednak zakpi, dotykając białaczką również jego córkę. A gdy okaże się, że jej choroba może nie być przypadkiem, cały poukładany na nowo świat zacznie się walić.

Czytaj dalej

Patrycja Gryciuk - Plan

Patrycja Gryciuk, Plan, Poligraf, 2013, 575 stron.

Zaczęło się od skojarzenia z książką E. L. James „50 twarzy Greya” – ona niepewna siebie studentka (wprawdzie kierunek inny, ale jednak), on tajemniczy miliarder. Na szczęście stosunkowo szybko to wrażenie dosyć silnego podobieństwa się rozmywa i chociaż nie jest jakoś bardzo odkrywczo jeżeli chodzi o fabułę, to jednak w miarę czytania widziałam już „Plan” jako odrębną i na swój sposób przemyślaną historię. Nie wszystkie jej elementy mnie przekonały, a nawet zdarzały się chwile, gdy nie mogłam się powstrzymać od wymownego przewracania oczami, ale muszę przyznać, że to jedna z tych książek, które tak po prostu całkiem dobrze się czyta.

Anna ma 17 lat i jest młodsza niż większość studentów, ale pomimo pewnego wycofania w kontaktach z innymi, dosyć szybko udaje się jej zaaklimatyzować w nowym otoczeniu. Oksford wydaje się zupełnie inny niż Wrocław, z którego pochodzi, ale w jej życiu zacznie się dziać tak wiele, że nie będzie miała wiele czasu na tęsknotę za domem. Najpierw pojawia się Lorcan – kolega z uczelni, któremu ewidentnie zależy na Annie, a i ona nie zostaje wobec niego obojętna. Jeden wieczór i spotkanie Siergieja wszystko zmienia – dziewczyna z miejsca się zakochuje i zupełnie nie ma znaczenia, że nowo poznany mężczyzna jest od niej dużo starszy i tak naprawdę nic o nim nie wie.

Zastanawiam się cały czas co stanowiło największy problem w czasie lektury i na myśl od razu przychodzi mi obsadzenie Anny w roli narratorki. Co ciekawie, taki zabieg jest też w pewnym sensie atutem książki, bo pozwala lepiej poznawać myśli głównej bohaterki. Inna sprawa, że czasami opadały mi ręce jak się w nie zagłębiałam. Rozumiem młody wiek i przyjmuje, że ze względu na to lub po prostu taki, a nie inny charakter Anna mogła wszystko mocno przeżywać. Nie zmienia to jednak faktu, że jej reakcje (na przykład rozpływanie się już przy samym spojrzeniu Siergieja) wydawały mi się niejednokrotnie przerysowane. Na szczęście wraz z rozwojem fabuły widać jak Anna się zmienia, dojrzewa i mierzy się z codziennością, która daleka jest od bajki, jakiej poniekąd się spodziewała. Zupełnie nie rozumiałam wprawdzie niektórych jej decyzji, ale akurat pod tym względem ani myślę stawiać się w roli wyroczni – to, że ja nie wyobrażam sobie takiego uczuciowego zaplatania, jakie stało się udziałem głównej bohaterki, nie oznacza, że komuś nie mogło się to przydarzyć.

Niespecjalnie polubiłam Annę, ale doceniam, że autorka stworzyła bohaterkę, która nie była mi obojętna. To byłoby naprawdę dużo gorsze od od braku sympatii. Tworzone postaci mają wywoływać emocje, niekoniecznie zawsze pozytywne, byleby na stronach książki ożywały.

Fabularnie „Plan” mnie nie zaskoczył, ale właściwie na nudę nie mogłam narzekać. Dzieje się sporo, a sama historia mimo pewnej przewidywalności potrafi wciągnąć. Dodatkowo wątek biopaliw stanowi niewątpliwie spore urozmaicenie, co doceniam niezależnie od tego, że nie jest to tematyka, która jakoś mocno mnie intryguje. Zdecydowanie wzbogaca jednak całą powieść i pokazuje, że poza miłosnymi rozterkami autorka chciała przekazać coś jeszcze. Patrycja Gryciuk sprawnie posługuje się piórem, więc jej powieść (poza wspomnianymi wcześniej zgrzytami w narracji) czyta się szybko. Po lekturze tego debiutu daleko mi może do zachwytu, ale jednocześnie widzę w autorce potencjał, który odpowiednio wykorzystany, może dać naprawdę ciekawe efekty.

Garść cytatów:

Nagle nie było niczego więcej. Nikogo więcej. Tylko on i ja”. (s. 50)  

~*~
Książka przywędrowała do mnie od Asi z bloga Niebieska zakładka w ramach akcji Podaj dalej, czyli książka w podróży organizowanej przez Sylwię z bloga Moje spojrzenie na kulturę. Lada dzień powędruje dalej, by dać się przeczytać kolejnej osobie :)

Wyzwanie: Polacy nie gęsi

Czytaj dalej

Małgorzata Warda - Nikt nie widział, nikt nie słyszał...

Małgorzata Warda, Nikt nie widział, nikt nie słyszał..., Świat Książki, 2015, 397 stron.

Po raz drugi spotkałam się z prozą Małgorzaty Wardy, a z racji tego, że pierwsza czytana książka - "Dziewczynka, która widziała zbyt wiele" – zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie, spodziewałam się podobnych emocji przy „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…”. Niestety, tym razem trudno było mi się wgryźć w historię na tyle, żebym nie mogła się od niej oderwać. Tematyka, którą poruszyła autorka zdecydowanie daje jednak do myślenia, a całość jest napisana w stosunkowo przemyślany sposób i to sprawia, że nie jestem w jej ocenie aż tak surowa.

Tytuł i okładka pozwalają na różne domysły co do opowieści zawartej w „Nikt nie widział, nikt nie słyszał...”, ale pewność pojawia się dopiero, gdy pisarka wspomina o Nataschy Kampusch. I zastanawiam się czy fakt, że czytałam „3096” nie sprawił czasem, że w zderzeniu z autentyczną historią Austriaczki porwanej i przetrzymywanej przez osiem lat, ta stworzona przez Małgorzatę Wardę poruszyła mnie jednak znacznie mniej. Z drugiej strony polska pisarka skupia się bardziej na tym, co przeżywa rodzina zaginionego dziecka i pod tym względem na pewno doceniam jej starania.

Sara ma siedem lat, gdy znika bez śladu. O ile na początku łatwiej jest chwycić się nadziei na odnalezienie dziewczynki, o tyle, gdy mija dwadzieścia lat trudno ufać, że ukochana córka i siostra jeszcze się odnajdzie. Głośna niegdyś sprawa, którą żyła Gdynia zostaje przykryta raz za razem innymi, bardziej aktualnymi tragediami i tylko pustki w sercach bliski Sary czas wypełnić nie jest w stanie.

Największy problem miałam z bohaterkami, które na kartach książki się pojawiają. Pierwsze skrzypce odgrywają Lena i Agnieszka, a chociaż żyją w innych krajach, zajmują się zupełnie innymi rzeczami, to jakoś nieustannie ich losy mi się mieszały. Mam poczucie, że ogóle kreacja bohaterów (również Moniki, która po latach uciekła z miejsca swojego przetrzymywania czy ojca Leny i Sary) mogłaby być bardziej dopracowana, a same postaci bardziej wyraziste. Nie przywiązałam się właściwie do nikogo i pewnie dlatego nie śledziłam losów poszczególnych osób z zapartym tchem. Pod koniec trochę się to zmieniło in plus, ale w ogólnym rozrachunku w „Dziewczynce, która widziała zbyt wiele” było pod tym względem znacznie lepiej.

Przyznaję, że mam z tą powieścią problem. Może oczekiwałam zbyt wiele lub nie była to odpowiednia chwila, żeby naprawdę porządnie zaangażować się w opisywane wydarzenia. Jednocześnie uważam, że tematyka, którą poruszyła autorka zasługuje zdecydowanie na uwagę i „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…” nie jest wyborem złym, by się z nią bliżej zapoznać. To sprawnie napisana powieść, w której do ostatnich stron nie ma pewności jak zakończy się cała historia, a chociaż ja liczyłam na znacznie więcej, to i tak myślę, że jeszcze nie raz się z książkowo z Małgorzatą Wardą spotkam.

Garść cytatów:

Monika nie zwariowała, nie poddała się i na koniec opuściła piwnicę. 
Nie opuściłaś jej – szepce drąży głosik. – Tak ci się tylko wydaje”. (s. 325/326)



--------

Czytaj dalej

Jak nie napadać na bank [Alex Kava - Fałszywy krok]

Alex Kava, Fałszywy krok [One False Move], tłum. Krzysztof Puławski, Harlequin, 2010, 316 stron.

Jared Barnett wychodzi z więzienia. Mordercę i gwałciciela zza krat wyciągnął pozbawiony jakichkolwiek skrupułów adwokat Max Kramer, którego obchodzi jedynie zyskanie rozgłosu, a kwestie moralności ma w głębokim poważaniu. Jared nie zamierza spoczywać na laurach i od razu planuje skok, w który wciąga swoją siostrę Melanie i jej siedemnastoletniego syna Charliego. Napad na bank kończy się strzelaniną, w której ginie kilka osób.

Napad, ucieczka, pościg – brzmi stosunkowo banalnie, prawda? Fabuła w „Fałszywym kroku” nie jest tym, co w jakikolwiek sposób mnie zaskoczyło, a w gruncie rzeczy cały zamysł wydawał mi się zbyt prosty i szablonowy. Spodziewałam się czegoś więcej, bo nawet gdy punkt wyjścia nie poraża oryginalnością, to dalej można akcję poprowadzić tak, że śledzimy ją pełni napięcia. Tego zresztą po historii określanej jako thriller oczekiwałam. Więcej tu jednak z powieści sensacyjnej, chociaż okraszonej – co zresztą w jakimś stopniu tę książkę ratowało – dosyć ciekawym rysem (a może bardziej zarysem) psychologicznym bohaterów.

Zazwyczaj najbardziej intrygują mnie czarne charaktery, ale w tym przypadku to nie Jared mnie ciekawił, tylko Melanie, którą wprawdzie trudno uznać za wzór uczciwości, ale też nie sposób tak jednoznacznie umieścić po stronie tych złych. Kobieta czuje, że ma wobec brata dług wdzięczności, a wspólne trauma z dzieciństwa związała ją z nim na tyle, że nie jest w stanie się mu przeciwstawić. Sama wychowywała syna i całkiem nieźle, jak na stosowane metody (zręczne palce plus trochę szczęścia), sobie radziła. Gdy pojawia się Jared wszystko się jednak komplikuje, tym bardziej, że Charlie zapatrzony jest w wuja i to, co ten robi, wydaje mu się zawsze rozwiązaniem słusznym. Autorka stosunkowo sugestywnie pokazała wątpliwości, które targają Melanie, a chociaż jej wybory nie było mi łatwo do końca zrozumieć, to jednak zaczęłam się zastanawiać jak różne wydarzenia z przeszłości mogą rzutować na całe życie i wypaczać spojrzenie na niektóre sprawy.

W całej historii sporą rolę odgrywa też prokuratorka Grace, która kilka lat temu, z pełnym przekonaniem o winie, doprowadziła do skazania Jareda. Teraz musi się mierzyć z faktem, że mężczyzna przebywa na wolności i zdecydowanie dobrze pamięta, kto przyczynił się do posłania go za kratki. Mamy też Andrew – teoretycznie spełnionego pisarza, który akurat cierpi na niemoc twórczą. To facet, który ma poczucie, że nie zasługuje na sukces, a nawet jeżeli w danym momencie jego życia jest dobrze, to prędzej czy później i tak wszystko się zawali. Alex Kava w jego przypadku również postawiła na motyw wpływu przeszłości na dalsze życie. 

Fałszywy krok” czyta się w zawrotnym tempie – krótkie rozdziały i szybka akcja sprawiają, że rzeczywiście można poczuć się jak w czasie pościgu. Czasami pojawia moment oddechu i wtedy mamy okazje przyjrzeć się bliżej bohaterom, ciągle mając jednak świadomość, że zmierzamy do nieuchronnego końca. Zakończenie było takie, jakiego się spodziewałam, więc i tu niespodzianek zabrakło.

To było moje pierwsze spotkanie z autorką i fabularnie czuję się rozczarowana, ale styl pisania przypadł mi do gustu, więc przy kolejnych tytułach liczę na więcej. Połączenie swobodnej narracji, bohaterów z potencjałem i niebanalnych wydarzeń to dobry punkt wyjścia dla książki i gdyby wszystkie te elementy znalazły się w „Fałszywym kroku” wówczas mogłaby to być świetna powieść. Zabrakło tego ostatniego i niestety pokładanych w niej oczekiwań do końca nie spełniła.

Garść cytatów:

Uważaj, czego pragniesz. (…) Bo nawet jeśli to zdobędziesz, i tak okaże się, że chciałeś czegoś innego”. (s. 52)


--------

Czytaj dalej

Emily Giffin - Ten jedyny

Emily Giffin, Ten jedyny [The One&Only], tłum. Martyna Olczak, Otwarte, 2014, 523 strony.

Często przekonuję się, że wyobrażenie o danym tytule, które mi towarzyszy przed lekturą, ma pewien wpływ na jego późniejszy odbiór.  Nie miałam wcześniej okazji czytać żadnej powieści Emily Giffin, ale kilka czynników (np. dosyć krytyczne opinie, które wcześniej usłyszałam/przeczytałam od osób o gustach czytelniczych zbliżonych do mojego) złożyło się na to, że po „Tym jedynym” nie spodziewałam się wiele, nastawiając się prawdę mówiąc na mocno średnią lekturę. Na przekór wszystkiemu to wzmocniło też moją chęć przekonania się czy ta książka rzeczywiście jest aż tak słaba. Poza tym autorka jest dosyć znana i ma wielu swoich wiernych fanów – stąd wniosek, który pewnie można by dopasować do niemal każdej książki, że jednym się podoba, a innym wręcz przeciwnie. Byłam ciekawa do której grupy ja będę się zaliczała.

Umiera pani Carr – żona podziwianego i uwielbianego trenera futbolu, która od lat była zaangażowana w rozwój drużyny i wspierała męża w każdy możliwy sposób. Jej śmierć to nie tylko moment ciężki dla jej bliskich, ale i chwila refleksji nad życiem, które niekoniecznie wygląda tak, jak powinno. Shea wspiera przyjaciółkę, która straciła właśnie ukochaną mamę, ale jednocześnie zaczyna zastanawiać się nad tym, czy jest szczęśliwa. Ma faceta, ale nie jest on raczej tym wymarzonym; ma pracę, ale chociaż związana jest ze sportem, to niezupełnie pozwala jej czuć się spełnioną zawodowo. Krok po kroku zaczyna więc zmieniać kierunek, poszukując w życiu prawdziwej miłości i próbując swoją pasję do futbolu przekuć na zajęcie na pełny etat.

Kobieta po trzydziestce, która nagle postanawia wykonać zwrot o 180 stopni i wreszcie zacząć o siebie walczyć. Brzmi banalnie, prawda? Cóż, w powieści Emily Giffin nie znajdziecie nic odkrywczego. Chciałabym napisać, że jednak gdzieś w tym wszystkim są elementy wymykające się schematom i nawet chwilami miałam już nadzieję, że coś takiego się w tej książce pojawi, ale niestety się nie doczekałam. Wprawdzie wątek sportowy to też jakiś pomysł (a zajmuje tu naprawdę dużo miejsca), ale nie uznałabym go za specjalnie oryginalny. Po względem fabuły nie zaskoczyło mnie tu absolutnie nic. Od samego początku wiedziałam jak to wszystko się potoczy, chociaż odrobinę liczyłam na to, że autorka utrze mi jednak nosa i zastosuje jakiś ciekawy twist.

Nie od każdej powieści trzeba oczekiwać rzucającej na kolana przewrotności i wiem, że czasami dobrze jest, dla odprężenia, przeczytać coś, co zwyczajnie zapewni trochę niewymagającej rozrywki. Pod tym względem „Ten jedyny” na pewno się sprawdził – pióro pani Giffin spowodowało, że przez kolejne strony niemalże płynęłam, nie doświadczając wprawdzie wielkich uniesień, ale miło spędzając czas. Jest też trochę tak, że spodziewałam się, co tu dużo mówić, znacznie gorszej powieści, stąd pewnie w trakcie lektury jedno mnie jednak zaskoczyło – że wcale nie była ona tak zła. Na ekranie mogłaby z tego powstać typowa, ale miła w odbiorze komedia romantyczna.

Wprawdzie gdzieś w tle, a czasami i na pierwszym planie, pojawiają się tematy bardziej poważne, jak chociażby przemoc domowa, ale i tutaj nie należy oczekiwać głębokich refleksji i szerokiego podejścia do problemu. Trochę zbyt płytko jest pod tym względem, aby traktować to jako poważną próbę analizy i pozostawienia czytelnika z szeregiem ważnych przemyśleń. Oczywiście nie oznacza to, że „Ten jedyny” jest książką zupełnie o niczym – można z niej wyciągnąć lekcję na temat dążenia do bycia szczęśliwą, walki o miłość i przede wszystkim o siebie, ale wszystko to ma bardzo lekki charakter. Bez emocjonalnych wstrząsów i niezapomnianych wrażeń.

Bohaterowie, podobnie jak fabuła, nie zaskoczą czytelnika oryginalnością. Shea zyskała w gruncie rzeczy moją sympatię, ale nie jest postacią, którą zapamiętam na dłużej. Zachowanie Trenera trochę mnie dziwiło, a Ryan niestety okazał się chyba najbardziej typowy ze wszystkich. Można było pokusić się o bardziej niejednoznaczne charaktery, bo nawet jeżeli niektóre wątki uznać za podjęcie takiej próby, to nie wypadły one specjalnie przekonująco.

Mogłoby się wydawać, że „Ten jedyny” to raczej stosunkowo słaba powieść i rzeczywiście jeżeli szukacie czegoś przejmującego, powodującego przyspieszone bicie serca i zaskakującego niebanalnością, to nie radzę sięgać po ten tytuł. Jeżeli jednak najdzie Was ochota na coś przyjemnego, niewymagającego i napisanego z lekkością – powieść Emily Griffin się sprawdzi. To może być dobry odprężacz na leniwy dzień, ale nic poza tym. Gdyby autorka pociągnęła niektóre wątki, trochę więcej wyrazu nadała bohaterom i pokusiła się o mniej banalną fabułę – mogłaby z tego być świetna powieść. A tak – mamy miłe czytadło, od którego nie należy oczekiwać zbyt wiele.

Garść cytatów:

Futbol był naszym probierzem. Był opoką. Czymś, czego można się było chwycić, podczas gdy jasna łuna dogasała nad Walker w Teksasie, naszą małą prywatną arkadią.(s. 13)



Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy