Jeffery Deaver – Tańczący Trumniarz


Jeffery Deaver, Tańczący Trumniarz [The Coffin Dancer], tłum. Łukasz Praski, Prószyński i S-ka, 2018, 400 stron.
Lincoln Rhyme, tom 2.

Właściwie nie wiem dlaczego musiały minąć ponad cztery lata zanim sięgnęłam po kolejną książkę Jeffery’ego Deavera. Tym bardziej, że pierwszy tom serii – „Kolekcjoner Kości” – bardzo mi się podobał i byłam wtedy pełna entuzjazmu wobec powieści amerykańskiego pisarza. Tak czy inaczej wreszcie miałam okazję spotkać się z nim ponownie i sprawdzić czy dam się porwać stworzonej przez niego historii.

Na tle trumny z zakapturzoną śmiercią tańczy ludzka postać – taki tatuaż ma na ramieniu nieuchwytny zabójca, który nie zostawia po sobie właściwie żadnych śladów – oczywiście poza zwłokami na miejscach zbrodni. Policja przypuszcza, że ponownie zaatakował, a jego ofiarą padł jeden z właścicieli firmy lotniczej. Życie jeszcze dwóch osób jest zagrożone, więc śledczy muszą zrobić wszystko, by je ochronić i znaleźć zabójcę.

Czytaj dalej

Jeffery Deaver - Kolekcjoner Kości


Jeffery Deaver, Kolekcjoner Kości [The Bone Collector], tłum. Konrad Krajewski, Prószyński i S-ka, 2013, 376 stron.

Anonimowy telefon kieruje funkcjonariuszkę policji patrolowej Amelię Sachs w stronę torów kolejowych. Tam w czeka ją widok co najmniej makabryczny – wystająca na powierzchnie ręka, a na palcu, obdartym aż do kości, brylantowy pierścionek. Szybko okazuje się, że zakopany mężczyzna to jedna z dwóch porwanych osób, które wsiadły na lotnisku do taksówki i nie pojawiły się w hotelu. Istnieje nadzieja, że kobieta może jeszcze żyć, tym bardziej, że morderca zostawił kilka wskazówek, dzięki którym jest szansa na jej uratowanie.

Policja zwraca się o pomoc do Lincolna Rhyme’a, który na technikach prowadzenia śledztwa zna się jak nikt inny. Problem tkwi nie w tym, że mężczyzna jest niemal całkowicie sparaliżowany (może ruszać tylko jednym palcem, mięśniami szyi, twarzy i ramion), bo umysł ma zupełnie sprawny, ale tak się akurat składa, że Rhyme jest na etapie planowania swojej śmierci. Trzeba dodać, że są to przygotowania niezwykle zaawansowane i raczej nie ma czasu na zabawę w kryminalistyka. Tak się jednak szczęśliwie składa, że umysł zabójcy i umyślnie zostawiane wskazówki wzbudzają w nim ciekawość. A stąd już tylko krok (a ściślej rzecz ujmując ruch palca) do zaangażowania w całą sprawę.

Nie mogłam nic poradzić na to, że Lincoln Rhyme miał dla mnie postać Denzela Washingtona, a Amelia Sachs Angeliny Jolie. Gdy oglądałam na ekranie „Kolekcjonera kości” nie miałam jeszcze w planach lektury książek J. Deavera (prawdę mówiąc nie zdawałam sobie nawet wówczas sprawy, że film jest ekranizacją powieści), ale w gruncie rzeczy zarówno Jolie jak i Washingtona lubię, więc to mi zupełnie nie przeszkadzało. Bardziej niepokojącą kwestią mogłaby być świadomość jak rozwija się cała fabuła i kto jest mordercą, ale tu z pomocą przyszła (nareszcie się do czegoś przydała) moja zawodna pamięć i długi czas jaki minął od seansu – dzięki temu mogłam się zatopić w lekturze, zastanawiając się kim jest grasujący po Nowym Jorku zabójca.

Autor nie daje czytelnikowi tak naprawdę ani chwili wytchnienia – cała akcja toczy się na tyle szybko, że nietrudno byłoby w tym skupieniu na kolejnych wydarzeniach zapomnieć o porządnej kreacji bohaterów. Na szczęście Jeffery Deaver nie dał się skusić na potraktowanie tej kwestii po macoszemu i rozdając role w świetnie skonstruowanej fabule, zadbał także o satysfakcjonujący rys psychologiczny głównych postaci i zapamiętywalność (przynajmniej w większości przypadków) tych znajdujących się na drugim planie.

Bezsilny i zmęczony. Taki jest Rhyme, chociaż na jego charakterystykę to zdecydowanie zbyt mało. Te dwa uczucia towarzyszą mu jednak na co dzień od chwili, gdy został sparaliżowany, dlatego śmierć wydaje się całkiem logicznym rozwiązaniem. Strach przed nasilającymi się atakami, które mogą jeszcze pogorszyć jego stan i sprawić, że nie będzie miał już kontroli nad niczym, sprawia, że trudno mu wyobrazić sobie inne wyjście. Niejako w opozycji do tego poczucia beznadziei poznajemy Rhyme’a od innej strony – jako genialnego kryminalistyka, który jest w stanie w jednej chwili odwrócić bieg śledztwa. To ono zmusza go do wysiłku, czasami ponad siły, ale też staje się celem, dla którego warto samobójcze plany odłożyć na trochę później.

Amelia Sachs to twarda babka, co może niekoniecznie widać na pierwszy rzut oka. Trudno jednak dziwić się jej, że w zetknięciu z tak makabrycznymi zbrodniami, które wstrząsają Nowym Jorkiem, radzi sobie różnie. To jej zdecydowanie dodaje autentyczności, a jednocześnie stanowi szansę na pokazanie jak w ekstremalnych sytuacjach człowiek potrafi nie tylko szybko się uczyć, ale i sprawnie dostosowywać do warunków, na które nie ma wpływu.

Lincoln Rhyme ma (nie)ograniczone pole manewru jako główny filar śledztwa. Niezależnie od trudności jakie przysparza mu jego ciało, potrafi tak sprawnie wyciągać wnioski i dopasowywać kolejne elementy układanki, że z pewnością zasługuje na podziw. Amelia Sachs, zupełnie do tej roli nieprzygotowana, stanowi niejako jego przedłużenie, zabezpieczając miejsce zbrodni i docierając tam, gdzie mężczyzna dotrzeć nie może. Ich współpraca jest tym, co od pierwszej chwili szczególnie przypadło mi do gustu. Nie dlatego, że tak świetnie się układa – wręcz przeciwnie – Amelia mocno się przeciwko całej sprawie buntuje, głównie dlatego, że została w nią wbrew swojej woli wmanewrowana. Deaver daje czytelnikowi okazję obserwowania dwóch niełatwych charakterów, które się ze sobą ścierają i nie od razu dochodzą do porozumienia. Jest dzięki temu zdecydowanie ciekawiej.

W książkach takich jak „Kolekcjoner kości” szczególnie cenne jest wniknięcie w psychikę mordercy. Niespecjalnie przekonuje mnie sprawca, który przez całą powieść kryje się całkowicie w cieniu, by na sam koniec wyskoczyć z zza któregoś rogu i ujawnić swoją tożsamość. Odpowiednio skonstruowany portret zabójcy buduje klimat całej historii, jest ogniwem, które spaja całość. Gdy niemal czujemy jego oddech na karku to oznacza, że autor naprawdę świetnie się spisał. Deaver zadbał o to, żeby czytelnik miał okazję poznać bliżej Kolekcjonera Kości – jesteśmy świadkami jego zbrodni, które wiele mówią o jego szaleństwie i inteligencji jednocześnie. To on dyktuje warunki na jakich rozgrywają się kolejne wydarzenia – ma władzę i doskonale o tym wie.

Śledztwo rozgrywa się na przestrzeni zaledwie kilku dni i jest na tyle intensywne, że czytelnik nie ma okazji się nudzić. Przy takim tempie wydarzeń, gdy liczy się każda minuta, bo od tego może zależeć ludzkie życie, mimo wszystko znajdzie się czas na poznanie wielu kryminalistycznych technik. Chociaż za najbardziej fascynujący i tak uznałam geniusz Rhyme'a, to elementy związane z pracą nad dowodami również wypadają ciekawie i co istotne – przekonująco. Widać, że autor (z wykształcenia dziennikarz i prawnik), solidnie przygotował się do ich opisów, zachowując przy tym równowagę i tym samym nie przytłaczając zbytnio czytelnika niewiele mówiącymi specjalistycznymi określeniami. To umiejętność, którą zdecydowanie doceniam.

Dużo czasu minęło odkąd w głowie zaświtała mi myśl, że warto by było z prozą J. Deavera się zapoznać. Żałuję, że tyle trwało zanim wreszcie po nią sięgnęłam, ale jednocześnie cieszę się, że w końcu ten moment nastąpił. „Kolekcjoner Kości” to kawałek naprawdę zajmującego historii, z gatunku tych, o których myśli się nawet w chwilach gdy książka odłożona na bok czeka aż ponownie po nią sięgniemy. Thriller z krwi i kości. O tak, z kości szczególnie.

Garść cytatów:

Patrzymy na innych tak, jak patrzymy na siebie.” (s. 56)

Kości nie kłamią. Są nieśmiertelne.” (s. 208)

Ludzie są zabobonnymi istotami, Sachs. Sądzimy, że nadając czemuś inną nazwę, zmieniamy to.(s. 277)

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy