Emily Henry - Ludzie, których spotykamy na wakacjach
29.09.2026Czy kupiłam powieść „Ludzie, których spotykamy na wakacjach” Emily Henry z myślą, że zabiorę ją na wakacje właśnie? Nie zaprzeczam ;) Uznałam, że to będzie doskonały klimat na poznanie historii Poppy i Alexa, którzy jako dwójka przyjaciół co roku razem podróżują, odkrywając nowe miejsca. On spokojny, poukładany, ona postrzelona i pełna energii, a chociaż ich pierwsze spotkanie wcale nie zapowiadało takie długiej znajomości, to jednak do pewnego momentu byli sobie naprawdę bliscy. Problem w tym, że od dwóch lat niemal się do siebie nie odzywają i trudno powiedzieć czy da się to jeszcze uratować. Ale może właśnie Wakacyjny Wyjazd jest najlepszym remedium?
Nie wiem czy to urlop, słońce, leżaczek i bliskość wody tak mnie pozytywnie nastroiły, czy po prostu to taka książka, która czyta się sama. Zresztą wiedziałam, że na Emily Henry można liczyć, bo kilka razy miałyśmy już okazję się literacko spotkać. Pamiętam, że jakiś czas temu przy „Wspaniałym, cudownym życiu” towarzyszyło mi takie rozczulenie na myśl o bohaterach, a tym razem vibe był nieco inny, luźniejszy i powodujący więcej śmiechu (kilka razy w głos!) niż wzruszenia. I dobrze, bo to doskonale pasowało mi i do miejsca, i do nastroju.
Nie jest też tak, że „Ludzie, których spotykamy na wakacjach” to tylko i wyłącznie śmiesznostki i zabawne momenty, bo historia Poppy i Alexa, jak to u Emily Henry bywa, odkrywa kilka tych delikatnych miejsc, które tak podatne są na zranienie. Okazuje się, że osiągnięcie tego, do czego się tak mocno dążyło wcale nie gwarantuje szczęścia, a także że czasami ten, kto dba o wszystkich dookoła zapomina, że nie musi dźwigać zawsze bagażu sam. Poza świetną zabawą i poczuciem sięgnięcia po taką zwyczajnie przyjemną lekturę było więc też miejsce na garść refleksji.
Zabranie akurat tej powieści do walizki to był zdecydowanie dobry wybór i tylko jedno czym odrobinę się martwię to fakt, że już coraz mniej nieprzeczytanych książek autorki na mnie czeka.
Garść cytatów:
„(...) tylko wśród rodziny czułam się jak u siebie, ale nawet tam stanowiłam coś w rodzaju luźnej części, tej zaskakującej dodatkowej śruby, którą IKEA dołącza do regału tylko po to, żeby napędzić człowiekowi stracha”. (s. 115)












6 komentarze
Doskonały wybór na wyjazd. Emily Henry ma niesamowity dar do tworzenia relacji, które bawią do łez, a jednocześnie potrafią dotknąć czegoś bardzo prawdziwego i głębokiego. Relacja Poppy i Alexa i ten motyw kontrastów to czysta przyjemność z czytania. Doskonale rozumiem też ten żal na myśli o kończących się nieprzeczytanych powieściach autorki, bo po jej książki zawsze sięga się z ogromnym zaufaniem i pewnością dobrej lektury. Piękny wpis, aż ma się ochotę natychmiast spakować walizkę i ruszyć gdzieś z dobrą książką.
OdpowiedzUsuńPełna zgoda! Książki, które pod lekką warstwą fabularną kryją okazję do refleksji są moimi ulubionymi :)
UsuńTwój entuzjazm chyba mnie zaraził. Zapisuję sobie tytuł tej książki.
OdpowiedzUsuńBardzo się cieszę, może u Ciebie ta książka też wywoła uśmiech ♥
UsuńEmily Henry bardzo dobrze pisze. Jej książki są świetne, cieszę się, że ta ci się podobała.
OdpowiedzUsuńTeż bardzo lubię jej powieści :) Przede mną teraz "Happy place"
UsuńZapraszam do dyskusji i dziękuję za każde pozostawione słowo :)