Emily Brontë, Wichrowe Wzgórza [Wuthering Heights], tłum. Tomasz Bieroń, Znak, 2013, 384 strony.
Sięgając po „Wichrowe Wzgórza” w głowie miałam tak naprawdę niewiele skojarzeń, poza tym, że książka ta określana jest jednym z najlepszych literackich
romansów wszechczasów, a zachwyty nad całą historią towarzyszą jej od dawna.
Nie oglądałam jej na ekranie, a nazwisko Brontë
widniało na
czytanej przeze mnie pozycji po raz pierwszy. Z jednej strony trochę obawiałam
się zmierzenia z taką „legendą”, z drugiej liczyłam na to, że może i mnie urzekną
tak podobno porywające losy bohaterów. Teraz, gdy ostatnie strony już za mną, napisać mogę przede wszystkim jedno – ta powieść zdecydowanie mnie zaskoczyła.
Wichrowe Wzgórza to posiadłość, która na
przestrzeni lat była świadkiem wielu dramatów, a szczęśliwe chwile w murach
tego domu pozostawały tylko ulotnym i mglistym punkcikiem na mapie życia jego
mieszkańców. Gdy echa dawnych nieszczęść wciąż pozostają żywe, zjawia się pan
Lockwood, który w dzierżawę wziął znajdujące się nieopodal Drozdowe Gniazdo. W
przypływie towarzyskich zapędów (co nie jest u niego wcale rzeczą typową)
postanawia poznać lokatorów Wichrowego Wzgórza. Nietypowe zachowanie i grubiańskie
przyjęcie jakie go spotyka od mieszkańców, a także wrodzona ciekawość stanowią
impuls do poznania historii ich życia. Opowiedziana przede wszystkim ustami
gospodyni – Pani Dean - z każdym kolejnym zdaniem ujawnia jak burzliwe i
przewrotne mogą być ludzkie losy. Mi osobiście kazała się też poważnie zastanowić
czy jest to rzeczywiście historia o miłości.
- 9.02.2014
- 11 Komentarze



