Harlan Coben, Najczarniejszy strach [Darkest Fear], tłum. Andrzej Grabowski, Albatros, 2021, 384 strony.
- 14.07.2026
- 4 Komentarze
Maggie McCabe kochała swoją pracę, a przeprowadzanie operacji w niebezpiecznych warunkach było jej częścią. Dziś jednak nie ma już prawa do wykonywania zawodu, liczba osób, na które może naprawdę liczyć mocno się skurczyła, na horyzoncie pojawia się wizja sprzedania domu, a walka o przetrwanie nabrała innego wymiaru. Kiedy więc jej mentor z czasów studenckich podsuwa opcję intratnego zlecenia, Maggie postanawia przynajmniej poznać szczegóły. Ostatecznie na decyzję ma niewiele czasu i zanim się obejrzy już znajduje się w Rosji u pewnego oligarchy, u którego ma przeprowadzić zabieg. Nic szczególnie skomplikowanego, ale cała sytuacja i tak zdaje się jakoś niepokojąco dziwna.
Kilka miesięcy temu cieszyłam się, że „Jeden fałszywy ruch”, czyli piąty tom serii o Myronie Bolitarze, był dokładnie taki, jak lubię jeśli chodzi o książki Harlana Cobena – wciągający od pierwszej strony i zaskakujący. I proszę bardzo – przy „Ostatnim szczególe” mam powtórkę z rozrywki. Strony dosłownie przewracały się same, a rozwiązania nie udało mi się przewidzieć.
Już kilka razy na przestrzeni ostatnich miesięcy miałam zamiar sięgnąć po kolejny tom serii o Myronie Bolitarze, ale tylko wyciągałam go z podręcznego koszyka książek do przeczytania, trzymałam przez chwilę w rękach i odkładałam na miejsce. Mam wrażenie, że ostatnie – niestety mniej udane - spotkanie z bohaterami („Błękitna krew”) jakoś ostudziło mój zapał i trochę się obawiałam rozczarowania. Przyszedł jednak moment, gdy poczułam, że nadszedł czas na przełamanie tego impasu, otworzyłam „Jeden fałszywy ruch” i wreszcie zatopiłam się w powieści Harlana Cobena.
Lubię książki Harlana Cobena i już od lat nic się w tym względzie nie zmienia. Może tylko kiedyś czułam większą pewność, że kolejna historia będzie totalnie porywająca, ale to chyba kwestia tego, że sięgając po coraz więcej powieści danego autora, trudno zawsze czuć tę samą siłę przyciągania. Pewnie dlatego teraz, kiedy zaczynam z nim nową przygodę, zastanawiam się do którego zbioru wskoczy tym razem – tych tytułów, od których trudno się było oderwać i mnie zaskoczyły, czy może takich, gdzie zabrakło trochę tego ognia i było zbyt przewidywalnie. Od razu zdradzę wam, że „Za wszelką cenę” to mieszanka – czytało mi się ją tak, jak lubię najbardziej, czyli strony przewracały się same, a historia okazała się bardzo wciągająca, ale zbyt szybko odkryłam rozwiązanie i zabrakło mi na końcu jakiegoś plot twista, który by zmienił cały obrazek.
Kiedy pisałam o trzecim tomie serii z Myronem Bolitarem („Bez śladu”) wspomniałam, że już się nie mogę doczekać, żeby sprawdzić czy czwarty trzyma tak samo dobry poziom. A jednak minęły ponad trzy lata zanim sięgnęłam po „Błękitną krew” i nawet nie mogę się tłumaczyć tym, że nie miałam jej pod ręką, bo przecież czekała przez cały ten czas grzecznie na półce. Chciałabym teraz napisać, że niepotrzebnie tak długo zwlekałam, bo powieść okazała się świetna, ale prawdę mówiąc akurat tym razem Harlan Coben nieszczególnie mnie porwał…
Przyznaję, że trochę się „Brakującego elementu” obawiałam, bo chociaż pierwszy tom serii, czyli „Chłopiec z lasu” nie był wcale złą powieścią, to jednak pozostawił mnie z niedosytem. Nie chciałam powtórki z rozrywki, a z drugiej strony byłam ciekawa, na czym tym razem skupi się autor. Cieszę się, że lektury nie odpuściłam, bo Harlan Coben postawił na to, czego mi poprzednio brakowało, czyli na historię Wilde’a, który jako dziecko został znaleziony w lesie.
Książki Harlana Cobena zazwyczaj pochłaniam w mgnieniu oka, bo tak przyjemnie płynie mi się przez kolejne strony, że mam wrażenie jakby przewracały się same. Niestety, nie tym razem. Długo trwało zanim zaczytałam się w „Bez pożegnania” i przynajmniej w jakimś stopniu przekonałam się do tej historii. Te trudne początki i kilka innych rzeczy sprawiają, że nie będzie to jedna z moich ulubionych powieści amerykańskiego pisarza.
Przez lata Harlan Coben był dla mnie gwarantem dobrej rozrywki i po kolejne książki sięgałam bez wahania. I nie jest tak, że nagle to się całkowicie zmieniło, ale przyznaję, że ostatnio różnie nam się układa i nie mam już tyle pewności wobec jego powieści, co kiedyś. Z przyjemnością myślę o serii z Myronem Bolitarem, którą od pewnego czasu poznaję (i do tej pory mnie nie zawiodła), ale jeśli chodzi o pojedyncze tytuły, to mam do czynienia raczej z sinusoidą wrażeń. Zaintrygowanie i zadowolenie („W głębi lasu”, „Nieznajomy”) przechodzi w niedosyt („O krok za daleko”, „Chłopiec z lasu”), a stąd już nie taka długa droga do rozczarowania. Jeszcze nie tym razem, jeszcze nie teraz, ale „Niewinnemu” czegoś jednak brakuje, by znaleźć się wśród tych powieści, które polubiłam bardziej.
Wśród mieszkańców Westville i okolic pojawiały się pogłoski, że na terenie Stanowego Parku Krajobrazowego Ramapo Mountain można spotkać przemykającego między drzewami małego chłopca, ale kiedy zostaje on wreszcie złapany, trudno jest uwierzyć, że zdołał sam przetrwać w lesie. Jak długo? Nikt nie jest pewien, podobnie jak tego, skąd w ogóle dziecko pochodzi. Nikt nie zgłosił jego zaginięcia, on sam właściwie nic o sobie nie wie. Mijają trzydzieści cztery lata, a Wilde – bo takie nadano mu nazwisko – w jakimś sensie stał się częścią społeczności, choć jednocześnie dalej pozostaje wyobcowany. I nadal najlepiej czuje się w lesie.
