Harlan Coben, Najczarniejszy strach [Darkest Fear], tłum. Andrzej Grabowski, Albatros, 2021, 384 strony.
- 14.07.2026
- 4 Komentarze
Wiedziałam, że jakaś łódka, jakiś tygrys, wiele sprzedanych egzemplarzy, Nagroda Bookera i film, którego nie oglądałam. Cóż, na tym mniej więcej kończyła się moja wiedza i wyobrażenie na temat powieści „Życie Pi”. Zakładałam, że kiedyś pewnie ją przeczytam (jest na liście top 100 książek BBC, a ja od czasu do czasu staram się coś z niej odhaczać) i to kiedyś nastąpiło właśnie teraz. I już nie jakiś tam tygrys, a Richard Parker i i nie jakaś tam łódka, a szalupa, która na wiele, wiele dni staje się najbardziej i najmniej bezpiecznym miejscem dla pewnego chłopca.
Przyznaję, że Sebastian Fitzek uciekł z mojego czytelniczego radaru na dłuższy czas, mimo że dawniej kilka jego książek („Odłamek”, „Kolekcjoner oczu”, „Pasjonat oczu”) zrobiło na mnie naprawdę bardzo dobre wrażenie. Potrafił namieszać mi w głowie jak mało kto, a w przypadku thrillerów to jest coś, na co czekam szczególnie. Cieszę się więc, że przy okazji jego najnowszej powieści miałam okazje przekonać jak bardzo teraz pokręcone są jego pomysły (bardzo!) i czy nadal potrafi mnie zaskoczyć (oj tak!).
Maggie McCabe kochała swoją pracę, a przeprowadzanie operacji w niebezpiecznych warunkach było jej częścią. Dziś jednak nie ma już prawa do wykonywania zawodu, liczba osób, na które może naprawdę liczyć mocno się skurczyła, na horyzoncie pojawia się wizja sprzedania domu, a walka o przetrwanie nabrała innego wymiaru. Kiedy więc jej mentor z czasów studenckich podsuwa opcję intratnego zlecenia, Maggie postanawia przynajmniej poznać szczegóły. Ostatecznie na decyzję ma niewiele czasu i zanim się obejrzy już znajduje się w Rosji u pewnego oligarchy, u którego ma przeprowadzić zabieg. Nic szczególnie skomplikowanego, ale cała sytuacja i tak zdaje się jakoś niepokojąco dziwna.
Nie będzie żadnym zaskoczeniem jeśli napiszę, że Donato Carrisi to jeden z moich ulubionych pisarzy i gdy pojawia się jakaś jego nowa książka, to nie zastanawiam się czy ją przeczytam, ale kiedy. Kolejne spotkania obarczone są jednak dosyć wysokimi oczekiwaniami, bo mimowolnie liczę na tak silne emocje, jakich dostarczyły mi jego powieści, które znajdują się w mojej osobistej topce - „Zaklinacz”, „Dom głosów”, i „Trybunał dusz”. I czasami zdarza się, że chociaż nowa historia jest naprawdę dobra, to u mnie mimo wszystko pojawia się po lekturze pewien niedosyt i przekonanie, że autor potrafi jeszcze lepiej. Tak właśnie mam z „Edukacją motyli”.
Sięgając po trzeci tom Sagi rodu Cazaletów czułam się trochę tak, jakbym odwiedzała niewidzianą przez jakiś czas rodzinę. Rodzinę, która - jakkolwiek to zabrzmi - w ostatnim czasie nie jest może najbliższa i na wizyty nie czeka się z ogromnym utęsknieniem, ale jak już jesteśmy razem, to dobrze wiedzieć, co u poszczególnych osób się działo. Słucha się opowieści o codziennostkach z zainteresowaniem i momentami nawet z pewnym przejęciem, a później wraca się do domu z poczuciem miło spędzonych godzin, ale bez rozpamiętywania tego, o czym w czasie spotkania była mowa. Tak właśnie mam z kolejną powieścią Elizabeth Jane Howard.
Annę Bailey znam z książki „Przedsionek piekła”, którą wspominam jako mocno angażującą i pozwalającą naprawdę głęboko wniknąć w psychikę bohaterów. Mam takie poczucie, że to historia niedoceniona, bo nie jest porywająca w oczywisty sposób i - doskonale to rozumiem - nie każdego przekona. U mnie jednak to poprzednie spotkanie spowodowało, że aż zaświeciły mi się oczy, gdy zobaczyłam, że pojawiła się nowa powieść brytyjskiej pisarki. Nie byłam oczywiście pewna czy zrobi na mnie równie silne wrażenie, ale cieszyłam się na samą myśl, że będę miała okazję to sprawdzić.
Zdecydowanie lubię się z książkami Daphne du Maurier (a szczególnym uczuciem darzę powieści „Moja kuzynka Rachela”, „Oberża na pustkowiu” i „Kozioł ofiarny”), więc okazję do kolejnego spotkania skwapliwie wykorzystałam. Tym razem w ręce wpadły mi „Niebieskie soczewki i inne opowiadania”, a że z krótką formą w wykonaniu autorki też miałam już do czynienia (bardzo dobry zbiór „Ptaki”), to nastawiałam się na naprawdę wciągającą lekturę. I częściowo zdecydowanie tak było. A częściowo niestety nie.
Odrobinę obawiałam się czy sięgnięcie po kolejną książkę Khaleda Hosseiniego tak szybko po lekturze poprzedniej („Tysiąc wspaniałych słońc”) będzie dobrym pomysłem. To ostatnie spotkanie z nim było zdecydowanie udane, ale zastanawiałam się czy nie poczuję przesytu podobną tematyką. Na szczęście nie miałam wrażenia wtórności, bo poza tym, że dla całości duże znaczenie ma afgańska kultura i Afganistan jako taki, to już historie poszczególnych postaci były tak różne, że bez problemu się w nie zaangażowałam. Tym razem chyba nawet jeszcze bardziej niż poprzednio.
Khaled Hosseini kojarzył mi się przede wszystkim z powieścią „Chłopiec z latawcem”, która zrobiła na mnie kilka lat temu spore wrażenie. Miałam w planach sięgnięcie po inne jego książki, ale wiecie jak to z planami bywa - niektóre ciągle odkłada się na później. Przyszedł jednak moment, gdy w ręce trafiły mi dwie pozostałe powieści afgańskiego autora i dziś chciałam wam napisać kilka słów o jednej z nich - „Tysiąc wspaniałych słońc”.
Jak mi się tę książkę dobrze czytało! Lekka, ale jednocześnie angażująca, wywołująca uśmiech, ale też garść refleksji, fabularnie dosyć przewidywalna, ale napisana tak zgrabnie, że przyjemność z poznawania losów bohaterów była zdecydowanie warta poświęcenia jej czasu. I zaś miałam w głowie taką myśl - czemu nie sięgam częściej po takie powieści? Po te spod pióra Laury Wood na pewno będę!
Jeśli mam rzucić wszystko i czytać, to właśnie dla takich książek, jakie pisze Valérie Perrin. Dla tych wszystkich (nie)zwykłych emocji uderzających prosto w serce, dla bohaterów, którzy stają mi się bliscy, dla historii bezpiecznie rozsiadających się w mojej wyobraźni.
Wyobrażam sobie jak Stuart Turton siada przy biurku i zaczyna tworzyć historię, do której wrzuca mnóstwo elementów, mocno nimi potrząsa i to wszystko się w trakcie rozwoju akcji kotłuje, buzuje i zderza ze sobą tak, że omal nie wybucha. Jest w tym i moc wyobraźni i umiejętność tworzenia szalenie sugestywnej powieści. Jest także precyzyjne rozmieszczenie wszystkich wątków, które pozornie poplątane, przyprawiające o zawrót głowy, tak naprawdę od początku do końca mają swoje miejsce. Takie właśnie jest „Morderstwo u kresu świata”, które wciągnęło mnie od pierwszych stron i utwierdziło w przekonaniu, że po książki Turtona mogę sięgać w ciemno.
Podobała mi się poprzednia książka Sophie Haydock "Cztery muzy", ale nadal pamiętam, że na początku nieco trudno było mi się w niej zaczytać i potrzebowałam czasu, żeby się odnaleźć w wiedeńskiej codzienności Egona Schielego. Pewnie dlatego z jednej strony byłam pewna, że drugą powieść - "Madame Matisse" - będę chciała poznać, a z drugiej trochę się obawiałam za nią zabrać. Niepotrzebnie się martwiłam, bo tym razem w z miejsca zaangażowałam się w losy bohaterów i z dużą ciekawością przewracałam kolejne strony.
To już nie tylko widmo wojny odpychane nadzieją, że jednak do niej nie dojdzie. Jest 1939 rok i rodzina Cazaletów musi odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w której Londyn nie jest już bezpieczny, naloty bombowe stają się codziennością, a posiadłość Home Place to teraz bardziej schronienie niż wakacyjna oaza.
Rodzina Merritt przyjmuje do swojego domu w Los Angeles uczennicę z Wielkiej Brytanii, która ma spędzić u nich cały rok szkolny. Być może to przypadek, ale Tanya jest bardzo podobna do niedawno zmarłej córki Natalie i Matta - Anabel. Dziewczyna szybko odnajduje się w nowym miejscu, zaskarbiając sobie uczucia pani domu, która z miejsca obdarza ją ogromną sympatią. Okazuje się jednak, że młodsza córka Merritów - Paige - nadaje na totalnie innych falach niż nowa lokatorka i ich wzajemne relacje od początku będą dosyć burzliwe. Poza tym ta nowa sytuacja okaże się dla całej rodziny punktem zapalnym do wyjścia na jaw sekretów, które miały pozostać w cieniu...
