Sebastian Fitzek - Odłamek

             Sebastian Fitzek, Odłamek [Splitter], tłum. Barbara Tarnas, G+J, 2010, 367 stron.

Niedawno skończyłam czytać „Odłamek”, a już z ciekawością (a właściwie to żądnym mocnych wrażeń wzrokiem) spoglądam na półkę, gdzie czeka „Pasjonat oczu” oraz myślę o tytułach, którymi koniecznie muszę zasilić swoją biblioteczkę. Wszystko to dlatego, że Sebastian Fitzek już po raz drugi z łatwością wciągnął mnie w stworzoną przez siebie historię, nie pozwalając niemal wcale (tu mocno żałowałam, że jednak muszę iść rano do pracy) się od niej oderwać. Żeby nie było jednak tak idealnie, to „Odłamek” ma pewne drobne rysy, pojawiające się w fabule, ale jeśli przez całą powieść z napięciem śledziłam rozwój akcji i zupełnie oderwałam się od rzeczywistości, to znak, że niemiecki autor zdecydowanie potrafi przyciągnąć i utrzymać uwagę.

Czytaj dalej

Haruki Murakami – Wszystkie boże dzieci tańczą


Haruki Murakami, Wszystkie boże dzieci tańczą [Kami no kodomo-tachi wa mina odoru], tłum. Anna Zielińska Elliott, MUZA, 2014, 181 stron.

Haruki Murakami nie rozbija mnie swoimi słowami na milion kawałeczków, nie sprawia, że brak mi tchu i muszę walczyć z książkowym kacem. A jednak za każdym razem, gdy się z nim literacko spotykam, wywołuje we mnie wiele refleksji i zabiera w niby zwyczajny, a jednak nietuzinkowy świat. Nie kradnie mi serca, a mimo to zawsze znajdzie miejsce, w które je zadrapie i zmusi do zastanowienia się nie tyle nad stworzonymi bohaterami, co nad sobą samą. Nie jestem pewna czego dokładnie zabrakło we „Wszystkie boże dzieci tańczą”, ale spośród dotychczasowych tytułów, ten najkrócej zajmował moje myśli po lekturze.

Ludzie giną w wyniku strasznego trzęsienia ziemi, ale świat tak naprawdę wali się każdego  dnia – codziennie ktoś ma wrażenie, że coś go przygniata tak mocno, że trudno mu oddychać. Każdy z bohaterów zbioru sześciu opowiadań japońskiego pisarza z czymś się zmaga, czegoś szuka i gubi się, by czasem się odnaleźć, a czasem wręcz przeciwnie. Ich przeciętność stanowi w tym przypadku atut, bo wydają się wtedy bliżsi, nieoderwani od rzeczywistości, bardziej prawdziwi.

Czytaj dalej

Lucy Maud Montgomery - Dolina Tęczy



 Lucy Maud Montgomery, Dolina Tęczy [Rainbow Valley], tłum. Janina Zawisza-Krasucka, Wydawnictwo Literackie, 2014, 278 stron.
Cykl: Ania z Zielonego Wzgórza, tom 6.

Wędruję sobie po Przystani Czterech Wiatrów – bez ścisłego planu, bez pośpiechu – tylko i aż po to, by cieszyć się chwilą. Spotykam się z Anią, Gilbertem i ich dziećmi, ale poznaje też nowych mieszkańców Złotego Brzegu. Z przejęciem towarzyszę im w radosnych i smutnych momentach, czując, że nieważna jest świadomość literackiej fikcji, bo zupełnie nie przeszkadza ona przenosić się do opisywanych miejsc oczyma wyobraźni. Odkrywam Dolinę Tęczy i przypominam sobie o miejscach z dzieciństwa, które były mi równie drogie. Lucy Maud Montgomery jak zawsze sprawia, że codzienne troski przynajmniej odrobinę bledną i na sercu robi się zwyczajnie lżej.

Już w poprzedniej części serii („Ania ze Złotego Brzegu”) dzieci zajmowały dużo miejsca, a w „Dolinie Tęczy” to one wiodą zdecydowany prym. Ani i Gilberta jest stosunkowo niewiele, co nie ukrywam odrobinę mnie smuci. Z drugiej jednak strony autorka pozwala częściej spojrzeć na świat na inne sposoby, oddając głos młodszym bohaterom. Poza dziećmi z Przystani Czterech Wiatrów, bardzo dobrze poznałam pociechy nowego pastora, który pojawił się w Złotym Brzegu. Ta gromadka dostarcza naprawdę sporo wrażeń, bo niepożyte ilości energii nie pozwalają usiedzieć im w miejscu. Chyba, że akurat organizują spotkanie w Dolinie Tęczy. To od pewnego momentu ich wspólna oaza, gdzie nie raz rozbrzmiewa pełen radości śmiech.

Czytaj dalej

Marcin Mortka – Miasteczko Nonstead

Marcin Mortka, Miasteczko Nonstead, Fabryka Słów, 2012, 297 stron.

Zastanawiam się nad pierwszym spotkaniem z Marcinem Mortką i z pewną trudnością przychodzi mi określenie, na ile było ono udane. Problem tkwi w tym, że chociaż w ogólnym rozrachunku „Miasteczko Nonstead” przypadło mi do gustu, to jednocześnie czuję, że można było z tej historii wyciągnąć jeszcze więcej. Predyspozycje ku temu autor ma zdecydowanie, ale tym razem nie zdołał mnie wbić w fotel i sprawić, że z dreszczem przechodzącym po plecach będę wspominała wizytę w małym, dziwnym miasteczku.

Nathan po ogromnym sukcesie swojego zbioru opowiadań grozy, przeżywa trudne chwile w życiu osobistym. Jego ukochana nagle zniknęła i trudno mu się pogodzić, że być może więcej jej nie zobaczy. Wraca więc pod zmienionym nazwiskiem do miejsca, w którym przeżyli jedne z najszczęśliwszych chwil, licząc, że uda mu się odciąć od męczącej sławy i poukładać sobie rozsypane na kawałki życie. Można by to uznać za całkiem niezły plan, gdyby nie fakt, że miasteczku Nonstead bardzo daleko do gościnnego miejsca. Dzieją się w nim mocno niepokojące rzeczy (znikający ludzie; dziecko rozmawiające przez sen i cóż… uzyskujące odpowiedź; stojąca w lesie – podobno przeklęta - Samotnia) i spokój to ostatnie na co może liczyć Nathan. Mężczyzna szybko (moim zdaniem nawet zbyt szybko) porzuca swoją fałszywą tożsamość i angażuje się w kolejne wydarzenia. Poszukiwanie odpowiedzi nigdy jednak nie jest w takich sytuacjach bezpieczne i pewnie mądrzej byłoby od razu wyjechać.

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy