Agatha Christie – Morderstwo na polu golfowym


Agatha Christie, Morderstwo na polu golfowym [The Murder on the Links], tłum. Jan S,. Zaus, Wydawnictwo Dolnośląskie, 2016, 221 stron.

Herkules Poirot zdecydowanie lubi wyzwania i gdy wśród mało zajmującej poczty znajduje list z prośbą o pomoc ani chwili się nie waha. Już w tym momencie zaczyna małe śledztwo, a będzie to tylko wstęp do zdecydowanie bardziej poważnej sprawy. Po dotarciu do posiadłości okaże się bowiem, że nadawca został zamordowany, a jego żona zakneblowana i związana, by nie mogła wezwać pomocy.

Podejrzewać od samego początku trzeba jak zawsze wszystkich – służbę, domniemaną kochankę ofiary, syna i jego matkę oczywiście też, a także tych, którzy chociażby na moment się w tej sprawie pojawią. Zdążyłam się już do tego przyzwyczaić i zawsze staram się nie przegapić żadnej poszlaki. Nie spieszę się, mimo że zazwyczaj korci mnie, żeby szybko dotrzeć do rozwiązania i dowiedzieć się kto jest winny. Wiem jednak, że to odebrałoby mi sporo przyjemności czytania oraz, jak to mawia wąsaty Belg, wysilania szarych komórek. Kombinuję, przyglądam się reakcjom przesłuchiwanych, wczuwam się w postać detektywa, ale sukcesu zdecydowanie nie mogę być pewna, bo autorka robi wszystko, żeby namieszać mi w głowie. W „Morderstwie na polu golfowym” zdecydowanie się jej to udało.

Czytaj dalej

Najlepsze książki 2016 roku

Wybór nie był prosty, ale bardzo chciałam wskazać najlepsze książki 2016 roku spośród tych, które miałam przyjemność czytać, bo to doskonała okazja do przypomnienia o wartych uwagi tytułach :).


Kolejność zupełnie przypadkowa.



Stephen King w wydaniu, które uwielbiam - małe miasteczko, mocno niepokojący klimat i mnóstwo emocji. Zaczyna się niespiesznie (co jest zresztą dla autora typowe), ale od książki dosłownie nie mogłam się oderwać.



Zakochałam się w tej powieści od pierwszego zdania. Klątwa i tajemnice sprzed lat. Cyrk pokazany jako miejsce pełne fascynujących osobowości. Ogromne znaczenie pewnej księgi. Dla mnie to magiczna historia!

Czytaj dalej

Matthew Quick – Prawie jak gwiazda rocka


Matthew Quick, Prawie jak gwiazda rocka [Sorta Like a Rock Star], tłum. Maria Borzobohata-Sawicka, Otwarte, 2014, 380 stron.

Pamiętam, że przy ostatniej książce Matthew Quicka, którą miałam okazję czytać, czyli „Wybacz mi, Leonardzie” towarzyszyło mi uczucie, że wybrałam na nią trochę nieodpowiedni moment. Jak zawsze doceniłam prosty styl pisania i umiejętność kreowania ciekawych bohaterów, a i przesłanie po pewnych turbulencjach do mnie trafiło, ale pozostała mi po tamtej historii jakaś nuta przygnębienia. „Prawie jak gwiazda rocka” zastała mnie natomiast w takim momencie, że przeżywałam ją całą sobą i to niezależnie od tego, że w istocie jest nieskomplikowaną powieścią młodzieżową, która być może w innej chwili nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia.

Amber ma siedemnaście lat i głowę pełną pomysłów na to, jak zarażać innych swoim optymizmem. Z czwórką przyjaciół tworzy Federację Fantastycznych Fanatyków Franksa (to jeden z jej nauczycieli - prowadzi Klub Marketingowy) i stara się każdego z nich chronić przed docinkami dzieciaków w szkole; jeździ do jednego z kościołów, by uczyć Koreanki języka angielskiego, świetnie dogaduje się z tamtejszym księdzem, a poza tym jest fanką Jezusa i uważa, że ma on w sobie coś z gwiazdy rocka; w domu starców toczy bitwy Joan Sędziwą, za każdym razem doprowadzając do uśmiechu kobietę marudną, zrzędliwą i zwyczajnie złośliwą oraz dając nadzieję pozostałym mieszkańcom tego miejsca; poza tym spotyka się też z weteranem wojennym, z którym łączą ją w dużej mierze tworzone wierszyki w formie haiku. Uśmiechu, dobrego słowa i energii do działania zdecydowanie jej nie brakuje.

Czytaj dalej

Håkan Nesser – Jedenaście dni w Berlinie


Håkan Nesser, Jedenaście dni w Berlinie [Elva dagar i Berlin], tłum. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska, Czarna Owca, 2016, 327 stron.

Coraz bardziej lubię Håkana Nessera. „Jedenaście dni w Berlinie” to dopiero druga książka szwedzkiego autora, którą miałam okazję czytać, ale już wiem, że świetnie odnajduję się w jego stylu. Mam wrażenie, że odkrywam go trochę od nietypowej strony, bo bardziej znany jest w stricte kryminalnej odsłonie, a „Żywi i umarli w Winsford” jest raczej powieścią psychologiczną, natomiast jego najnowsza książka to z kolei, w moim odczuciu, połączenie powieści obyczajowej z realizmem magicznym.

Arne Murberg nie jest pewny co czuje po śmierci swojego ojca - taka niepewność nie jest jednak w jego życiu niczym szczególnym. To facet po trzydziestce, ale - w wyniku niefortunnego skoku do wody sprzed lat - jest nieco ograniczony w pojmowaniu bardziej skomplikowanych rzeczy. Za jego plecami pewnie niejedna osoba nazwałaby go po prostu głupim, ale sprawa ma się raczej tak, że w głowie mieści mu się mniej rzeczy i trudniej mu je ze sobą łączyć. Gdy dowiaduje się, że jego matka wcale nie umarła i ma ją zgodnie z ostatnią wolą zmarłego odnaleźć, nawet się nie zastanawia. Te poszukiwania pokażą, że jak już postawi sobie jakiś cel, to nie spocznie, dopóki go nie osiągnie.

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy