Emily Henry - Wspaniałe, cudowne życie



Emily Henry, Wspaniałe, cudowne życie [Great Big Beautiful Life], tłum. Anna Tomczyk, Świat Książki, 2026, 496 stron.

Wiecie, jaka myśl krążyła mi po głowie, gdy czytałam „Wspaniałe, cudowne życie”? Że chciałabym mieć obok siebie taką przyjaciółkę jak Alice. Osobę, która myśli o ludziach dobrze, daje im kredyt zaufania, nie ocenia, bo wie, że często za takim czy innym zachowaniem może się kryć walka, o której nikt nie wie. Dziewczynę, która jest pełnym empatii, zrozumienia i pozytywnej energii promykiem słońca. Nie ideałem, nie kimś, kto nie ma problemów i ma wszystko w życiu poukładane, ale od kogo bije taka szczerość, że łatwo by jej było zaufać. Nawet gdy ktoś, jak chociażby ja, raczej nie otwiera się przed innymi. 

Czytaj dalej

Delia Owens – Gdzie śpiewają raki


Delia Owens, Gdzie śpiewają raki [Where the Crawdads Sing], tłum. Bohdan Maliborski, Świat Książki, 2022, 416 stron.

Kya przez lata budowała w sobie siłę, która nie tylko pozwoliła jej przetrwać samotnie na mokradłach, ale też stanowiła tarczę w zderzeniu z ludźmi, którzy nie chcieli zrozumieć, że jest kimś więcej niż Dziewczyną z Bagien i dzikuską wolącą towarzystwo mew niż człowieka. Ten niegościnny dla wielu (a dla niej piękny i niesamowity) obszar nie bardzo interesował mieszkańców pobliskiego miasteczka, przynajmniej do momentu, gdy w okolicy, przy starej wieży obserwacyjnej, dwóch chłopców znalazło ciało Chase’a Andrewsa.

Czytaj dalej

Stacey Halls – Podrzutek

Stacey Halls, Podrzutek [The Foundling], tłum. Anna Żukowska-Maziarska, Świat Książki, 2021, 320 stron.

W przytułku dla dzieci niechcianych wylosowanie odpowiedniej kulki decyduje o wszystkim. Biała – niemowlę zostaje przyjęte, czarna – nie,  czerwona – ma szansę, jeśli z pierwszej grupy któreś nie zostanie zaakceptowane po badaniach lekarskich. Wszystko to obserwuje tłum ludzi, tzw. darczyńców placówki. I jakkolwiek te zasady mogą się wydawać bezduszne, to kobiety, które przychodzą z małymi zawiniątkami w ramionach marzą  o tym, żeby się udało. Tam ich pociechy będą miały zapewnione dobre warunki, a niepowodzenie może oznaczać śmierć z braku środków i możliwości zapewnienia opieki swojemu dziecku. 

Czytaj dalej

Gilly Macmillan – Perfekcyjna dziewczyna



Gilly Macmillan,  Perfekcyjna dziewczyna [The perfect girl], tłum. Tomasz Wyżyński, Świat Książki, 2017, 400 stron.

Styl Gilly Macmillan poznałam przy okazji jej debiutanckiej książki „Dziewięć dni” – historii o zaginionym chłopcu, próbach jego odnalezienia i matce, która musi sobie radzić nie tylko ze ściskającym serce strachem o swoje dziecko, ale też bezlitosną oceną ze strony ludzi. To była świetna powieść, dlatego wiedziałam, że jeżeli brytyjska pisarka stworzy kolejną, to nie będę długo zastanawiała się nad lekturą. Wobec „Perfekcyjnej dziewczyny” miałam jednak spore oczekiwania, bo wiedziałam już, że Gilly Macmillan potrafi budować napięcie i zaskakiwać, a jednocześnie nie stroni od poruszania ważnych problemów. Niektóre z tych elementów w jej najnowszej książce znalazłam, ale nie ukrywam, że zrobiła ona na mnie mniejsze wrażenie niż debiut.

Czytaj dalej

Alexandra Burt – Dobra córka


Alexandra Burt, Dobra córka [The Good Daughter], tłum. Małgorzata Szubert, Świat Książki, 2017, 432 strony.

Mogłabym się „Dobrą córką” do pewnego stopnia zachwycić. Alexandra Burt przekonała mnie kilkoma rzeczami - zgrabnym stylem (od książki trudno było mi się oderwać), wyrazistymi bohaterami, którymi czasami chciałoby się mocno potrząsnąć, niepewnością wynikającą z tego, że na początku nie wiadomo jak ich losy się splotą i kto jest kim, tajemnicami z przeszłości wciskającymi się w każdy zakamarek teraźniejszości oraz napięciem związanym z próbami zrozumienia, na ile można ufać zmysłom i słowom poszczególnych osób. Mogłabym się „Dobrą córką” zachwycić, gdyby nie zakończenie – odpowiednio spinające wszystkie wątki, ale jednocześnie na tyle przewidywalne, że było mi zwyczajnie szkoda, że autorka postanowiła poprowadzić mnie jako czytelnika ścieżką, której koniec było tak wyraźnie widać wiele stron wcześniej. A tak liczyłam na to, że będzie to jedynie ślepa uliczka, a Alexandra Burt chowa coś w zanadrzu!

Czytaj dalej

Jane Austen – Opactwo Northanger


Jane Austen, Opactwo Northanger [Northanger Abbey], tłum. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Świat Książki, 2015, 238 stron.

Pamiętam, że gdy „Opactwo Northanger” pojawiło się w mojej biblioteczce, nie miałam wobec niego jakichś konkretnych oczekiwań - książkę kupiłam jako wyraz chęci kontynuowania znajomości z Jane Austen po lekturze dwóch innych jej powieści – „Rozważna i romantyczna” oraz „Duma i uprzedzenie”. W gruncie rzeczy częściej spotykałam się z opiniami, że tytuł, który wybrałam na trzecie spotkanie z autorką dla wielu był rozczarowaniem. Już teraz mogę powiedzieć, że ja bawiłam się przy nim świetnie i chociaż fabuła jest naprawdę nieskomplikowana, to już z niektórymi bohaterami nie jest tak prosto.

Katarzyna (mogłabym po cichu szepnąć wam, że polubiłam tę książkę ze względu na imię głównej bohaterki, ale to nie byłaby prawda) to 17-letnie naiwne dziewczątko, które naprawdę niewiele wie o życiu i jeszcze mniej od niego oczekuje. Może odrobinę uwagi innych, bo tego nigdy jakoś nie miała w nadmiarze. Gdy więc trafia się okazja pojechania do Bath – miasteczka, gdzie można liczyć na poznanie nowych ludzi i kilka atrakcji – Katarzyna wprost nie posiada się ze szczęścia. Tam też zaprzyjaźnia się z Izabellą i z pewnymi drgnięciami serca zaczyna myśleć o młodym mężczyźnie imieniem Henry.

Czytaj dalej

J. R. R. Tolkien – Hobbit, czyli tam i z powrotem


J. R. R. Tolkien, Hobbit, czyli tam i z powrotem [The Hobbit], tłum. Andrzej Polkowski, Świat Książki, 2003, 320 stron.

Od dawna chciałam wrócić do J. R. R. Tolkiena, ale przyznam szczerze, że obawiałam się jak odbiorę jego książki po kilkunastu latach. Teraz myślę, że ponowne spotkanie było świetną decyzją, bo chociaż jego powieści wspominałam miło, to czuję, że obecnie doceniam bardziej – „Hobbit, czyli tam i z powrotem” doskonale mi to pokazał. Czytanie dało mi tyle radości, że na samą myśl o tej doskonałej przygodzie się uśmiecham i już nie mogę się doczekać sięgnięcia po kolejne książki brytyjskiego pisarza.

Bilbo Baggins jest hobbitem - niziołkiem o włochatych stopach, mieszkającym w norze pod pagórkiem. O lat żyje sobie spokojnie, bardzo wygodnie i ani mu się śni, że pewnego dnia będzie brał udział w jakiejś przygodzie. Los, a właściwie pewien czarodziej Gandalf, ma wobec niego plany i wraz z kilkunastoma krasnoludami wyciąga go z jego ukochanej norki w nieznane. Bilbo niespecjalnie jest szczęśliwy, że ma przemierzać nieprzyjazne krainy, mierzyć się z niebezpiecznymi stworami, a wszystko po to, by odzyskać skarb.

Czytaj dalej

Gilly Macmillan – Dziewięć dni


Gilly Macmillan, Dziewięć dni [Burnt paper sky], tłum. Tomasz Wyżyński, Świat Książki, 2016, 512 stron.

Czy świat nie powinien się zatrzymać, gdy nagle znika dziecko? Czy nie powinien przynajmniej zwolnić, kiedy w czyimś życiu rozgrywa się tragedia? Rachel chciałaby zapanować nad nieubłaganie biegnącym czasem, bo z każdą kolejną minutą, każdą godziną i dniem zmniejsza się prawdopodobieństwo odnalezienia jej ośmioletniego syna. Tak naprawdę jednak chciałaby przede wszystkim cofnąć się do chwili, w której w czasie spaceru po lesie pozwoliła Benowi pobiec przodem doskonale znaną ścieżką i straciła go z oczu. Niezależnie od tego, ile czasu minie, nigdy sobie tego nie wybaczy.

Czytaj dalej

Najważniejsze to znaleźć bogatego męża [Jane Austen - Duma i uprzedzenie]

Jane Austen, Duma i uprzedzenie [Pride and prejudice], tłum. Anna Przedpełska-Trzeciakowska, Świat Książki, 2015, 368 stron.

Gdy Pani Bennet dowiaduje się, że jedną z posiadłości w niedalekim sąsiedztwie ma objąć bogaty kawaler, niemal od razu w głowie tworzy scenariusz ze ślubem w roli głównej. Ma pięć córek, więc z przyjemnością wepchnęłaby chociaż jedną w ramiona i portfel odpowiedniego mężczyzny, a pan Bingley wydaje się idealnym kandydatem. Szybko okazuje się, że jej nadzieje nie są zupełnie płonne i być może będzie miała okazję triumfować i nosić głowę jeszcze wyżej niż ma w zwyczaju. Wszystko to za sprawą wyraźnej atencji, jaka okazywana jest przez mężczyznę wobec Jane. Razem z młodym kawalerem do posiadłości przyjeżdżają jego siostry i przyjaciel – Pan Darcy. Ten ostatni mimo ogromnego majątku nie zyskuje powszechnej sympatii i szybko zraża do siebie mieszkańców, dając się poznać jako niesympatyczny i wywyższający się mężczyzna.

Nie należy spodziewać się po mnie jednoznacznej ceny „Dumy i uprzedzenia”, bo po lekturze czuję się mocno rozdarta i niepewna własnych emocji. Miałam wrażenie, jakby najbardziej znaną powieść Jane Austen czytały siedzące sobie we mnie dwie osoby – najpierw prym wiodła ta, która z pewnym znudzeniem poznawała kolejne losy bohaterów, licząc, że coś się wreszcie wydarzy; później pałeczkę przejęła druga – zatopiona w całej historii, nie mogąca się od niej oderwać i żałująca, że coraz mniej stron do czytania zostało. Oczywiście mogłabym stwierdzić, że po prostu w pewnym momencie książka stała się szalenie ciekawa, czego nic początkowo nie zapowiadało, ale tego napisać nie mogę. Akcja nabrała tempa – to fakt, ale fabularnie „Duma i uprzedzenie” to przewidywalna historia, w której nic mnie tak naprawdę nie zaskoczyło. Dochodzę jednak do wniosku, że jej urok, któremu się w końcu poddałam, tkwi w czymś innym – zderzeniu czytelnika z bohaterami, czasami i obyczajowością, które sportretowane zostały w naprawdę przekonujący sposób.

Pierwsza obawa pojawiła się, gdy wydawało mi, że to Jane Bennet będzie odgrywała główną rolę w powieści. W rzeczywistości miło byłoby spędzać czas z osobą z optymizmem patrzącą na codzienność, w każdym dostrzegającą jedynie dobre cechy (może czasem tylko drażniłaby jej przesadna naiwność) i nieoceniającą innych zbyt pospiesznie, ale w książce dużo lepiej towarzyszy się postaciom, mogącym bardziej zaskoczyć. Elizabeth Bennet sprawdza się w tej roli lepiej, bo ze swoim wybuchowym charakterem wydaje się znaczniej bardziej ciekawa. Twardo stąpa po ziemi i nie boi się wyrażać swojego zdania, a przy tym szczerze oddana jest siostrze i zależy jej, by ta była szczęśliwa.

Bingley nie intryguje jakoś specjalnie i wydawał mi się odrobinę nijaki, ale za to pan Darcy zdecydowanie rekompensuje to z nawiązką. Trudno, szczególnie na początku, go polubić – z dumą mu niespecjalnie do twarzy, szczególnie gdy mówimy o takiej, która nie pozwala zbliżyć się do innych i dać się poznać od lepszej strony. Na szczęście w tej mocno sztywnej postawie z biegiem czasu pojawiają się emocje i pan Darcy wydaje się wówczas zdecydowanie bardziej ludzki. Nie mogę nie wspomnieć o fantastycznej kreacji Pani Bennet – je postać irytowała mnie tak bardzo, że aż łapałam się za głowę jak można zachowywać się tak nieznośnie jak ona. To sztuka tworzyć nie tylko bohaterów, których czytelnik polubi, ale też takich wywołujących inne emocje i przeżycia, na przykład zgrzytanie zębów, za każdym razem, gdy się pojawią.


Mogłoby się wydawać, że to miłość będzie tu odgrywać najważniejszą rolę, ale mam poczucie, że jest ona jedynie pretekstem do pokazania całej złożoności obyczajów przełomu XVIII i XIX wieku. Znalezienie bogatego męża było dla kobiety głównym celem w życiu, a pozycja społeczna decydowała o tym, na jaką przyszłość można liczyć. Z dzisiejszej perspektywy może być trudno stykać się z taką codziennością, bo zaczynamy się zastanawiać czy naprawdę ciągłe bale i próby ustawienia się przez odpowiednie małżeństwo mogły być aż tak kluczowe, że Austen poświęca im tyle miejsca i czy rzeczywiście kobiety bywały często tak płytkie i bezmyślne. Takie panowały wówczas obyczaje i chociaż jak pokazuje angielska pisarka nie wszyscy w równym stopniu stosowali się do sztywnych ram i zasad, to jednak one istniały i o tym warto pamiętać.

Elizabeth i pan Darcy nie są w żaden sposób oderwani od czasów, w których żyją i chwała autorce za to, że nie stworzyła relacji, która nijak ma się do ówczesnej rzeczywistości. Oboje wychowani zostali w taki, a nie inny sposób i miłość nie staje magicznym eliksirem, sprawiającym, że o wszystkim, co im wpajano zapominają. Uczucie pozwala na pewne rzeczy spojrzeć inaczej, przewartościować niektóre opinie i przekonania, ale nie jest remedium na wszystko.

Nie mogę zapomnieć o tym, jak trudno początkowo było mi się w całą historię wczytać (na przykład „Rozważna i romantyczna” autorki szybciej mnie wciągnęła) i wyprzeć myśli, które wówczas kłębiły mi się w głowie, a układające się w pytanie o sens tej historii i pełne niedowierzania, że ta powieść jest przez wielu aż tak podziwiana. Teraz, gdy ostatnia strona za mną, myślę, że nie każdy się odnajdzie w zarysowanych przez Jane Austen realiach i nie będzie to wcale oznaką niezrozumienia klasyki. Różne rzeczy są dla nas ważne w książkach i rozumiem niezbyt pochlebne opinie, którą mogą towarzyszyć lekturze, a które i u mnie pojawiały się przez jej część. Cieszę się jednocześnie, że udało mi się koniec końców w „Dumie i uprzedzeniu” odnaleźć tak wiele i uznać, że czas spędzony na czytaniu zdecydowanie nie był czasem straconym.


 Garść cytatów:

„Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony”. (s. 5)

(…) trudno ciągle śmiać się z ludzi, nie potykając się od czasu do czasu na własnym dowcipie”. (s. 222)

Inne książki Jane Austen na K-czyta

    

Czytaj dalej

Jest, jak jest, i będzie, co będzie [Jonas Jonasson - Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął]

Jonas Jonasson, Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, Świat Książki, 2013, 416 stron.

Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął to książka, której zdecydowanie nie można odmówić oryginalności, a główny bohater – Allan Karlsson – raz po raz wymyka się wszelkim schematom. Nie jest to tytuł zmieniający życie i otwierający przed czytelnikiem zupełnie nowe spojrzenie na świat, ale nie oznacza to, że nie warto po niego sięgnąć. Fabuła i wyrazistość bohaterów dostarczają takiej porcji rozrywki, że poświęcony jej czas absolutnie nie wydaje mi się stracony.

Tytułowe zniknięcie stulatka nie ma w sobie nic z magii, bo Allan tak po prostu stwierdził, że nie ma ochoty świętować swoich okrągłych, trzycyfrowych urodzin w domu spokojnej starości i oknem postanowił opuścić nielubiane miejsce. Mimo podeszłego wieku (może by się za takie określenie na mnie obraził, ale na szczęście nie brakuje mu dystansu do wszystkiego i wszystkich) i bolących kolan, wędruje w kapciach przez całe miasto, by ostatecznie na dworcu zabrać walizkę (bo właściwie czemu nie), którą miał pewnemu mężczyźnie przypilnować. Wsiada do autobusu bez specjalnego planu, nawet nie spodziewając się jak wiele wyzwań, niekoniecznie łatwych i przyjemnych, jeszcze go czeka.

Jonas Jonasson pozwala czytelnikowi etapami poznawać Allana. Najpierw stulatek wydawał mi się po prostu dosyć rezolutnym mężczyzną, któremu znudził się pobyt w domu spokojnej starości. W miarę jak dowiadywałam się o nim więcej, zaglądając między innymi w jego przeszłość, przestał być tylko sędziwym, acz pełnym werwy staruszkiem, a stał się postacią tak niezwykłą, że niemal nieprawdopodobną. Konstruowanie bomb atomowych, spotkania z kluczowymi politykami najróżniejszych państw, wojny, podróże pełne niebezpieczeństw, ale i niezwykłych wrażeń – Allan Karlsson zdecydowanie może się pochwalić niebanalną przeszłością. O dziwo, o ile może się to wszystko wydawać trochę absurdalne, to jednocześnie zupełnie nie wyczuwa się w tym irytującego przerysowania. Głównych bohater jest ogromnie barwy, a przy tym szalenie prostolinijny i nieskomplikowany. „Jest, jak jest, i będzie, co będzie” to jego dewiza, z którą idzie przez życie, prawie zupełnie nie przejmując się tym, co go spotyka. Ten spokój w absolutnie każdej sytuacji jest godny pozazdroszczenia, a chociaż czasem, nie raz i nie dwa, można by się zastanowić czy w jego postępowaniu nie brakuje jakiejś głębszej refleksji i czy to, co robi jest słuszne, to sposób w jaki poprowadzona jest historia w pewnym sensie wymusza pochodzenie do wszystkiego z pobłażaniem, bez nadmiernej powagi.

Z głównym bohaterem nie sposób się nudzić, ale autor nie traktuje po macoszemu żadnej z postaci pojawiającej się w historii. Jest między innymi złodziejaszek Julius niespecjalnie lubiany w swoim mieście, ale z Allanem, po kilku kieliszkach, szybko znajduje wspólny język, stając się jego towarzyszem; Benny – prawie weterynarz, prawie literaturoznawca i jeszcze kilkanaście takich „prawie”, a przez chwilę właściciel budki z jedzeniem; komisarz Aronsson, próbujący rozwikłać jaki związek ma stuletni staruszek z członkami niebezpiecznej grupy Never Again i tajemniczymi, domniemanymi morderstwami. Nie zabraknie też Stalina, Mao Zedonga, Kim Ir Sena i kilku prezydentów Stanów Zjednoczonych. Ach i nie można zapominać i słoniu. Tak, słoń też będzie!


Szwedzki pisarz ma fantazję, to trzeba przyznać. Jest nieprzewidywalnie, niebanalnie i zabawnie. Właściwie to zarówno sama historia jak i sposób jej przedstawienia mają w sobie świeżość, której często mi w książkach brakuje. Oczywiście możliwe, że ktoś już te czy inne motywy wykorzystał, ale dla mnie Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął był, poza doskonałą rozrywką, także okazją do poznania Allana, który niemal do ostatniej strony potrafił mnie zaskoczyć.

Garść cytatów:

Gdy dostało się od życia nadgodziny, można sobie pozwolić na pewną swobodę”. (s. 14)

Jest, jak jest, i będzie, co będzie”. (s. 39)


~~*~~

W najbliższym czasie mogą pojawić się pewne problemy z dostępem do bloga, ze względu na mniej lub bardziej udane próby zmiany jego adresu ;-) Powinno bez problemu ustawić się przekierowanie, ale zdarzyć się może wszystko, więc informuję, że blog będzie niedługo dostępny pod adresem k-czyta.pl ;)

Czytaj dalej

Jak będzie wyglądało Twoje życie za 20 lat? [David Nicholls - Jeden dzień]

David Nicholls, Jeden dzień [One day], tłum. Małgorzata Miłosz, Świat Książki, 2015, 443 strony.

Lubię planować, bo to daje mi poczucie bezpieczeństwa i przeświadczenie, że kontroluję sytuację. Nie przeszkadzałoby mi (a nawet wręcz przeciwnie), gdybym mogła przeżywać rok po roku według wcześniej poczynionych założeń i bez ogromnych zmian i zaskoczeń. Mogę rozłożyć na czynniki pierwsze każdy nadchodzący dzień i chociaż oczywiście nie uda się przewidzieć wszystkiego, to stworzenie konkretnego planu działania jest jak najbardziej możliwe. Problem w tym, że życie bardzo często ma w nosie to, czego od niego oczekujemy i czasami prowadzi nas ścieżkami zupełnie niespodziewanymi. Czasami łatwiejszymi, czasami trudniejszymi, ale pewne jest jedno – choćbyśmy nie wiem jak mocno trzymali w garści swoją codzienność, to przyszłość ma wiele znaków zapytania. David Nicholls pokazuje to bardzo wyraźnie.

Emma i Dexter ze zdobytymi dyplomami wkraczają w dorosłe życie. Ona ambitna i pełna ideałów, on nastawiony na dobrą zabawę i korzystanie z życia. Dostaniemy tylko jeden dzień w roku – 15 lipca – by obserwować jak na przestrzeni dwudziestu lat zmienia się życie tych dwojga. Nie będzie ckliwej historii o tym, jak to on i ona rzucają wszystko, by w imię przyjaźni spotkać się tego wybranego dnia (zupełnie nie wiem czemu, ale takiego motywu spodziewałam się zanim sięgnęłam po tę historię) – David Nicholls stawia raczej na ukazanie zmian zachodzących w bohaterach i codzienności, która niejednokrotnie nijak ma się do tego, czego Emma i Dexter się spodziewali.

Siłą tej historii, która sama w sobie do pewnego momentu niespecjalnie mnie intrygowała, jest między innymi kreacja głównych postaci. Autor stworzył naprawdę ciekawe i co ważniejsze niejednoznaczne osobowości. Nawet, gdy wydawało mi się, że wiem, czego mogę się spodziewać po Emmie, mijał kolejny rok i spotykałam ją w sytuacji, która wcześniej zupełnie, by mi do niej nie pasowała. Nicholls potrafił to ukazać na tyle sprawnie, że uświadamiałam sobie jeszcze mocniej, jak codzienność może nas zmieniać – czasami dodając skrzydeł, innym razem sprawiając, że podejmujemy decyzje, które wcześniej wydawałyby się nam zupełnie nie do pomyślenia. Zarówno Emma jak i Dexter popełniają błędy za które muszą zapłacić, ale ta ich niedoskonałość powoduje, że wydają się bardziej autentyczni.

Jeden dzień” to przemyślana, życiowa historia, w której pojawi się oczywiście miłość, ale na szczęście nie w przesyconej sentymentalizmem formie. Zamiast wzniosłych wyznań – słowne przepychanki, które śledziłam z przyjemnością, bo wiarygodnie napisane dialogi, w których nic nie zgrzyta, to coś, co bardzo cenię. Miałam wrażenie, że opisane w książce wydarzenia mogłyby się gdzieś wydarzyć (a może wiele podobnych właśnie teraz się dzieje), a codzienność pokazana przez autora nie jest tylko wydumaną i nieprzystającą do rzeczywistości fantazją.

Przez dłuższy czas brakowało mi jednak czegoś, co sprawiłoby, żebym totalnie się w tej powieści rozsmakowała. Nie czułam, że muszę koniecznie przeczytać jeszcze jeden rozdział, a czas spędzony z książką, chociaż przyjemny, to nie powodował jakichś wielkich emocji. Spotykałam Emmę i Dextera każdego roku tego jednego dnia i czasami dziwiłam się jak potoczyło się ich życie, ale więcej w tym było refleksji (oczywiście także wartościowej) niż zaintrygowania i zaciekawienia co będzie dalej. A jednak David Nicholls w pewnym momencie sprawił, że z niedowierzaniem czytałam to, co dla bohaterów przygotował i nie mogłam uwierzyć, że tak się dałam zaskoczyć.

Jeden dzień” to powieść, w której doceniam wiele elementów – kreację bohaterów, pomysł, dialogi, element zaskoczenia, a chociaż nie zakochałam się w niej bez pamięci, to cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać. Dziś jest 7 września 2015 roku – gdzie będę za rok czy za 10 lat? Jak potoczy się moje życie? Takich pytań trudno sobie po lekturze nie zadawać.

Garść cytatów:

Nie próbuj biegać, zanim nie nauczysz się chodzić”. (s. 53)

Zazdrość to podatek, jaki się płaci od sukcesu”. (s. 198)


--------

Czytaj dalej

Małgorzata Warda - Nikt nie widział, nikt nie słyszał...

Małgorzata Warda, Nikt nie widział, nikt nie słyszał..., Świat Książki, 2015, 397 stron.

Po raz drugi spotkałam się z prozą Małgorzaty Wardy, a z racji tego, że pierwsza czytana książka - "Dziewczynka, która widziała zbyt wiele" – zrobiła na mnie naprawdę dobre wrażenie, spodziewałam się podobnych emocji przy „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…”. Niestety, tym razem trudno było mi się wgryźć w historię na tyle, żebym nie mogła się od niej oderwać. Tematyka, którą poruszyła autorka zdecydowanie daje jednak do myślenia, a całość jest napisana w stosunkowo przemyślany sposób i to sprawia, że nie jestem w jej ocenie aż tak surowa.

Tytuł i okładka pozwalają na różne domysły co do opowieści zawartej w „Nikt nie widział, nikt nie słyszał...”, ale pewność pojawia się dopiero, gdy pisarka wspomina o Nataschy Kampusch. I zastanawiam się czy fakt, że czytałam „3096” nie sprawił czasem, że w zderzeniu z autentyczną historią Austriaczki porwanej i przetrzymywanej przez osiem lat, ta stworzona przez Małgorzatę Wardę poruszyła mnie jednak znacznie mniej. Z drugiej strony polska pisarka skupia się bardziej na tym, co przeżywa rodzina zaginionego dziecka i pod tym względem na pewno doceniam jej starania.

Sara ma siedem lat, gdy znika bez śladu. O ile na początku łatwiej jest chwycić się nadziei na odnalezienie dziewczynki, o tyle, gdy mija dwadzieścia lat trudno ufać, że ukochana córka i siostra jeszcze się odnajdzie. Głośna niegdyś sprawa, którą żyła Gdynia zostaje przykryta raz za razem innymi, bardziej aktualnymi tragediami i tylko pustki w sercach bliski Sary czas wypełnić nie jest w stanie.

Największy problem miałam z bohaterkami, które na kartach książki się pojawiają. Pierwsze skrzypce odgrywają Lena i Agnieszka, a chociaż żyją w innych krajach, zajmują się zupełnie innymi rzeczami, to jakoś nieustannie ich losy mi się mieszały. Mam poczucie, że ogóle kreacja bohaterów (również Moniki, która po latach uciekła z miejsca swojego przetrzymywania czy ojca Leny i Sary) mogłaby być bardziej dopracowana, a same postaci bardziej wyraziste. Nie przywiązałam się właściwie do nikogo i pewnie dlatego nie śledziłam losów poszczególnych osób z zapartym tchem. Pod koniec trochę się to zmieniło in plus, ale w ogólnym rozrachunku w „Dziewczynce, która widziała zbyt wiele” było pod tym względem znacznie lepiej.

Przyznaję, że mam z tą powieścią problem. Może oczekiwałam zbyt wiele lub nie była to odpowiednia chwila, żeby naprawdę porządnie zaangażować się w opisywane wydarzenia. Jednocześnie uważam, że tematyka, którą poruszyła autorka zasługuje zdecydowanie na uwagę i „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…” nie jest wyborem złym, by się z nią bliżej zapoznać. To sprawnie napisana powieść, w której do ostatnich stron nie ma pewności jak zakończy się cała historia, a chociaż ja liczyłam na znacznie więcej, to i tak myślę, że jeszcze nie raz się z książkowo z Małgorzatą Wardą spotkam.

Garść cytatów:

Monika nie zwariowała, nie poddała się i na koniec opuściła piwnicę. 
Nie opuściłaś jej – szepce drąży głosik. – Tak ci się tylko wydaje”. (s. 325/326)



--------

Czytaj dalej

Erin Morgenstern - Cyrk nocy


Erin Morgenstern, Cyrk nocy [The Night Circus], tłum. Patryk Gołębiowski, Świat Książki, 2012, 432 strony.

Celia Bowen z pewnością nie jest zwyczajną dziewczynką. Gdy w wieku zaledwie kilku lat zjawia się u swojego ojca iluzjonisty, ten dostrzega w niej talent, który może stać się w przyszłości podstawą pewnej magicznej rozgrywki. Dziewczynka zostaje związana na zawsze ze swoim przeciwnikiem, chociaż przez lata nie wie nawet kim on jest i na czym polegać ma ten uzgodniony przez jej ojca pojedynek. Naprzeciw niej ma stanąć Marco – chłopiec znikąd, który w mężczyźnie w szarym garniturze, widzi szansę na odmianę życia. Problem w tym, że zarówno Hector jak i Alexander w dżentelmeńskim zakładzie wielu rzeczy swoim podopiecznym nie mówią…

Gdy nastaje zmierzch wszystko wydaje się dużo bardziej prawdopodobne. Gdzieś na obrzeżach tego czy innego miasta pojawić się mogą namioty w czarno-białe pasy, stwarzając okazję do uczestniczenia w niesamowitych występach i rozkoszowania się niepowtarzalną aurą, którą oferuje Cyrk Nocy. Może się też okazać, że w tym wszystkim więcej jest prawdziwej magii niż zwykłej iluzji. Każdy z nas i tak zobaczy jednak tylko to, co będzie chciał zobaczyć. Dla Baileya, zwyczajnego chłopca, Le Cirque des Reves stanie się niepowtarzalną okazją do przeżycia czegoś zupełnie różnego od jego codziennego życia i spotkania z pewną rudowłosą dziewczynką, która wie o nim znacznie więcej niż sam jej zdążył powiedzieć. Dla Friedricka Thiessena będzie tematem artykułów wyrażających zachwyt wobec całego przedsięwzięcia i możliwością dzielenia się z innymi sympatykami cyrku wrażeniami. Dla Celi i Marca będzie areną pojedynku, którego zasad sami nie rozumieją, ale i czymś więcej – częścią ich życia, o którą przyjdzie im walczyć. A czym Cyrk Nocy stanie się dla Ciebie?

Czytaj dalej

Xuan Phuong, Daniele Mazingarbe - Niepokorna córka



Autorki: Xuan Phoung, Daniele Mazingarbe
Tytuł: Niepokorna córka
Tytuł oryginalny: Ao Dai Du couvent des oiseaux a la jungle du Viet-minh
Tłumaczenie: Monika Warneńska
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2008
Liczba stron: 208

Przyznaję, że przed sięgnięciem po „Niepokorną córkę” nie interesowałam się w jakiś szczególny sposób Wietnamem. Oczywiście, jak każdy miałam pewne ogólne pojęcie o tym kraju i jego historii (kto z nas bowiem nie słyszał o wojnie wietnamskiej, w którą zaangażowane były Stany Zjednoczone), ale była to wiedza raczej wybiórcza i z pewnością niepełna. Po lekturze książki o której dziś mowa wiem zdecydowanie więcej, chociaż nie jest to opowieść skupiona przede wszystkim na faktach historycznych - to Wietnam widziany z perspektywy, którą cenię najbardziej – oczami osoby dla której była to codzienność. Tego nie znajdziemy w podręcznikach, które ze względu na swoją specyfikę (trudno więc mieć im to za złe) często tak bezosobowo traktują różne wydarzenia. Skupiając się wyłącznie na nich gotowi jesteśmy zapomnieć, że za każdą datą i za każdym mniej lub bardziej istotnym z perspektywy historycznej zdarzeniem, stoją ludzie. „Niepokorna córka”, to jedna z książek, która o tym przypomina i pod tym względem jest wartością samą w sobie, niezależnie od tego jak ocenimy ją jako całość.

Phuong urodziła się w zamożnej wietnamskiej rodzinie, w której niczego nigdy nie brakowało. Rodzice dbali o jej edukację, posyłając ją do różnych szkół i zapewniając dobre warunki rozwoju. Ich status społeczny był na tyle wysoki, że ze zdziwieniem i niedowierzaniem przyjęli przepowiednie astrologa po urodzeniu pierworodnej córki (zamawianie go to dosyć powszechny zwyczaj w wietnamskich rodzinach) twierdzącego, że Phuong czeka wiele niebezpieczeństw i trudów, którym towarzyszyć będzie lawirowanie na granicy życia i śmierci. Nikt z nich nie spodziewał się jak bardzo trafna okaże się ta wróżba. Ziarno zasiane przez wuja dziewczyny, który opowiadał jej o wyzysku i potrzebie zmian w społeczeństwie, zaowocowało gdy miała ona 16 lat. Nie zważając na sprzeciw bliskich opuściła wówczas dom rodzinny by przyłączyć się do partyzanckiego ruchu oporu i walczyć o ideały, w które szczerze wierzyła. Od tej chwili jej życie zupełnie się zmieniło, a ona sama niczym Feniks (dokładnie to bowiem oznacza jej imię) odradzała się raz po raz, przyjmując z godnością to, co niósł jej los, a niejednokrotnie nawet idąc pod prąd ustalonym regułom i oczekiwaniom.

Czytaj dalej

Niall Williams - Dotknięci miłością


Autor: Niall Williams
Tytuł: Dotknięci miłością
Tytuł oryginału: Four Letters of Love
Tłumaczenie: Małgorzata Grabowska
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 1999
Liczba stron: 240

Po „Dotkniętych miłością” Nialla Williamsa sięgnęłam przypadkiem podczas wizyty w bibliotece. Nie wiem czy skusiła mnie okładka czy opis, ale przyznam, że po powrocie do domu i przeczytaniu kilku opinii na temat tego tytułu mój entuzjazm nieco osłabł. I chociaż zwykle staram się przesadnie nie sugerować tym, jak inni widzą daną książkę (wiadomo, że każdemu podoba się coś innego), to jednak w głowie zakiełkowało mi ziarenko zniechęcenia i mimo woli przygotowałam się na mocno średnią lekturę. I po raz kolejny przekonałam się, że gusta bywają różne, a to w czym jedni widzą banalny romans, dla kogoś innego może być źródłem zaskoczenia, a nawet zachwytu.

Tym razem nie zacznę od tego o czym są „Dotknięci miłością”. Po pierwszym kilkunastu stronach zrozumiałam bowiem, że w tym przypadku, to nie sama fabuła odgrywa pierwszoplanową rolę. Tutaj to sposób pisania i oddawania uczuć stanowi podstawową wartość... Niall Williams w tej dziedzinie osiągnął coś, czego już dawno w żadnej książce nie spotkałam – każde zdanie to muzyka, czysta słodycz dla duszy spragnionej pięknej oprawy słów. Nie oznacza to wcale, że język postawiony został na takim piedestale, na który zwyczajnemu czytelnikowi ciężko sięgnąć. To nadal są metafory i opisy, które każdy z nas może swobodnie odczytywać i przeżywać. A jednocześnie takie, które wymagają odpowiedniego nastroju, wyciszenia i zarezerwowania chwili bez pośpiechu. O tak - Williams piszę absolutnie pięknie. W pełen emocji sposób, w którym każdy fragment można odkrywać raz po raz na nowo.

Czytaj dalej

Perihan Magden - Przed kim uciekamy, Mamo?


Autorka: Perihan Magden
Tytuł: Przed kim uciekamy, Mamo?
Tytuł oryginału: Biz Kimden Kaçıyorduk, Anne?
Tłumaczenie: Marcin Błaszak
Wydawnictwo: Świat Książki
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 224

Dosyć długo zbierałam się do napisania tej recenzji, mimo że mam w zwyczaju ubierać w słowa swoje odczucia niemal od razu po skończonej lekturze. Zastanawiałam się czy te kilka dni pozwoli mi nieco inaczej spojrzeć na książkę o której będzie dziś mowa i być może bardziej docenić to, co stworzyła autorka. Muszę jednak z przykrością stwierdzić, że mimo dobrze zapowiadającej się historii, nadal czuję pewien niedosyt i rozczarowanie – mam bowiem poczucie, że „Przed kim uciekamy, Mamo?” to kawałek świetnej lektury, ale w pewien sposób niedokończonej i pozostawiającej czytelnika jakby w połowie drogi, do odkrycia pełni psychologicznych zawiłości umysłów głównych bohaterek.

Świat pewnej nastoletniej dziewczyny wygląda nieco inaczej niż bywa zazwyczaj. Tak naprawdę ogranicza się on jedynie do nieprzerwanej ucieczki przed bliżej nieokreślonym złem, ciągłą zmianą hoteli i zostawianiem za sobą wszystkiego, do czego mogłaby się w tym krótkim czasie przywiązać, a co nie zmieściłoby się w jednym plecaku. W tej trudnej rzeczywistości jedyny punkt odniesienia stanowi dla niej matka, której psychiczne problemy całkowicie zdominowały życie dziewczyny.

Czytaj dalej

Dennis Lehane - Wyspa skazańców


Dennis Lehane, Wyspa skazańców [Shutter  Island], tłum. Sławomir  Studniarz, Świat Książki, 2004, 303 strony.

Czy można żałować obejrzenia dobrego filmu, którego fabuła nas wciągnęła i zaskoczyła zakończeniem? Okazuje się, że tak, jeśli nagle sięgamy po książkę na podstawie której ów film powstał. W tym przypadku nie chodzi jednak o to, że pierwotna wersja jest lepsza/gorsza, ale, że czytając nie mamy możliwości przeżywać tych samych emocji i niepewności jak przy poznawaniu danej historii po raz pierwszy. Takie miałam odczucia wgłębiając się w Wyspę skazańców”, która sfilmowana została przez Martina Scorsese i na wielkim ekranie mogliśmy ją oglądać pod nieco zmienionym tytułem „Wyspa tajemnic”. Miałam wrażenie jakbym czytała po raz drugi tę samą książkę i mimo że jest to pozycja naprawdę świetna i dopracowana, to fakt wcześniejszego zapoznania z wersją filmową nieco odebrał mi przyjemność odkrywania tajemnic, które przygotował pan Lehane.

Shutter Island to wyspa co najmniej niezwykła i dokładnie to samo można powiedzieć o jej mieszkańcach – to przegląd osobowości, których nie spotyka się na co dzień (a jeśli już to raczej trudno uznać to za szczęśliwą okoliczność). Właśnie tutaj w szpitalu Ashecliffe umieszczani są przestępcy, których stan psychiczny odbiega od tego, co przyjmowane jest za normę. Każdy z pacjentów (jak mawia o nich jeden z lekarzy, wzbraniając się przed nazywaniem ich więźniami) to historia, która niejednokrotnie powoduje ciarki na plecach i niedowierzanie. Przykład? Trzymany jest tam mężczyzna, który zabił i oskalpował swoich bliskich, a następnie zrobił sobie z ich skóry czapki. Poznamy także kobietę, która utopiła trójkę własnych dzieci, a po tym zbrodniczym czynie posadziła je przy stole by w ich towarzystwie zjeść śniadanie. Brzmi makabrycznie, prawda? Pewnego dnia właśnie ta pacjentka znika. A raczej rozpływa się w powietrzu, biorąc pod uwagę, że znajdowała się w zamkniętym pokoju, a  wydostanie się z wyspy, tym bardziej bez butów, jest delikatnie mówiąc mało prawdopodobne.

Czytaj dalej

Dennis Lehane - Rzeka tajemnic



Autor: Dennis Lehane
Tytuł: Rzeka tajemnic
Tytuł oryginału: Mystic river
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Łukasz Nicpan
Rok wydania: 2003
Liczba stron: 498

Pewne wydarzenia i decyzje, nawet te podejmowane w dzieciństwie i nie do końca świadome, mogą stać się nie tylko jednym z wielu mniej lub bardziej wyraźnych wspomnień, ale punktem zwrotnym kształtującym dalsze życie. W przypadku trzech chłopców świat zatrzymał się na chwilę wraz z samochodem pachnącym jabłkami, by później ruszyć ponownie już zupełnie innym torem. I chociaż tylko jeden z nich znalazł się w środku pojazdu i musiał zmierzyć się z mężczyznami, którzy jedynie podawali się za policjantów, to przyszłość zmieniła się na zawsze dla nich wszystkich.

Losy Dave’a, Jimmiego i Seana przez wiele lat połączone jedynie luźnymi więzami, nagle splatają się w trudny do rozwikłania supeł, którego punktem wyjścia staje się brutalne morderstwo. Każdy z nich dźwiga bagaż bardzo różnych doświadczeń, czasem trudnych i tragicznych, ale ten jeden moment, w którym zatrzymał się przed nimi brązowy samochód, wraca w myślach całej trójki, budząc pytania na które nie ma odpowiedzi, a także potwory ukryte gdzieś głęboko w podświadomości.

Czytaj dalej

Ilona Maria Hilliges - Biała czarownica


Autorka: Ilona Maria Hilliges
Tytuł: Biała czarownica
Tytuł oryginału: Die weisse Hexe
Wydawnictwo: Świat Książki
Tłumaczenie: Ryszard Wojnakowski
Rok wydania: 2007
Liczba stron: 288

Paleta uczuć, które  zwykle towarzyszą nam w trakcie czytania jest niezwykle szeroka – od totalnego zachwytu po głębokie rozczarowanie. Bywa jednak, że zatrzymujemy się gdzieś po środku drogi między jednym, a drugim i tkwimy w niepewności, która ze ścieżek przyciągnie nas bardziej. Podobnie czułam się w trakcie lektury „Białej czarownicy” – było to bowiem pomieszanie intrygującego i niezwykłego obrazu afrykańskiej kultury, z zawodem, że historia mająca tak duży potencjał niezupełnie do mnie trafiła.

Ilona Maria Hilligens napisała powieść zrodzoną z własnej fascynacji krajami Trzeciego Świata (czego dowodem są zresztą ukończone studia w tym zakresie) połączonej z osobistymi przeżyciami i doświadczeniami, które przyniosła jej Afryka. List od dawnego przyjaciela z Nigerii powoduje, że Ilona wraca na Czarny Ląd nie tylko ciałem, ale odbywa również retrospektywną podróż, spisując swoje wspomnienia w postaci „Białej czarownicy”.

Czytaj dalej

Polub K-czyta na Facebooku

Obserwatorzy